środa, 24 maja 2017

W wolnym handlu cd. - w odpowiedzi Pawłowi Nowakowskiemu

W odpowiedzi na mój ostatni wpis na blogu na moim Facebookowym profilu wywiązała się dyskusja. Głos zabrał m.in. dr Paweł Nowakowski, któremu ze względu na ograniczenia mediów społecznościowych oraz własne skąpe zasoby czasowe odpowiadam dopiero teraz. Wpis wygląda w ten sposób, iż w kolejnych punktach zamieszczone są odpowiedzi Pawła, a moje poniżej w kolorze niebieskim.



1) "Zacznijmy od tego, że wysoce sceptyczny wobec państwowych umów o wolnym handlu był nie kto inny, jak Murray Rothbard, który przekonywał, że prawdziwy wolny handel nie wymaga żadnych państwowych umów o wolnym handlu".

Rothbard był przeciwny takim umowom w identycznym sensie, w jakim jesteśmy przeciwni leczeniu zdrowej osoby. Odwołując się do innego naszego przyjaciela: "Nie potrzebują lekarza ci, którzy się dobrze mają". Jeśli chodzi o ścisłość, to CETA nie jest umową o wolnym handlu, tylko o liberalizacji handlu. Zakłada więc leczenie chorego. Rothbard by nie leczył?


Rothbard był przeciwny tzw. umowom o wolnym handlu dlatego, że wiedział, iż tak naprawdę one go nie liberalizują rynków, tylko je kartelizują i zwiększają zakres państwowej interwencji. Tak jak pisałem, ich celem nie jest zwiększenie zakresu wolności, lecz walka o globalną polityczną i walutową dominację, która nie ma nic wspólnego z prawdziwym wolnym handlem. A co do do sformułowania „umowa o wolnym handlu” to, przyznaję, pewien skrót myślowy. To zapewne dlatego, że po angielsku mówi się zawsze „free trade agreement”

2) "Jako filozofia polityczna stanowi on [libertarianizm] dążenie do secesji jednostek ze struktur państwowych.(...) Jeżeli którykolwiek libertarianin sądzi, że uda mu się wprowadzić libertariański ład z pominięciem strategii secesjonistycznej, jest w wielkim błędzie".

Paradoksalnie, nie była to taktyka Rothbarda, który wierzył w obumarcie państwa w efekcie edukacji libertariańskiej i wzrostu świadomości obywateli (a'la de la Boetie). Trochę ostra krytyka tu więc wychodzi.

Tak, to dość ostra krytyka. Wynika ona z moich przemyśleń na temat tego, na czym tak naprawdę powinien polegać libertarianizm. W moim odczuciu polega on więc przede wszystkim na secesjonizmie, a reformy liberalne (wolnorynkowe) są zdecydowanie wtórne. A dokładniej: o reformy liberalne nie powinniśmy się przesadnie martwić, gdyż przychodzą one same wszędzie tam, gdzie dążymy do secesji.

3) "Poprzestańmy jednak na ideowych przemyśleniach i powróćmy do rzeczywistości. Czym w istocie jest CETA czy TTIP? Mówiąc w skrócie, są to umowy, które mają stworzyć wielki blok gospodarczo-walutowy dekadenckiego i wymierającego Zachodu wymierzony przeciwko Azji, a dokładniej Chinom i innym Wietnamom, które coraz bardziej zagrażają pozycji Wall Street jako światowego centrum dodruku pieniądza oraz zaprzyjaźnionej Unii Europejskiej, raźnie dotrzymującej Amerykanom kroku".

Umknął Ci fakt, że obecnie odbywa się też proces ratyfikacji EVFTA. W tym świetle Twoja interpretacja nie wytrzymuje krytyki.

Moje sformułowanie „Wietnamom” było dość niefortunne, przyznaję. Kluczowym państwem w tej rozgrywce są Chiny, które Zachód próbuje odizolować zawierając sojusze gospodarcze z jego najbliższymi sąsiadami. Przez „Wietnamy” rozumiałem zbiorczo kraje, które w tej globalnej rozgrywce staną po stronie Chin. Przy czym nie do końca pewne jest czy Wietnam w obawie przed wzrostem potęgi Chin faktycznie będzie się dalej zbliżał do Japonii, USA, gdyż od niedawna ma cieplejsze relacje z Rosją. Pamiętając co USA wyrządziły kilka dekad temu Wietnamowi trudno jest uznać go za naturalnego sojusznika w wojnie walutowej.

4) " Jakim zresztą cudem Justin Trudeau czy Jean-Claude Juncker i cała reszta towarzystwa miałaby nagle przerywać swój festiwal totalniackiej polityki po to, żeby wspaniałomyślnie zapewnić wszystkim większy zakres wolności?"

Jest tuzin powodów. Skoro sympatyzujesz z teoriami spiskowymi, to może być skorumpowanie ich przez kanadyjskie korporacje.

O tym, że sympatyzuję z „teoriami spiskowymi” dowiedziałem się z Twojego komentarza. Później wytłumaczyłeś mi, że rozumiesz przez to coś innego niż ja, ale jeśli chodzi o Twoją teorię spiskową to jej słabość polega na tym, że kanadyjskie korporacje nie są wcale tak potężne jak te, których interesów musi bronić na bieżąco Juncker. Zresztą, wg mnie nie trzeba sięgać po „teorie spiskowe” żeby wyjaśnić na czym polega cała sprawa z CETA, gdyż wyjaśnień można szukać w oficjalnych wypowiedziach kluczowych polityków.

5) "Jest to umowa podpisana przez Kanadę oraz Unię Europejską, która stanowi superpaństwo in statu nascendi. CETA jest więc zła chociażby z tego powodu, że wzmacnia kompetencje Unii".

A gdyby UE podpisała dwustronne porozumienie z Kanadą, że pozwala się na bilateralną secesję osiedli, to też byś był przeciwny takiemu zwiększaniu kompetencji superpaństw?

Tu nie ma analogii ponieważ gwarantem tej tzw. „liberalizacji”, którą przewiduje CETA jest istnienie i współpraca wielkich państw, natomiast umowa przewidująca secesję wygasza ich polityczne oddziaływanie: odtąd nie kontrolują już secesjonistycznego tworu. Odtąd są już tworem konkurencyjnym wobec osiedli, a w przypadku umów liberalizujących wolny handel konkurencja polityczna jest ograniczana.

6) "Jako taka wzmacnia także kompetencje organów działających z pominięciem lokalnych struktur władzy, które siłą rzeczy delegują część swoich uprawnień na wyższy szczebel".

To już było tłumaczone.

Patrz odp. 11

7) "Z punktu widzenia wolności lepiej jest zatem, aby zamiast umów o wolnym handlu ograniczających wybrane stawki celne oraz ułatwiających wymianę handlową kompetencje w zakresie polityki handlowej powierzono możliwie jak najbardziej zdecentralizowanym politycznie strukturom".

Słyszałeś o "efekcie spaghetti"?

Ale z tego, co wiem, to efekt spaghetti dotyczy właśnie skomplikowanej sytuacji wywołanej przez podpisywanie licznych „umów o wolnym handlu”.
Chciałbym przypomnieć tu raz jeszcze swoją argumentację głoszącą, że cła przywozowe/wywozowe wynikają przede wszystkim z wielkich rozmiarów państw, które mają naturalną tendencję do autarkii – dlatego dążmy do maksymalnej decentralizacji, żeby cła opłacały się w coraz mniejszym stopniu. Jeśli zaś chodzi o cła tranzytowe, to również mały rozmiar państw (decentralizacja polityczna) sprzyja unikaniu sytuacji, w których można je stosować.

8) "Jeśli nawet doraźnie CETA oferuje doraźnie niższe cła i ułatwioną wymianę handlową z określonym obszarem globu, to jej ukrytym kosztem jest centralizacja władzy, czyli scenariusz dla libertarian najgorszy z możliwych".

Mateusz to wyjaśnił.

Patrz odp. 11

9) "Libertarianie powinni dążyć do zupełnego zniesienia ceł, a droga do takiego stanu rzeczy prowadzi nie poprzez umowy międzynarodowe stanowiące odbicie wojen walutowych, lecz poprzez walkę o secesję i decentralizację władzy".

Non sequitur.

Wymagałoby wyjaśnienia.

10) Z tym inflacjonizmem to jedynie publicystyczna hipoteza. Poza tym, jeśli dobrze rozumiem ten ekonomiczny mechanizm, to problem nie znika wraz z "przedłużeniem" go poza granice. Każdy "szczebel" drabiny inflacjonizmu generuje poszkodowanych, jak piszesz, więc przeniesienie "ostatniego" szczebla poza granicę niewiele zmienia (dla ścisłości, z uwagi na niezamknięty charakter obiegu pieniądza, chyba nie można mówić o "ostatnich odbiorcach dodrukowanego pieniądza").

Wydaje mi się, że efekt Cantillona został opisany bardzo obszernie w wielu pracach, dlatego nie ma sensu, żebym go tu po raz kolejny omawiał. Uważam, że właśnie przeniesienie kolejnych szczebli poza własne granice stanowi właśnie klucz do zrozumienia polityki gospodarczej ostatnich stuleci. Rzecz jasna, zarządzającym tą machiną nie zawsze się to w pełni udaje, a wiele kryzysów wywołuje negatywne skutki także w granicach imperiów, lecz w dłuższej perspektywie cała zabawa polega na tym, aby podatek inflacyjny pobierać od całego świata: tak jak to się dzieje dziś w ramach imperium dolara.
Co zaś się tyczy „ostatnich” odbiorców to można by też wprawdzie mówić o „późniejszych”, lecz moje sformułowanie jest uprawnione. Przecież po wprowadzeniu do obiegu dodatkowej ilości pieniądza proces dostosowywania się cen do nowych realiów jest rozłożony w czasie i nie dokonuje się w milisekundzie. Pieniądze krążą cały czas, ale proces korekty cen jest ograniczony czasowo.

11) Jak pisał Mateusz tu nie ma żadnej zwiększonej centralizacji. Bo niby Kanada centralizuje władzę nad UE albo na odwrót?

Oczywiście, że jest centralizacja, bo przekreśla się rywalizację, konkurencję między ośrodkami władzy. Jeśli poszczególne ośrodki władzy jednoczą się w ramach walki ze wspólnym wrogiem, to władza się centralizuje. Środowiska władzy UE, USA, Kanady, Japonii itd. nie kryją się zresztą z ideami zaprowadzenia tzw. rządu światowego – wystarczy poczytać trochę o tematach spotkań Komisji Trójstronnej, Grupy Bilderberg, Rady Stosunków Międzynarodowych itd. O tym się mówi od kilku dekad co najmniej.


- - - -

Na marginesie powyższych rozważań chciałbym dodać, iż umowy o liberalizacji handlu powinny być zawsze rozpatrywane w perspektywie politycznej i historycznej. Przyjmując toporne, abstrahujące od otaczającej nas rzeczywistości stanowisko, że każde cło jest bezwarunkowo złe a każda umowa liberalizująca wybrane aspekty handlu dobra zapominamy, że wokół nas rozgrywa się nieustannie batalia o władzę. Libertarianie walczą oczywiście o w pełni wolny handel i swobodę działań, lecz droga prowadząca ku temu prowadzi niekiedy przez wyrażenie strategicznej aprobaty dla ograniczenia handlu. W identyczny sposób walka o libertariańskie społeczeństwo wymaga udzielenia strategicznej pomocy siłom, które walczą z koncentracją władzy/dążą do jej rozproszenia, choć wcale nie są one libertariańskie. Nikt przy zdrowych zmysłach nie kazałby np. w sierpniu 1939 roku zaprzestać poboru podatków na cele obronne w imię – skądinąd słusznych – zasad libertariańskich. Podobnie w 1925 roku Polska musiała odpowiedzieć na agresję celną Niemiec, gdyż w przeciwnym razie zagrożona byłaby jej niepodległość. W moim odczuciu stoimy dziś w analogicznej sytuacji, w której wobec przyspieszającej wojny walutowej możemy albo biernie akceptować koncentrację władzy (patrz zapowiedź Komisji Europejskiej, że wymusi na Polsce przyjęcie euro do 2025) albo próbować temu złu przeciwdziałać, choć wymaga to ograniczania swobód handlowych. I jest to moim zdaniem w 100% zgodne z duchem libertarianizmu.

sobota, 4 marca 2017

Libertarianizm a wolny handel

Ratyfikowanie umowy CETA oraz zbliżające się podpisanie umowy TTIP sprawiają, że dyskusje o wolnym handlu w środowisku libertariańskim nie cichną, wywołując coraz większe kontrowersje.
Pozornie mogłoby się wydawać, że nie ma nad czym dyskutować: skoro umowy przewidują obniżenie stawek celnych oraz ułatwienia w zakresie wymiany towarów to libertarianie – jako zwolennicy zwiększania zakresu wolności – nie powinni mieć żadnych wątpliwości i popierać tego rodzaju środki. Koniec dyskusji. Idziemy do domu.
Czy na pewno?
Zacznijmy od tego, że wysoce sceptyczny wobec państwowych umów o wolnym handlu był nie kto inny, jak Murray Rothbard, który przekonywał, że prawdziwy wolny handel nie wymaga żadnych państwowych umów o wolnym handlu. Opinię Rothbarda podziela współcześnie także m.in. Ron Paul, który sprzeciwiał się umowie NAFTA, a obecnie walczy z kolejnymi umowami tego typu zawieranymi przez amerykańskiego Lewiatana.
Argument z autorytetu to jednak żaden argument, dlatego postaram się pokrótce wytłumaczyć dlaczego zawieranie przez państwa umów o wolnym handlu nie stanowi jednoznacznie dobrego pomysłu.
Po pierwsze, przypomnijmy sobie czym w istocie jest libertarianizm. Jako filozofia polityczna stanowi on dążenie do secesji jednostek ze struktur państwowych. Innymi słowy, dąży do zaprowadzenia społecznego ładu bez udziału państwa. Taka sytuacja może mieć miejsce jedynie wówczas, gdy secesja stanie się akceptowanym społecznie rozwiązaniem służącym wzrostowi pokoju i współpracy na świecie.
Jeżeli którykolwiek libertarianin sądzi, że uda mu się wprowadzić libertariański ład z pominięciem strategii secesjonistycznej, jest w wielkim błędzie. Obrażanie się na politykę i wiązanie nadziei z kosmopolitycznymi utopiami nie przyniesie nigdy pożądanego skutku. Trzeba zacząć od pracy u podstaw, czyli wspierania niezależności małych państw wobec agresji mocarstw i struktur międzynarodowych, następnie wspierania secesji regionów, w dalszej kolejności secesji miast i osiedli, a dopiero później możemy marzyć o społeczeństwie libertariańskim. Jak widać na załączonym obrazku, jesteśmy jeszcze baaaaaardzo daleko od upragnionego ideału.
Poprzestańmy jednak na ideowych przemyśleniach i powróćmy do rzeczywistości. Czym w istocie jest CETA czy TTIP? Mówiąc w skrócie, są to umowy, które mają stworzyć wielki blok gospodarczo-walutowy dekadenckiego i wymierającego Zachodu wymierzony przeciwko Azji, a dokładniej Chinom i innym Wietnamom, które coraz bardziej zagrażają pozycji Wall Street jako światowego centrum dodruku pieniądza oraz zaprzyjaźnionej Unii Europejskiej, raźnie dotrzymującej Amerykanom kroku.
W CETA, NAFTA i wszystkich innych tego typu rzeczach nie chodzi o wolny rynek i wolny handel, lecz o polityczną grę na najwyższym szczeblu. Jakim zresztą cudem Justin Trudeau czy Jean-Claude Juncker i cała reszta towarzystwa miałaby nagle przerywać swój festiwal totalniackiej polityki po to, żeby wspaniałomyślnie zapewnić wszystkim większy zakres wolności? Takie cuda się nie zdarzają. Tu chodzi wprost o władzę, a dokładniej mówiąc o zwiększenie siły własnych walut po to, aby przejąć (lub zachować) władzę nakładania podatku inflacyjnego.
Libertarianin, (jeśli już komuś zależy na wspieraniu tego typu idei), powinien niejako automatycznie wspierać wszelkie polityczne rozwiązania, które mają na celu decentralizację władzy politycznej. Mając to na uwadze przypomnijmy jeszcze raz czym z formalnego punktu widzenia jest CETA. Jest to umowa podpisana przez Kanadę oraz Unię Europejską, która stanowi superpaństwo in statu nascendi. CETA jest więc zła chociażby z tego powodu, że wzmacnia kompetencje Unii. Jako taka wzmacnia także kompetencje organów działających z pominięciem lokalnych struktur władzy, które siłą rzeczy delegują część swoich uprawnień na wyższy szczebel. Libertarianizm jest zaś dążeniem do decentralizacji kompetencji politycznych, dlatego tego typu umowy mają z nim niewiele wspólnego.
Za całkowicie mylny należy uznać czysto ekonomiczny argument głoszący, że umowy o wolnym handlu przyczyniają się do globalnego obniżenia stawek celnych i ułatwień w wymianach handlowych i dlatego należy je wspierać. Ekonomia to dla libertarian bardzo użyteczne narzędzie, ale powinno się ją stosować umiejętnie. Jako nauka jest niezawodna w swoich sądach, które orzekają o spodziewanych skutkach określonych działań, jednakże ekonomia jest absolutnie bezradna w zakresie doboru wartości. Ekonomia jako taka nie potrafi dostrzec celów, jakie wyznacza społeczeństwu filozofia libertariańska, a tymi są właśnie dążenia secesjonistyczne. I wreszcie, ekonomia jako taka jest apolityczna, a libertarianizm posiada dość jasno określony zestaw celów politycznych, do których powinien dążyć, dlatego przyjmowanie wyłącznie ekonomicznego kryterium oceny umów międzypaństwowych jest wyjątkowo chybione.
Z punktu widzenia wolności lepiej jest zatem, aby zamiast umów o wolnym handlu ograniczających wybrane stawki celne oraz ułatwiających wymianę handlową kompetencje w zakresie polityki handlowej powierzono możliwie jak najbardziej zdecentralizowanym politycznie strukturom. Jeśli nawet doraźnie CETA oferuje doraźnie niższe cła i ułatwioną wymianę handlową z określonym obszarem globu, to jej ukrytym kosztem jest centralizacja władzy, czyli scenariusz dla libertarian najgorszy z możliwych. Libertarianie powinni dążyć do zupełnego zniesienia ceł, a droga do takiego stanu rzeczy prowadzi nie poprzez umowy międzynarodowe stanowiące odbicie wojen walutowych, lecz poprzez walkę o secesję i decentralizację władzy.
Moje argumenty staną się być może lepiej zrozumiałe jeśli zwrócimy uwagę, że tak naprawdę propagowanie tzw. wolnego handlu przez imperia wynika z bardzo przeoczanego faktu. Pierwszymi zwolennikami wolnego handlu w nowożytności byli Brytyjczycy, którzy fałszywie przedstawiali się jako orędownicy zasad wolności (więcej o tym wmojej najnowszej książce pt. „Dzieje kapitalizmu”). Jak wiadomo, od końca XVII wieku państwo zarządzane z Londynu dokonywało licznych podbojów, które zapewniły mu ostatecznie kontrolą nad ¼ ludności oraz ¼ całkowitej powierzchni świata. Choć Brytyjczycy bardzo umiejętnie „sprzedali” swoje podboje jako wielkie dzieło cywilizujące podbite narody, tak naprawdę prowadzili brutalne rządy, nie stroniące nawet od ludobójstw czy obozów koncentracyjnych.
Ktoś mógłby zadać pytanie: dlaczego takie skurczybyki wspierały idee wolnego handlu? Może faktycznie nie byli tacy źli? Otóż wspieranie wolnego handlu przez Brytyjczyków, tak jak współcześnie przez Amerykanów i ich sojuszników, wynika przede wszystkim z tego, że sprawując kontrolę nad nieuczciwym systemem kreacji pustego pieniądza, imperia stoją zawsze przed wielkim problemem. Każde sztuczne zwiększanie podaży pieniądza prowadzi do wystąpienia efektu Cantillona, czyli zjawiska polegającego na tym, że pierwsi użytkownicy świeżo stworzonych pieniędzy zyskują kosztem użytkowników do których podły pieniądz trafia później. Hołdując merkantylizmowi, władcy psujący pieniądz sprawiali zawsze, że negatywne skutki ich działań rozlewały się po ich własnym państwie zubażając ludność oraz podkopując potencjał całego kraju (zubożałą ludność trudniej opodatkować). Brytyjczycy byli jednak o wiele bardziej przebiegli i otworzyli swoje granice (wiele krajów do tego nawet zmusili), dzięki czemu ostatnimi użytkownikami dodrukowanych pieniędzy stawali się mieszkańcy innych państw.
Jeśli więc współcześnie Amerykanie czy też Unia Europejska dążą do wprowadzenia umów o wolnym handlu, to pamiętajmy, że mają na uwadze przede wszystkim to, że nie chcą się „zamknąć” ze swoimi nadliczbowymi dolarami i euro we własnych granicach i poszukują naiwniaków do współpracy. Niektóre amerykańskie czy unijne branże mogą w wyniku otwarcia granic ucierpieć, lecz zwycięzcą jest zawsze system finansowy i polityczny imperium dzierżącego władzę kreacji pieniądza.
Jeśli więc rozmawiamy o CETA, TTIP czy też samej Unii Europejskiej rozumianej jako unia celna to pamiętajmy zawsze, że pozorne korzyści w postaci doraźnej obniżki ceł czy ograniczenia regulacji nie zrekompensują nigdy ogromnych strat w postaci centralizacji władzy politycznej i finansowej. Zresztą, w tego typu umowach obniżka ceł i deregulacja są ostatnimi rzeczami, które przyświecają politykom dążącym do ich wprowadzenia.
Aby zrozumieć właściwy dla libertarianizmu stosunek do wolnego handlu należy sobie przede wszystkim uświadomić, iż źródłem wszelkiego rodzaju protekcjonizmów jest autarkia państw. Ta zaś wynika z wielkiej powierzchni oraz wielkiej liczby ludności państw. Zasoby na kuli ziemskiej są niezwykle rozproszone i dlatego małe państewka siłą rzeczy nie są w stanie zapewnić sobie samowystarczalności w jakimkolwiek zakresie. Natomiast wielkie państwa wręcz przeciwnie: kontrolując niekiedy powierzchnię nawet kilkanaście milionów km2 są w stanie narzucać nawet cła zaporowe i całkowicie blokować dostęp obcych towarów, bazując wyłącznie na własnych zasobach. Oznacza to, że z punktu widzenia wolności o wiele bardziej istotne jest, aby władza ograniczania handlu była jak najbardziej rozproszona (przypadkiem skrajnym jest tu pełna secesja zakończona ustanowieniem społeczeństwa bezpaństwowego), nie zaś scentralizowana, choćby nawet w krótkiej perspektywie obiecywała ona niższe stawki celne. Jeśli władza regulowania polityki celnej będzie delegowana na coraz niższy poziom, to docelowo prawdziwym decydentem w zakresie wymian międzyludzkich na powrót stanie się jednostka, dla której jakiekolwiek cła nie mają najmniejszego sensu.

wtorek, 27 grudnia 2016

Rewolucja przemysłowa, austrolibertarianie i Oświecenie



Jak słusznie przewidywałem, najbardziej jaskrawa i odważna teza mojej najnowszej książki pt. „Dzieje kapitalizmu” już wywołuje polemiki.
            O tym, że tak będzie wiedziałem jeszcze zanim przystąpiłem do pisania swojej kolejnej pracy. Teza głosząca, że rewolucja przemysłowa dokonała się przede wszystkim za sprawą imperialno-inflacyjnej działalności Anglii, a następnie Imperium Brytyjskiego była mi bliska od bardzo dawna, choć w środowisku libertariańsko-austriacko-wolnościowym jej wypowiadanie nie należało nigdy (i nadal nie należy) do popularnych. Tego typu poglądy można było zawsze usłyszeć w środowiskach wrogich filozofii wolności oraz austriackiej szkole ekonomii, które cynicznie zalecają ręczne sterowanie polityką pieniężną zgodnie z określonym paradygmatem (czy to marksistowskim, keynesistowskim, monetarystycznym czy jakimkolwiek innym).
            Czując naturalny wstręt do teorii Keynesa, Friedmana i im podobnych instynktownie rozumiałem jednak, że o ile w zakresie swoich ogólnych zaleceń i wniosków są one chybione i prowadzą do bardzo szkodliwych, jeśli nie katastrofalnych, wniosków, o tyle opisywany przez nie mechanizm kontroli waluty, czy budżetu państwa odzwierciedla pewną rzeczywistość funkcjonowania Lewiatana. Na tej zasadzie powtarzana niczym mantra przez niezliczone rzesze mainstreamowych ekonomistów i historyków gospodarki teza o tym, że zwiększanie ilości pieniądza w gospodarce (np. w wyniku odkryć nowych złóż czy też działalności systemu bankowego) pobudza gospodarkę i zwiększa efektywność wydawała mi się zawsze ciekawa o tyle, że zdradzała sposób myślenia wszystkich etatystów. Jako zwolennik austriackiej szkoły ekonomii nie zgadzałem się nigdy z tego typu teoriami, lecz miały one dla mnie ogromną wartość poznawczą.
            W najbardziej bliskim mi środowisku myślicieli „austrolibertariańskich” przekonanie o bliskich związkach łącząych ze sobą kreację pustego pieniądza z wybuchem rewolucji przemysłowej jest – i mam tego pełną świadomość – niezwykle rzadkie, by nie powiedzieć nieobecne. Jeśli przeczytamy prace Misesa, Hoppego, czy nawet Rothbarda, nie znajdziemy nigdzie wyrażonej wprost tezy, iż dodruk pieniądza mógł mieć coś wspólnego z nagłą eksplozją wydajności, efektywności i innowacyjności gospodarki. Wręcz przeciwnie, szkoła austriacka jest na tyle oddana krytyce kreacji pustego pieniądza, że odejmuje temu procederowi jakiekolwiek władze i czyni z niego „ultraimpotenta”. W pewnym sensie nie dziwi to, gdyż austriacy są bodajże jedyną szkoła ekonomiczną ukazującą w pełni wszystkie negatywne skutki nierynkowych rozwiązań walutowych. Z drugiej jednak strony przedstawiciele szkoły austriackiej są tak bardzo skupieni na ukazywaniu zniszczeń i „błędów w alokacji zasobów” wywołanych przez interwencje państwa na rynku pieniądza, że zapominają kompletnie o tym, że „błedy w alokacji” nie ograniczają się wcale do tych przedsięwzięć, które w wyniku kryzysu upadają, lecz obejmują także tysiące przedsięwzięć, które za sprawą polityki i działań władzy mają przed sobą czasami jeszcze bardzo długie życie. W „Dziejach kapitalizmu” pokazuję właśnie jak bardzo lekceważona przez wielu austriaków sfera „błędnie ulokowanych” zasobów gospodarczych przyczyniła się do stworzenia wielkiej iluzji dobrobytu
            Wielki problem związany z przedstawicielami austriackiej szkoły ekonomii polega przede wszystkim na tym (stwierdzam to z bólem serca, a nie z satysfakcją) polega na tym, że ulegli lub ulegają oświeceniowej wizji dziejów, zgodnie z którą świat został wyrwany z „okresu niemowlęctwa” za sprawą skrajnej ideologii głoszonej od ok. XVIII wieku. Najlepszym przykładem jest tu Mises, który – z całym szacunkiem dla jego dorobku – wypowiadał się na temat wieków średnich czy też chrześcijańskiej filozofii niczym Wolter. Z perspektywy środowiska, w którym wyrósł, czyli blisko współpracujących z władzą Żydów zamieszkujących Galicję, XIX wiek mógł faktycznie przedstawiać się jako apogeum wolności, choć niekoniecznie dla pozostałych narodowości, dla których życie w etatystycznym państwie skłaniało co najwyżej do emigracji. Dla Misesa, którego rodzina została w czasie rewolucji przemysłowej nobilitowana w uznaniu za usługi świadczone na rzecz państwa, wcześniejsze wieki faktycznie musiały wydawać się „ciemnościami”.
            Największą świadomość filozoficzną i historyczną w całej szkole austriackiej miał bez wątpienia Rothbard, który bez skrupułów czerpał z dawnej filozofii oraz wyśmiewał intelektualne bożki Oświecenia, lecz mimo wszystko nawet u niego teza o inflacyjnych korzeniach rewolucji przemysłowej była nieobecna. Co ciekawe, Rothbard poświęcił kilka książek analizom ukazującym jak bardzo „kolesiowski” i wypaczony był XIX i XX wieczny kapitalizm, mimo to nie zdobył się nigdy jednak na postawienie tezy, którą przedstawiłem w „Dziejach kapitalizmu”. Moim zdaniem przypomina to kwestię aborcji, gdzie Mr Libertarian najpierw zaprezentował zasady filozofii prawa własności, a następnie błędnie zaaplikował je do rozważań o życiu płodowym człowieka. W identyczny sposób Rothbard zachował się w kwestii rewolucji przemysłowej: najpierw w błyskotliwy sposób przedstawił wielką fikcję kapitalizmu państwowego (m.in. w „Tajnikach bankowości”, „Classical Economics”, „History of Banking in the United States” czy też „Wall Street, Banks and American Foreign Policy”), a następnie skapitulował i nie pokusił się o tezę stanowiącą konsekwentną ewaluację opisywanych wydarzeń.
            Wielu osobom, które są zwolennikami libertarianizmu oraz sympatyzują z austriacką szkołą ekonomii teza, iż rewolucja przemysłowa, która zapewniła ogrommy skok cywilizacyjny i technologiczny ma swoje źródło w środkach na wskroś etatystycznych może się wydawać obrazoburcza. Wyobrażam sobie, że właśnie tak właśnie pomyśleliby nawet Mises, Rothbard; tak myśli nawet sam Hans-Hermann Hoppe (o czym świadczą jego tezy). Nie dziwi mnie więc, że moja teza nastraja polemicznie oraz wzbudza kontrowersje. Uważam jednak, że nie odbiegam w swoich rozważaniach w żaden sposób od austriackiej teorii pieniądza, gdyż swoją tezę uzupełniam kolejną, o równie istotnym znaczeniu: świat powstały w wyniku rewolucji przemysłowej nie zapewnił nam pokojowej i rzetelnej metody bogacenia się społeczeństw, lecz wprowadził świat na ścieżkę złudnego rozwoju. Otacza nas ogromna ilość przedmiotów i usług dostępnych dziś za sprawą wielkiego skoku cywilizacyjnego, ale jednocześnie ta mnogość dóbr nie oznacza realnego bogactwa, gdyż państwo jest dziś tak potężne, jak jeszcze nigdy. Mamy wokół siebie miliony przedmiotów, ale przecież sama mnogość przedmiotów nie stanowi żadnej miary bogactwa. Szkoła austriacka uczy wszak, że zysk jest czymś subiektywnym, a ogromnym kosztem wielkiego przyrostu przedmiotów i technologii stał się wzrost potęgi państwa. Rozrośnięte, olbrzymie państwa współczesności kontrolują dziś więcej niż kiedykolwiek wcześniej i pomimo propagandy „demokracji i praw człowieka” żyjemy w skrajnie zetatyzowanych społeczeństwach, będących de facto miękkimi totalitaryzmami.
            Szkoła austriacka uczy, że sztuczne zwiększanie pieniądza w obiegu nie tworzy realnego bogactwa, lecz ma jedynie efekt redystrybucyjny. I dokładnie taką tezę stawiam w „Dziejach kapitalizmu”: nasz świat odznacza się tym, że mamy wokół siebie tysiące przedmiotów, jest ich nieporównanie więcej niż 200 lat temu, ale jednocześnie nasza wolność, stanowiąca absolutną podstawę jakkolwiek rozumianego bogactwa, bardzo przez ten czas zmalała, a mechanizm, na bazie którego Brytyjczycy zapoczątkowali ok. 300 lat temu okres bezprecedensowego wzrostu materialnej obfitości jest z góry skazany na porażkę. „Dzieje kapitalizmu” są w tym względzie bardzo pesymistyczne: inflacyjna fikcja rewolucji przemysłowej wpędziła w nas w pułapkę wielkich, światowych wojen oraz totalitaryzmu i wcześniej czy później ulegnie rozpadowi. W obecnym modelu najwięcej dóbr i usług potrafi wyprodukować ten, kto jest najbardziej agresywny. Tak dłużej się nie da; musimy sięgnąć po zasady twardego pieniądza przy możliwie jak najdalej posuniętej decentralizacji w zakresie produkcji pieniądza – trudno o bardziej jednoznacznie „austriacki” przekaz.
            Głoszona przeze mnie teza o tym, że rewolucja przemysłowa dokonała się przede wszystkim w wyniku imperialnego dodruku pieniądza może także budzić zastrzeżenia, iż stanowi milczącą pochwałę środków etatystycznych. Ten fałszywy zarzut może zostać sformułowany przez tych, którzy uważają, iż moje tłumaczenie ogromnego wzrostu technologicznego oraz produktywności z okresu rewolucji przemysłowej imperializmem, handlem niewolnikami, kreacją pieniądza itd. zakłada, iż prawdziwe bogactwo tworzy się dzięki zastosowaniu środków etatystycznych. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze, jak już wspomniałem, ogromna liczba dóbr nie świadczy jeszcze o realnym bogactwie. Po drugie, z moich ust nigdy nie pada ani jedna pochwała pod adresem systemu opartego na kreacji pieniądza. I wreszcie, stosowanie środków etatystycznych na dużą skalę może przecież zapewnić osobom związanym z państwem dużą liczbę dóbr (co prawda zawsze czyimś kosztem). W przypadku rewolucji przemysłowej pewna komplikacja polega na tym, że w społeczeństwach zachodnich pojawiło się wiele dóbr, których nie odebrano wszak podbitym ludom Afryki czy Azji, lecz – jak opisuję to dokładnie w „Dziejach” – kluczowe było to, że kolonie zapewniły przewagę w handlu, zwiększony popyt na własną walutę oraz umożliwiały kontrolę lądów i mórz w kontekście militarnym.
            Mam świadomość, że moja książka i postawiona w niej teza są czymś nowym i nieobecnym do tej pory w tym kształcie w ramach tzw. nurtu „asutrolibertariańskiego”, niemniej jednak nie widzę sensu w pisaniu książek, którym wszyscy by wyłącznie potakiwali i mówili „jest tak, jak mówisz”. Mam nadzieję, że zaprezentowane przeze mnie podejście w sposób twórczy odmieni sposób postrzegania dziejów kapitalizmu w naszym środowisku, choć w sporej mierze kwestia odniesienia się do moich tez wynika z wyznawanego światopoglądu. Osoby, które przyjęły oświeceniowy światopogląd wraz z całym dobytkiem (stosunek do filozofii, historii, religii) będą zapewne patrzały na moją tezę wilkiem; z kolei osoby, które podchodzą do Oświecenia realistycznie, mają o wiele większą szansę na to, żeby poprawnie odczytać moją tezę.      

środa, 21 grudnia 2016

Zagubiona w narracji, czyli kilka uwag o Bourgeois Dignity Deirdre McCloskey



Niedługo nakładem Instytutu Misesa ukazać ma się książka Deirdre McCloskey pt. Bourgeois Dignity. Ponieważ książka ta dotyczy bezpośrednio głównej tezy mojej najnowszej książki pt. Dzieje kapitalizmu, postanowiłem już teraz, wyprzedzająco, odnieść się do jej zawartości. Czynię tak m.in. dlatego, że pojawiły się sądy polemiczne wobec moich właśnie w oparciu o tezy McCloskey. Chciałbym tym samym ustosunkować się do kilku sformułowanych już zarzutów.
            Nie ukrywam, że informację o wydaniu Bourgeois Dignity przyjąłem z pewnym rozczarowaniem. Przypomnijmy, że decyzję podjęli gremialnie sympatycy polskiego Instytutu Misesa w otwartym głosowaniu. Każda z książek-kandydatów do przetłumaczenia otrzymała własne dossier, a pozycja McCloskey już wtedy wydawała mi się niezwykle naiwna w swej wymowie, dlatego z sympatii do Instytutu odradzałem jej wydanie.
            Kierowałem się także faktem, że każdemu badaczowi i sympatykowi myśli Murraya Rothbarda nazwisko McCloskey kojarzy się zdecydowanie negatywnie. W 1988 roku w „Quarterly Journal of Austrian Economics” ukazała się bowiem recenzja The Rhetoric of Economics Donalda McCloskeya, w której najsłynniejszy libertarianin w historii przeprowadził gruntowną krytykę narzędzi naukowych i filozoficznych proponowanych przez autora. Moim zdaniem tekst Rothbarda (Hermeneutyczna inwazja na filozofię i ekonomię) to jeden z jego lepszych tekstów, stanowiący swego rodzaju manifest filozoficznego „twardego kręgosłupa” i przywiązania do filozoficznego realizmu. Błędy McCloskeya stanowiły tak naprawdę punkt wyjścia do o wiele szerszych rozważań na kluczowe tematy dotyczące klasycznych zagadnień teorii poznania i nie tylko.
            Rzecz jasna, chybiona praca McCloskeya sprzed kilku dekad, nie może unieważniać na starcie wszystkich jego kolejnych prac, lecz głoszenie określonych tez pociąga za sobą określone konsekwencje. Jedną z takich konsekwencji była moja podejrzliwość wobec autora, który przy pomocy skrajnego filozoficznego relatywizmu podjął się próby wyjaśnienia tego, dlaczego Zachód dokonał wielkiego, cywilizacyjnego skoku. Niestety, po lekturze Bourgeois Dignity ze smutkiem stwierdzam, że moje najgorsze obawy się potwierdziły.
            Nim przejdę do omówienia wszystkich moich zastrzeżeń chciałbym tylko wyrazić ubolewanie, że Instytut Misesa przedstawił do wyboru pacę McCloskey, która na dobrą sprawę nie ma nic wspólnego z austriacką szkołą ekonomii. Rzecz jasna, odpowiedzialność za wybór Bourgeois Dignity a nie innych lektur spoczywa na sympatykach wolnościowego think tanku, lecz ci mieli prawo wierzyć w to, że przedstawiono im do wyboru pozycję z szeroko rozumianego nurtu „austriackiego”. Na przetłumaczenie oczekują wciąż kluczowe pozycje, m.in. samego Rothbarda, lecz pierwszeństwo uzyskują pozycje, w których trudno doszukać się choćby krzty podobieństwa w zakresie metododologicznym do tego, co proponował Ludwig von Mises. Staranne i precyzyjne sformułowania Misesa oraz „narracja” i „gadka” McCloskeya to dwa zupełnie różne światy, których nie da się pogodzić. Mises czy Rothbard nigdy nie pozwoliliby sobie na wypowiadanie  stwierdzeń w rodzaju „ekonomia dzieje się między ludzkimi uszami” (s. 8), czy też, że „to, co wiemy, nie jest ani subiektywne, ani obiektywne, lecz kobiektywne” (s. 44).
            Deirdre McCloskey (czyli nowa tożsamość Donalda McCloskeya) jest przekonana o tym, że żyjemy w nowym, wspaniałym świecie. Na pierwszych stronach książki przytacza badania, które pokazały, że ok. 1800 roku gospodarka światowa stała na poziomie Bangladeszu, a przeciętny człowiek musiał się utrzymywać za 3 dolary dziennie, za co mógł sobie kupić „kilka funtów ziemniaków, troszę mleka” itd. (s. 1). Przywołując przykład Bangladeszu, McCloskey sprytnie uzyskała efekt nędzy i beznadziei, które większość osób kojarzy z azjatyckim państwem. Wielokrotnie powtarza później twierdzenie, że przed 1800 rokiem „typowe życie było nędzne, ograniczone, analfabetyczne, chore i krótkie” (s. 19). Autorka wspomina wprawdzie, że niektórym „panom i biskupom” żyło się lepiej, lecz ogólnie rzecz biorąc przeciętny człowiek żył niczym nędzarz znad Zatoki Bengalskiej.
            A obecnie? Obecnie mamy coraz więcej wszystkiego: „samochodów, komputerów, tolerancji [podkr. własne], antybiotyków, mrożonej pizzy, centralnego ogrzewania (...)” (s. 6). Umiejętność czytania oraz długość życia są na rekordowo wysokim poziomie, „wolności jest coraz więcej”, a „niewolnictwo zanika” (s. 2). Co prawda McCloskey błyskawicznie przyznaje, że na świecie żyje wciąż 27 mln niewolników, ale ogólnie rzecz biorąc każe nam wierzyć w to, że jeszcze nigdy nie było tak dobrze.
            Ocena tego „jak jest dobrze” to w gruncie rzeczy ocena subiektywna, dlatego ciężko jest wejść z McCloskey w jakąkolwiek polemikę w tym zakresie. Skoro według niej tolerancji przybywa nam nieustannie tak samo jak samochodów i mrożonej pizzy, wypada  tylko pozazdrościć dobrego samopoczucia. Jednakże zrównanie świata sprzed 1800 roku z Bangladeszem jest już zwyczajną manipulacją. Bangladesz to wszak konkretne państwo z konkretną przeszłością oraz czynnikami, które sprawiły, że dziś życie wygląda tam właśnie tak, a nie inaczej. Z kolei przed 1800 rokiem świat składał się z kilkuset państw, w których obowiązywały różne rozwiązania instytucjonalne, przynoszące różnorakie skutki. Wizja świata sprzed „Wielkiego Faktu” (jak McCloskey określa wielki skok cywilizacyjny osiągnięty w wyniku rewolucji przemysłowej) to niestety wizja propagandowa stworzona przez ideologów Oświecenia. Świadczy o tym chociażby nieodzowne odwołanie do „bogatych biskupów” oraz bogactwa i „chwały” bazyliki św. Piotra.
            Dyskusje na temat tego, gdzie komu żyje się lepiej, są zawsze z gruntu skazane na porażkę, gdyż nie ma żadnej obiektywnej miary pozwalającej porównywać rozmaite konfiguracje instytucjonalno-społeczne; ta ocena jest zawsze zrelatywizowana do jednostki. Problem stwarza jednak sama McCloskey, gdyż jej praca stanowi jedną wielką pochwałę życia współczesnego, na dodatek w oparciu o niektóre dane statystyczne i liczbowe, jak choćby wspomniane 3 dolary dziennie zrównujące wszystkich z Bangladeszem. Największe zastrzeżenia budzi jednak argumentacja wyjaśniająca przyczyny „Wielkiego Faktu”.
            Otóż, zdaniem McCloskey, podstawowa różnicą, czynnikiem, który wyrwał ludzkość z bangladeskiej nędzy była... zmiana narracji (lub też, jak kto woli, gadki lub rozmowy). Jak na zwolennika hermeneutycznego paradygmatu w filozofii przystało, autorka Bourgeois Dignity skupia uwagę przede wszystkim na tym, jak społeczeństwo odnosiło się do burżuazji, czyli klasy społecznej obejmującej handlarzy, rzemieślników, kupców, odkrywców i przedsiębiorców. Zdaniem McCloskey ok. 1700 roku w Amsterdamie i Londynie dokonała się wielka zmiana w zakresie języka stosowanego w odniesieniu do burżuazji, co wkrótce doprowadziło do wielkiego skoku cywilizacyjnego i nastania nowoczesności (s. 397). Nowe pokolenia szlachty w krajach basenu Morza Północnego miały zerwać z arystokratyczną pogardą wobec burżuazji i same zaangażować się w działalność gospodarczą typową dla niej, doprowadzając do wielkich zmian w zakresie języka, a także społecznego stosunku wobec tejże klasy społecznej (s. 387).
            McCloskey wypadałoby w tym miejscu uświadomić, że ok. 1700 roku być może zmieniła się „gadka” i „narracja”, lecz doszło również do kolosalnej zmiany instytucjonalnej i politycznej. Otóż w wyniku Chwalebnej Rewolucji Wilhelm III Orański przejął władzę w Anglii oraz doprowadził do powołania do życia Banku Anglii w 1694 roku. W ten sposób finansowy know-how światowego centrum finansowego, jakim był Amsterdam, zawitał do metropolii nad Tamizą, a wraz z nim kapitał tamtejszych kupców. Anglicy w ciągu kilkunastu lat przejęli kluczowe rozwiązania instytucjonalne i prawne, dzięki czemu udało im się stworzyć potężny i nowatorski system redystrybucji dochodów, którego centrum dowodzenia był właśnie wspomniany bank. Co szczególnie istotne, włodarze Banku Anglii jako pierwsi wpadli na demoniczny pomysł, aby zyski ze sztucznie wywoływanej inflacji przeznaczać na rozwój gospodarki. Tym czymś, co stało się ok. 1700 roku, Wielkim Faktem – jak by to powiedziała McCloskey, było więc skierowanie strumienia zysków z psucia pieniądza ku giełdzie. Do tej pory monarchowie i książęta przeznaczali zyski z nieuczciwego i sztucznego zwiększania podaży pieniądza na cele prywatne lub wojny. Wielką innowacją Anglików (wątpliwej moralności) było zaś to, iż dodruk pieniądza posłużył im przede wszystkim do napompowania rynku obligacji, który z kolei umożliwił zaistnienie niezwykle zróżnicowanego rynku spółek giełdowych, a następnie rozbudowanego sektora bankowego z siecią banków komercyjnych. Ostatecznie rzecz biorąc zyski z całego procederu i tak zasiliły przede wszystkim kieszenie establishmentu, lecz po drodze pozwoliły zwiększyć moce przerobowe gospodarki.
            Rzecz jasna, Anglikom nie udałoby się nigdy wprowadzić w życie tego właśnie procederu, gdyby nie okoliczności natury militarnej i politycznej. We Francji John Law równie umiejętnie „wpompował” inflacyjne zyski w swoją Kompanię Missisippi – teoretycznie mógł więc osiągnąć sukces podobny do tego, który stał się udziałem Anglików. Otóż wielką różnicę uczyniło to, że zawarłszy ze sobą sojusz, Anglia i Niderlandy posiadały najlepszą flotę wojenną na świecie oraz kontrolowały najbardziej konkurencyjny obszar kolonialny. Kompania Mississippi Johna Lawa była zaś potęga tylko na papierze. Dzięki temu Londyn stał się światową stolicą handlu, a związany z każdą stucznie wywoływaną inflacją efekt Cantillona mógł zadziałać w ten magiczny sposób, iż „świeże” funty dostawali zawsze Anglicy i ich gospodarka, a te nieco bardziej „czerstwe” trafiały do rąk obcokrajowców, którzy w kluczowe towary i surowce musieli zaopatrywać się u angielskich kupców. Schemat ten oczywiście dojrzewał stopniowo i nie był w pełni gotowy już w 1700 roku, lecz w XIX wieku właśnie tak przedstawiała się sytuacja. Tyle o „Wielkim Fakcie” – więcej Czytelnik znajdzie w Dziejach kapitalizmu.
            McCloskey stosunkowo wiele miejsca poświęca rozważaniom dotyczącym przyczyn, dla których w innych konfiguracjach „Wielki Fakt” się nie dokonał. Porusza m.in. przypadek Imperium Habsburgów i jego ogromnych zasobów srebra i złota (s. 154), całkowicie pomijając kluczowy fakt, iż w państwie tym nie istniał żaden bank emisyjny o monopolistycznych uprawnieniach oraz że zyski z przywozu złota i srebra były w sporej mierze konsumowane przez monarchę i jego dwór, nie zasilając giełdy czy też jakichkolwiek konkretnych branż gospodarki.
            Według McCloskey „Wielkiego Faktu” nie wyjaśnia także innowacyjność, choć Chińczycy byli niezwykle innowacyjni wiele wieków przed Zachodem (s. 102). Oczywiście, Chińczycy nie dokonali nigdy rewolucji przemysłowej, ponieważ nie mieli Banku Anglii, nie kontrolowali nigdy centrum światowego handlu, nie podbili czwartej części świata, nie kontrolowali militarnie większości lądów ani też nie posiadali tak rozbudowanego jak w Anglii instrumentarium finansowego typowego dla kapitalizmu państwowego – proste i logiczne, choć takiego wyjaśnienia próżno szukać u McCloskey.
            Wydaje się jednak, że autorka Bourgeis Dignity podskórnie zdaje sobie sprawę z prawdziwych przyczyn „Wielkiego Faktu”, gdyż w pewnym momencie stwierdza: „Nie można zbudować fabryki przy pomocy banknotów ani też wykopać kanału przy pomocy świadectwa akcyjnego. Potrzebne są cegły, taczki oraz (..) wykwalifikowani ludzie (...). Samo finansowanie lub własność nie wyjaśniają sedna sprawy, w przeciwnym razie Kościół Katolicki w 1300 roku (...) stworzyłby społeczeństwo industrialne” (s.155). Pomijając już fakt, że u McCloskey Kościół pojawia się po raz kolejny w raczej mało przychylnym kontekście (co świadczy o dość tendencyjnym postrzeganiu dziejów), warto zauważyć, że autorka jest bardzo niekonsekwentna w wygłaszanych tezach. Otóż wcześniej przekonywała, iż praprzyczyną rewolucji przemysłowej była zmiana narracji, zaś w przytoczonym fragmencie wyraźnie sugeruje, iż motorem napędowym wielkich zmian była obfitość materiałów oraz liczna populacja. Po drugie, McCloskey wydaje się nie rozumieć, jak wielką moc posiadają wspomniane banknoty i świadectwa akcyjne, jeśli tylko są wsparte państwowymi regulacjami oraz jak potężny środek oddziaływania stanowią, gdy ich interesów chroni najpotężniejsza armia na świecie, kontrolująca w szczytowym momencie nawet 25% powierzchni świata.
            McCloskey czyni w pewnym momencie swojej „narracji” niespodziewaną uwagę, iż gospodarka rynkowa mogła istnieć nawet w świecie jaskiniowców (s. 16), w czym zbliża się mocno to tez głoszonych przeze mnie w Dziejach kapitalizmu. Na tym jednak punkty wspólne się kończą, gdyż np. polityczne rozdrobnienie stanowi dla niej wątpliwą korzyść. Zdaniem McCloskey, w czasach gdy Europa była podzielona na setki małych państw, istniały wprawdzie warunki sprzyjające „wolnej przedsiębiorczości”, lecz jednocześnie taki model sprzyjał nieustannym wojnom (s. 109). Autorka Bourgeis Dignity zdaje się zapominać o tym, że najbardziej brutalne i obfitujące w ofiary wojny miały miejsce od czasów epoki Oświecenia, gdy miejsce małych państewek zajęły wielkie imperia (ten aspekt opisałem dokładniej w mojej drugiej książce pt. To nie musi być państwowe). Nieprzekonanym polecam zadać sobie pytanie: czy współcześnie wielkie i brutalne wojny prowadzą ze sobą kraje w rodzaju San Marino, Estonii, Malediwów i Barbadosu, czy może raczej takie państwa, jak Stany Zjednoczone, Rosja i Turcja?
            Jednym z najbardziej niewygodnych przypadków dla wszystkich zwolenników „Wielkiego Faktu” i jego nieskalanej charakterystyki pozostaje niezmiennie niewolnictwo. To wszak dość kłopotliwe, że ten sam kraj, który prześcignął wszystkie pozostałe w zakresie technologicznym i finansowym, był jednocześnie liderem w zakresie zniewalania innych, nie wspominając oczywiście o tłumieniu buntów, czy też o podbojach. McCloskey próbuje usprawiedliwić swoich bohaterów w klasyczny sposób, wskazując m.in. na to, że niewolnictwo nie było szczególnie opłacalne, a zyski w sektorze korzystającym z pracy niewolników nie przewyższały tych, które można było osiągnąć w innych sektorach (s. 229). Jednocześnie przytacza fałszywą informację, jakoby produkowany przez czarnoskórych niewolników cukier nie był wcale taki ważny dla brytyjskiej gospodarki (s 230). W rzeczywistości, o czym wspominam w mojej książce, w latach 1650-1820 cukier był najczęściej sprowadzanym towarem kolonialnym, a karaibskie kolonie cukrowe były jeszcze w XVIII wieku bardziej dochodowe niż kolonie północnoamerykańskie. I skoro niewolnictwo było tak nieopłacalne, to dlaczego europejskie imperia toczyły tak zażarte konflikty o dostęp do niewolniczej siły roboczej?
            McCloskey, omawiając kwestię niewolnictwa, wygłasza kuriozalne twierdzenia, którymi w istocie sama podważa swoje własne tezy. Według niej przeciętny Anglik nie zyskał na niewolnictwie praktycznie nic, a korzyści mogli czerpać co najwyżej osobnicy w stylu Cecila Rhodesa (s. 236). Bingo! Na tym właśnie polegał kapitalizm imperialny (na tym polega ostatecznie każde państwo), że niektóre jednostki wykorzystują całą resztę podatników do własnych korzyści. Brytyjskie imperium zdobyło potęgę właśnie w ten sposób, iż najbardziej energiczne jednostki posłużyły się państwem w dziele światowej ekspansji swoich paraprywatnych przedsięwzięć. Zainteresowanych tematem odsyłam ponownie do Dziejów kapitalizmu, w których można przeczytać o tym, kim były osoby, które odnosiły największe materialne korzyści z istnienia brytyjskiego imperium kolonialnego. Imperium Brytyjskie jako takie mogło nawet dopłacać do swoich kolonii – najważniejsze było to, że niektóre osoby zbijały na koloniach fortunę. Śmieszy więc stwierdzenie McCloskey, że PKB Zjednoczonego Królestwa wzrósł najmocniej w ciągu dekady po utracie Indii (s. 156) – „Wielki Fakt” dokonał się przecież niemal dwa wieki wcześniej. McCloskey argumentuje, że obecnie PKB Zjednoczonego Królestwa jest większe niż kiedykolwiek wcześniej, choć państwo to nie posiada już kolonii (s.238). To prawda, lecz autorka całkowicie pomija fakt, iż Brytyjczycy przez prawie dwa wieki dominowali nad światem i właśnie wówczas awansowali do światowej „pierwszej ligi” w zakresie bogactwa, a także całkowicie abstrahuje od obecnego układ sił na międzynarodowej scenie politycznej. Od II wojny światowej globalnym hegemonem świata finansów są Stany Zjednoczone, a najbogatszymi i najzamożniejszymi państwami świata są ich bliscy polityczni sojusznicy (rzecz jasna, Amerykanom rośnie konkurencja w postaci BRICS, lecz to już temat na osobną dyskusję, choć kraje kwestionujące amerykańską władzę nie mają zbyt wielkiego PKB per capita). Od ponad dwóch wieków brytyjskie i amerykańskie elity finansowo-korporacyjne ściśle ze sobą współpracują, a brytyjskie wojska, choć opuściły własne kolonie, regularnie biorą udział w wojnach prowadzonych przez amerykańskie imperium. Brytyjczycy po upadku własnego imperium znaleźli więc nowy sposób na gromadzenie bogactwa: polityczny sojusz z USA, które mają ogromny wpływ na to, gdzie i jak płynie strumień pieniędzy.
            Podążając wyznaczoną przez siebie ścieżką rozumowania, McCloskey stawia coraz bardziej absurdalne tezy. Tak dzieje się właśnie m.in. przy okazji omawiania przez nią przyczyn bogactwa Hongkongu i chińskiego Shenzhen, które jeszcze stosunkowo niedawno były małymi, rybackimi wioskami. Co, zdaniem McCloskey, uczyniło te miejsca bogatymi? Przede wszystkim... zmiana retoryki (!). Milionerów przestano wsadzać do więzień i zaczęto ich podziwiać, zaczęto „mówić pozytywnie” o innowacjach oraz zaprzestano regulacji rynku (s. 397). Choć ostatniemu ze wspomnianych czynników można przyznać spore znaczenie, wyjaśnienia McCloskey są całkowicie komiczne. Tajemnica bogactwa Hongkongu nie polegała bynajmniej na zmianie „narracji” wobec bogatych, lecz na tym, że Brytyjczycy zakupili ten maleńki kawałek Chin na potrzeby handlu opium, aby następnie uczynić z niego azjatyckie centrum swojego kolonialnego, imperialnego handlu. Pomogło również to, że Chińczycy przez pół wieku „bawili się” w komunizm i dopiero w latach 80. pomyśleli o tym, że przecież sami mogą założyć Shenzhen, w którym na mocy państwowych przywilejów pozwolono na „zabawę” w kapitalizm. W typowy dla siebie sposób McCloskey pisze, że w Shenzhen nie obyło się bez „paskudnego uganiania się za zyskiem przez partyjnych urzędników i ich przyjaciół”, lecz mimo to każe nam wierzyć w to, że kluczowa była zmiana narracji. Oczywiście, zmiana narracji przez władzę była w przypadku Hongkongu i Shenzhen kluczowa, ale tylko dlatego, że za słowami (narracją) władz stały potężne argumenty w postaci sprawowanej władzy. Tak samo było zresztą ok. 1700 roku w Anglii.
            A skoro już o „narracji” czy też o „gadce” mowa, to sugerowałbym, aby McCloskey została doradcą ds. wzbogacenia w krajach rozwijających się. Jestem ciekaw reakcji miejscowych, gdyby usłyszeli jej argumenty, że jeśli chcą się bogacić, muszą zmienić narrację i wypowiadać się ciepło na temat innowacji.
            Wszystko to jednak kłóci się z innym stwierdzeniem McCloskey, iż fabryki nie da się zbudować przy pomocy banknotów, lecz cegieł i taczek. Skąd jednak kraje rozwijające się mają wziąć cegły i taczki, skoro obecny światowy system finansowy stanowi wielki schemat redystrybucyjny, w ramach którego cegły i taczki są zawsze bardziej obfite w USA i Zjednoczonym Królestwie?
            Prawdziwym szczytem enigmatyczności tez głoszonych przez McCloskey jest jednak zaproponowany przez nią nietypowy model funkcji produktu narodowego. Przyjmuje on następujący kształt: Q = I(D, B, R) * F(K, sL), gdzie I to funkcja innowacyjności, D to godność (szacunek) wobec innowatorów, B wolność innowatorów, R to zysk z innowacji, F funkcja produkcji, K fizyczny kapitał i ziemia, L praca, a s to współczynnik edukacji i umiejętności. W tym niezwykle ciekawym wzorze brakuje jedynie współczynnika narracji N, a może raczej funkcji gadki T (od ang. talk). Nie wspominając już o tym, że podane czynniki nie są w żaden sposób mierzalne, zatem tworzenie tego typu modeli nie wnosi niczego wartościowego do nauki.
            Niefortunność pracy McCloskey polega przede wszystkim na tym, że omawiając kolejne wątki i przedstawiając racje przeciwne jej własnym tezom, autorka tak naprawdę dostarcza o wiele lepsze wyjaśnienia poszczególnych tez od tych, które sama zaproponowała. Jest tak chociażby w momencie, gdy McCloskey przytacza definicję kapitalizmu Josepha Schumpetera. Schumpeter, jako teoretyk innowacji, miał jej posłużyć jako punkt odniesienia w dyskusji, pokazujący, że sama innowacyjność nie przyczyniła się do rewolucji przemysłowej. Nieopatrznie zaś dostarczył najlepszego wyjaśnienia dla całej rewolucji przemysłowej i tzw. Wielkiego Faktu. Jak pisze McCloskey, zdaniem Schumpetera powinniśmy poszukiwać początków kapitalizmu w elementach kreacji kredytu, czyli bankowości rezerw cząstkowych. Dokładnie! Właśnie ten czynnik, tak bardzo lekceważony przez narrację McCloskey, należy uznać za kluczowy w zakresie wyjaśnienia przyczyn „Wielkiego Faktu”.
            Niejako uprzedzając wszelkie zastrzeżenia, pragnę po raz kolejny wyjaśnić, że w swojej pracy nie poddałem krytyce kapitalizmu jako takiego, lecz jedynie jego wynaturzenie w postaci kapitalizmu państwowego. Jako libertarianin i zwolennik rozwiązań wolnorynkowych jestem szczerze oddany zasadom wolności, lecz narracja takich osób, jak McCloskey, nie stanowi moim zdaniem apologii wolnego rynku, lecz kapitalizmu państwowego. Świadczą o tym chociażby wypowiedzi autorki Bourgeois Dignity, w których wychwala pod niebiosa wątpliwej reputacji inwestora Warrena Buffeta (s. 167).
            Nie przeczę, że rewolucja przemysłowa i ogromny skok cywilizacyjny, który dokonał się za sprawą brytyjskiego imperium, spowodowały wielką obfitość dóbr, jednakże skupianie się na samej obfitości (tak, jak to czyni McCloskey), przyczynia się do całkowitego pomijania szeregu innych, niezwykle istotnych czynników. Rewolucja przemysłowa dokonała się przy pomocy sił państwowych, a jak uczył Fryderyk Bastiat każde działanie państwa oprócz tego, co widać, mieści w sobie także to, czego nie widać. Obecnie widzimy materialne efekty rewolucji technologicznej i bezprecedensową podaż przedmiotów. To, czego nie widzimy, to świat, który mógłby się rozwijać o wiele bardziej harmonijnie niż przez ostanie wieki, świat z mniejszą ilością ludzkiej krzywdy, z mniejszą liczbą wojen i kryzysów. W świecie zdominowanym przez kapitalizm państwowy teoretyk oddany ideom wolności powinien bardzo mocno skupiać się właśnie na „tym, czego nie widać”. McCloskey zaś stworzyła hymn pochwalny „tego, co widać”.
            Szczerze wierzę w to, że wydanie Bourgeois Dignity będzie jedynie epizodem wydawniczym. Do wydania pozostało bowiem jeszcze mnóstwo wartościowych pozycji. Pozycji, które napisano w duchu Ludwiga von Misesa czy też Murraya Rothbarda.