wtorek, 29 listopada 2016

Autorekomendacja "Dziejów Kapitalizmu"



Długo już na blogu nie pisałem. Były różne tego powody:
- po pierwsze, od dłuższego czasu piszę do 4 tytułów prasowych, co skutecznie nasyca mnie słowem pisanym,
- po drugie, jestem ojcem dwójki (a wkrótce trójki) synów, których strasznie nie lubię zaniedbywać,
- i wreszcie: od prawie 2 lat intensywnie pracowałem nad moją najnowszą książką, która właśnie się ukazała. Posiadam więc mocne alibi.

Przy okazji ukazania się moich poprzednich książek na tym blogu napisałem również krótkie wpisy, dlatego tradycji musi się stać zadość. Chociażby ze względów marketingowych: niektórzy nie kupują gazet, w których piszę, a mój blog stanowi główny kanał informacyjny na temat mojej działalności, dlatego warto odnotować fakt wydania książki także w tym miejscu. Tym bardziej, że jest to naprawdę świetna książka (moja najlepsza).



Na temat „Dziejów kapitalizmu” mówiłem sporo w czasie premiery książki w Warszawie 25 listopada (nagranie można obejrzeć tutaj). W tym miejscu dodam przede wszystkim to, że mam ogromną satysfakcję, że ona powstała. Siedząc nad książkami i komputerem przez tyle miesięcy sam nieraz wątpiłem, czy nie porwałem się na zbyt obszerny materiał, a na dodatek pojawiała się presja finansowa: nie dostałem przecież żadnego grantu ani stypendium badawczego, po prostu zainwestowałem swój czas w pokaźny projekt, który nie zapewnia natychmiastowej gratyfikacji pieniężnej (i nadal nie wiem, czy zapewni w stopniu, jaki sobie założyłem).
Ale poprzestańmy na tej martyrologii. „Dzieje” się ukazały i mam nadzieję, że będą niczym kij włożony w dobre samopoczucie środowiska libertariańskiego i wolnościowego w Polsce. Nie chodzi o to, że przeszedłem na drugą stronę mocy, lecz o to, że od wielu lat obserwowałem postępujące zaślepienie mojego środowiska ideowego w zakresie kapitalizmu. Wielu z nas ma tendencję do pryncypialnego odrzucania wszystkiego, co się dzieje i przydawania etykiety „etatyzm” na lewo i na prawo. W rezultacie dziś wielu wolnościowców zabrnęło na dziwaczne pozycje, w ramach których m.in. naiwnie broni kapitalistów państwowych dostrzegając w nich kapitalistów prywatnych, upatruje w Unii Europejskiej obrońcę liberalizmu gospodarczego, czy też bezwiednie wyśmiewa tezę, iż kapitał ma narodowość. W naszym libertariańskim grajdołku dominuje czasem dość naiwna wizja historii, w ramach której bogacili się z reguły ci, którzy wprowadzali reformy wolnorynkowe. Niby nikt tak jak my nie mówi często o krytyce pieniądza fiducjarnego, czy też austriackiej teorii cykli koniunkturalnych, a mimo wszystko chcemy ostatecznie widzieć otaczający nas świat jako rządzący się prawidłami społeczeństwa kształtowanego przez prawo prywatne. Niestety, świat jest o wiele bardziej skomplikowany i odszedł od wolnorynkowych ideałów w tak wielkim stopniu, że bogactwo wynika w sporej mierze ze stosowania środków politycznych, a nie wolnorynkowych.
„Dzieje kapitalizmu” to jeden, wielki prztyczek w nosa tych, którzy ulegli wizji ludzkości wychodzącej za sprawą oświeceniowych idei z „okresu umysłowego niemowlęctwa”. To uderzenie w mit klasycznego liberalizmu brytyjskiego dokonane jednak nie po to, aby sprzeciwić się ideom libertariańskim, lecz aby znaleźć dla nich nowy, stabilny grunt. Książka dopiero się ukazała, a już teraz widzę, że wzbudza pewne kontrowersje, ale właśnie o to mi chodziło. O to, aby libertarianie i wolnorynkowcy przestali zbywać całą lewicową krytykę kapitalizmu, lecz mądrze zagospodarowali pewne jej trafne elementy na własny użytek i potrafili walczyć na rzecz wolności przy pomocy najbardziej skutecznej broni ze wszystkich: secesji. 

Ale „Dzieje kapitalizmu” to nie tylko debata na temat środków sprzyjających gromadzeniu bogactwa. To także setki nazwisk, słabo znanych faktów oraz danych liczbowych, które wywracają do góry nogami tradycyjne postrzeganie historii. Największy dług w tym zakresie mam tradycyjnie u Murraya Rothbarda. Bez jego „Wall Street, Banks and American Foreign Policy” oraz „History of Banking in the United States” moja książka pewnie nigdy by nie powstała. Fajnie było przejść się szlakiem, który kiedyś przetarł.

środa, 6 stycznia 2016

W odpowiedzi Grzegorzowi Słowińskiemu

Dziś na blogu postaram się odpowiedzieć na listowną polemikę Pana Grzegorza Słowińskiego, który w nr 16 tygodnika "Najwyższy Czas!" odniósł się do etyki libertariańskiej w perspektywie praw dzieci w życiu płodowym. W nr 18-19 NCz udzieliłem mu w artykule „Dzieci w społeczeństwie libertariańskim” (tekst poniżej na zielono) odpowiedzi, która jednak nie spotkała się z jego aprobatą, dlatego napisał odpowiedź, której jednak tygodnik nie opublikował. Pan Grzegorz przesłał więc mi ją osobiście, a ja publikuję ją na samym końcu tego wpisu (tekst pisany kursywą). Zainteresowanych odsyłam do treści listu, najpierw jednak pozwolę sobie się do niego odnieść.


 Niczym bumerang w polemice Pana Grzegorza powraca przede wszystkim kwestia kontroli nad dzieckiem znajdującym się w łonie matki. W swoim poprzednim tekście oparłem swoją argumentację na sformułowanej przeze mnie koncepcji własności jako kontroli przestrzennej nad danym przedmiotem. Wskazywałem na to, że dziecko nie może od samego początku swojego istnienia decydować o swoim położeniu przestrzennym, gdyż znajduje się w łonie matki. Pozwolę sobie posłużyć tą koncepcją, aby wykazać sprzeczność w Pana rozumowaniu. Pisze Pan: "Ktoś musi decydować za niego. Jeżeli nieograniczone prawo decyzji przyznamy rodzicom, to de facto przyznajemy im prawo własności do dziecka." Proszę jednak zwrócić uwagę, że jeśli każdy rodzic ma prawo własności do dziecka, to tym samym każdy rodzic stanowi własność swojego własnego rodzica, a jego rodzice własność swoich rodziców itd. itd. Tego typu "łańcuch własnościowy", który tak naprawdę nie ma końca, stanowi oczywisty absurd. Dlatego więc rodzice nigdy nie są właścicielami dzieci, lecz jedynie och powiernikami.
Powiernictwo to wynika z faktu, iż każdy rodzi się w ciele matki, przez co:
1) dziecko nie posiada w pełni władz własnościowych, gdyż jest zdane na kontrolę przestrzenną matki
2) matka nie jest właścicielem żyjącego w niej dziecka, lecz łączy ją z dzieckiem szczególny związek polegający na odpowiedzialności za jego życie - jest to związek powierniczy.

W dalszej części swojej odpowiedzi pisze Pan o wieloznaczności terminów "posiadanie" oraz "własność". Według mnie między tymi terminami nie ma żadnej istotnej różnicy. Termin "samoposiadanie" równie dobrze mógłby brzmieć "samowłasność". W teorii Hoppego, której hołduję, mamy tak naprawdę do czynienia z jednym i tym samym prawowitym związkiem jaki łączy daną osobę z jej ciałem lub własnością. Nieprawidłowa z punktu widzenia kontrola nad danym przedmiotem lub osobą jest tylko i wyłącznie kontrolą - tak właśnie państwo niczego nie posiada ani nie ma na własność, lecz jedynie kontroluje określone zasoby.
Czasem mówi się też, że ludzie pożyczają lub wynajmują pewne przedmioty i je posiadają - moim zdaniem jest to błędne sformułowanie. Analogicznie nikt nie może posiadać niewolników, gdyż czasownik "posiadać" jest tu używany tylko metaforycznie, gdyż prawo własności wyklucza posiadanie innej osoby. Nawet w przypadku zmuszenia przestępcy do wypłacenia lub wypracowania odszkodowania za przestępstwo ofiara nie staje się jego właścicielem, lecz przejmuje nad nim kontrolę.
Powtarzam więc; rozróżnienie na własność i posiadanie  jest absolutnie sztuczne i niepotrzebnie mnoży pojęciowe byty. Jeśli odsyła mnie Pan do analogii ze świata przyrodniczego, to mogę jedynie powiedzieć, że ludzka własność to coś jakościowo różnego od własności (atrybutów, cech, relacji) pozostałych bytów występujących. Tylko człowiek jest bytem duchowo-cielesnym, który zdobywa przedmioty materialne na własność - to jest jego wyróżnik, nie ma drugiego takiego bytu w całym świecie. Więcej na ten temat napisałem w swojej pracy doktorskiej, którą wydałem pod tytułem "Antropologia libertarianizmu". Własność to właściwa tylko człowiekowi relacja wiążąca jego duszę z ciałem oraz przedmiotami zewnętrznymi. Jest to relacja, do której świat przyrody nie ma dostępu.

Pana polemika dała mi sporo do myślenia, gdyż tak naprawdę wydaje mi się, że może warto by było wypracować pewne nowe pojęcie, które oznaczałoby prawowite, pełne prawo własności danej osoby do przywłaszczonych przez nie zasobów. Być może byłoby to pojęcie sztucznie brzmiące, ale na pewno oddałoby samą istotę rzeczy, którą jest nieredukowalny i nieporównywalny do innego rodzaju "własności" lub relacji przyporządkowania związek, jaki łączy nas z naszą własnością. Jest to związek dostępny wyłącznie ludziom oraz zachodzący jedynie wówczas, gdy dana osoba przejmie realną i prawą kontrolę nad danym przedmiotem materialnym,
Z tego właśnie względu dzieci nie są własnością rodziców, lecz jedynie przedmiotem relacji powierniczej. Powiernictwo wyklucza władztwo nad innym człowiekiem na wzór własności przedmiotów materialnych; dopuszcza jednak spory zakres ingerencji w życie dziecka.
Nie chcę się jednak na ten temat ponownie rozpisywać, gdyż uczyniłem to obszernie w swoim ebooku "A priori sprawiedliwości".

Co zaś się tyczy stosunku Rothbarda do Związku Radzieckiego, to pragnę Panu przypomnieć, że jak by na to nie patrzeć, było to państwo wyjątkowo kiepskie pod względem agresji poza swoimi granicami. Wewnątrz swoich granic Sowieci stworzyli prawdziwe piekło: wywózki, łagry, tortury. Jednakże ich system gospodarczy był skrajnie niewydolny. Dlatego właśnie, w porównaniu do USA, nie byli w stanie dokonać praktycznie żadnej agresji poza swoimi granicami. Potwierdza się tu słynna teza Hansa-Hermanna Hoppego głosząca, że kraje wewnętrznie liberalne (np. USA) są bardzo agresywne w polityce podbojów, zaś kraje socjalistyczne nie są w stanie podbijać innych krajów. W przypadku ZSRS wielkie złudzenie ich polityki podbojów wynikało z tego, że w 1918 roku rewolucję bolszewicką sfinansowali bankierzy z Niemiec, Wielkiej Brytanii i USA, choć zachodnie pieniądze i tak nie wystarczyły, aby pokonać w 1920 Polskę. Natomiast w 1939 roku była to ćwierć-inwazja, gdyż główne siły polskie były związane w walce z Niemcami. Natomiast gdyby nie pomoc finansowa USA w czasie II wojny światowej Sowieci już dawno by upadli, a na pewno nie doszliby do Berlina.
Poza tym: czy potrafi Pan wskazać choć jedną udaną interwencję zagraniczną ZSRR przez cały okres jego istnienia? Wygrali z nimi Polacy, Finowie, Afgańczycy i wielu innych.
Rothbard bywa w ocenie ZSRR niesłusznie ośmieszany i bagatelizowany, choć był niezwykle przenikliwy w swoich ocenach i głośno mówił, że to państwo runie już w latach 50.

Pozdrawiam!











Dzieci w społeczeństwie libertariańskim

            Kwestia praw dzieci pozostaje wciąż jednym z najbardziej dyskutowanych i kontrowersyjnych elementów libertariańskiej etyki społecznej.
            Niniejszy tekst stanowi próbę odpowiedzi na wątpliwości, które w liście do redakcji „Najwyższego Czasu!” zasygnalizował Pan Grzegorz Słowiński. Odnosząc się do mojego wcześniejszego tekstu pt. „Dlaczego Rothbard?”, Autor listu zasugerował, iż libertariańska zasada samoposiadania prowadzi do sprzeczności dlatego, iż uniemożliwia wychowanie dzieci. Rodzice muszą wszak zmuszać dzieci do szeregu czynności, aby zapewnić im wychowanie lub też uchronić ich np. przed pedofilami. A jeśli relacja rodzic-dziecko, która wymaga naruszenia libertariańskiej zasady samoposiadania (czyli stanowienia o samym sobie), wówczas jesteśmy zmuszeni uznać, iż – jak sugeruje Pan Słowiński – libertarianizm jest teorią nie nadającą się opisu relacji społecznych, dopuszczających wiele asymetrii. Tym samym, choć Autor listu docenia wkład Rothbarda w wyjaśnianie zjawisk związanych z bankowością i pieniędzmi, zdaje się nie żywić wobec jego teorii społecznej zbyt wielkiej sympatii.
            Nim odniosę się do argumentacji Pana Sowińskiego dotyczącej praw dzieci, pozwolę sobie jeszcze tylko poświęcić jeden krótki akapit na odparcie zarzutu o skrajnie naiwnym stosunku Rothbarda wobec Związku Radzieckiego. To niewątpliwie często wyrażana kontrowersja, jednakże zgłaszający ją zbyt rzadko zadają sobie trud, aby przeczytać dokładnie co Rothbard faktycznie miał na ten temat do powiedzenia.
Otóż Rothbard przekonywał, iż komuniści są z natury rzeczy niezdolni do agresji międzynarodowej (sam pisałem o tym w NCz! – „Jakie państwo jest agresorem?” Nr 4/2015). Komuniści preferują rewolucję oraz dywersję, lecz wojny inicjują państwa „kapitalistyczne”, takie jak USA. Rothbard już w latach 50. pisał, że w dłuższej perspektywie czasowej zagrożenie ze strony komunizmu zniknie, gdyż, jak pisał „komuszki” posługują się „nieefektywnym systemem ekonomicznym”. W tekście z 1954 roku noszącym tytuł „Prawdziwy agresor” Rothbard uzasadniał, że prawdziwym wrogiem Amerykanów było samo państwo amerykańskie.  „Powinniśmy tak naprawdę zwalczać wszelką państwowość, a nie tylko tę spod znaku komunizmu. Występowanie przeciwko jednemu typowi socjalistów nie jest sposobem na powstrzymanie socjalizmu – tak naprawdę skazane jest ono na wzmocnienie socjalizmu, tak ja uczyniły to wszystkie współczesne wojny”. Według Rothbarda „prawdziwym wrogiem jest państwo, nie zaś sam komunizm”.
Powróćmy jednak do kwestii praw dzieci oraz zasady samoposiadania. Kwestią ta zająłem się w sposób obszerny w swoim e-booku „A priori sprawiedliwości. Libertariańska teoria prawa”. Postaram się w sposób nieco bardziej przystępny omówić tą kwestię i pokazać, że wbrew zarzutom Pana Sowińskiego, nie istnieje potrzeba rezygnacji z libertariańskiej zasady samoposiadania.
Przede wszystkim, zwróćmy uwagę na fakt, iż zasada samoposiadania – samo „jądro” libertariańskiej etyki społecznej – nie jest wcale postulatem dobranym ad hoc, lecz posiada bardzo silne uzasadnienie filozoficzne. Kwestii tej najwięcej uwagi poświęcił wspomniany przez Pana Sowińskiego Hans-Hermann Hoppe, który uzasadnił ją poprzez odwołanie do zasad argumentacji. Nikt nie może powiedzieć, że nie posiada własnego ciała (nie obowiązuje go zasada samoposiadania), gdyż chcąc wyrazić swój sprzeciw musi w tym celu posłużyć się właśnie swoim ciałem, którego jest jego własnością. Tego faktu nie przekreślą nawet stosowane często zabiegi słowne (np. „ja nie posiadam swojego ciała, tylko je akurat się nim posługuje” itd.) W związku z czym, wbrew intuicjom zgłaszanym przez Pana Grzegorza Słowińskiego, zasada samoposiadania bezsprzecznie obowiązuje wszystkich i wszędzie, w tym i dzieci. Problem polega tylko na tym, jak pogodzić ją z praktyką relacji rodzic-dziecko.
Problem to nie byle jaki, o czym świadczy fakt, że nie poradził sobie z nim nawet sam Murray Rothbard. Oto bowiem musimy pogodzić dwa, pozornie nie dające się ze sobą pogodzić, komponenty: niczym nieograniczoną zasadę samoposiadania oraz intuicyjnie słuszną praktykę ograniczania praw dzieci przez ich rodziców.
Moja własna próba odpowiedzi na ten dylemat odwołuje się do koncepcji manifestacji prawa własności poprzez kontrolę przestrzenną nad przedmiotami. Intuicję zawartą w tej koncepcji dosyć dobrze wyraża przykład osoby pragnącej ujarzmić dzikiego mustanga. Wiele osób może próbować złapać dzikiego konia, ale jego właścicielem może się stać tylko ten, kto go ujarzmi i sprawi, że będzie mu posłuszny. Innymi słowy, jesteśmy właścicielami różnych przedmiotów właśnie dlatego, że panujemy nad ich położeniem w przestrzeni. (Potwierdzeniem tej intuicji jest nawet sama argumentacja na rzecz zasady samoposiadania, która opiera się przecież na odpowiednim przemieszczaniu naszego ciała w celu komunikacji z innymi ludźmi)
U Johna Locke’a, na którego argumentacji w tym zakresie w sporej mierze bazował Murray Rothbard, kluczem do zdobycia własności była praca (energia) włożona w pozyskanie przedmiotu z natury. Locke posługiwał się przykładem jabłka zrywanego z drzewa, kładąc nacisk w typowy dla protestantów sposób na pracę włożoną w jego zerwanie, lecz przecież sam wysiłek nie sprawia jeszcze, że dana rzecz zostaje przez nas przywłaszczona. Stajemy się właścicielami zerwanego jabłka właśnie dlatego, że potrafimy zapanować nad miejscem zajmowanym przez niego w przestrzeni: możemy je zjeść, podarować komuś innemu, lub schować do chłodni.
Odwołanie się do koncepcji prawa własności jako przestrzennego panowania nad przedmiotami (oraz nad własnym ciałem) okazuje się niezwykle pomocne gdy chcemy zgłębić naturę praw dzieci. Od momentu poczęcia, które stanowi początek istnienia ludzkiej istoty, żaden z nas nie sprawuje przestrzennej kontroli nad samym sobą. Dziecko znajdujące się w łonie matki zwyczajnie nie może zająć takiego miejsca w przestrzeni, jakie by chciało, lecz musi zdać się na swoją matkę. Pierwotny dla każdego z nas jest zatem stan, w którym nasza zdolność do nabywanie praw własności znajduje się w zawieszeniu.
Z perspektywy praw własności poród nie stanowi tak naprawdę żadnej istotnej linii demarkacyjnej. Wychodząc poza łono matki dziecko jest przecież w dalszym ciągu niezdolne do samodzielnej egzystencji i nie potrafi sprawować przestrzennej kontroli nad żadnymi przedmiotami. Okres dzieciństwa, zaczynający się w momencie poczęcia dziecka, stanowi więc tak naprawdę naturalny dla każdego człowieka okres, w którym rodzice sprawują powierniczą opiekę nad dzieckiem.
Kres okresu powiernictwa następuje dopiero w momencie, gdy dziecko nauczy się sprawować kontrolę przestrzenną nad zasobami materialnymi. Ogromna większość z dzieci gdy tylko nauczy się bycia podmiotem zdolnym do działania zgodnym z prawem własności decyduje się jednak żyć razem ze swoimi powiernikami (Nawiasem mówiąc, okres dojrzewania polega m.in. na tym, że kończy się okres powiernictwa i młodzi ludzie wchodzą w konflikt ze swoimi opiekunami w zakresie sprawowania kontroli nad swoim ciałem i własnością). Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby nastolatkowie zaczęli dorosłe życie, gdyby tylko taka była ich wola. Obecnie wchodzenie w dorosłość jest znacznie opóźnione przez państwo, które zakazuje pracy nieletnim, narzuca im obowiązek szkolny oraz upośledza ich prawa uzależniając nabycie wszystkich uprawnień od skończenia 18 roku życia.
W odniesieniu do zasady powiernictwa może paść zastrzeżenie, że zdaje się z niej wynikać, iż każdy człowiek, który nie panuje nad swoim ciałem i własnością (np. w wyniku złego stanu zdrowia) w sporym zakresie traci swoje prawa własności. Choć może się to wydawać brutalne, w rzeczywistości tak właśnie działa prawo własności. Opiekujący się chorą osobą, która np. zapada w śpiączkę, staje się jej powiernikiem dokładnie w ten sam sposób, co rodzice małego dziecka. Powiernictwo nad małym dzieckiem jest jednak silniejszym zobowiązaniem niż powiernictwo nad chorym, gdyż opiekujący się ciężko chorymi czynią tak najczęściej z własnej, nieprzymuszonej woli (bez zobowiązania o charakterze wiążącej umowy). Natomiast rodzice/opiekunowie opiekujący się małym dzieckiem są przez prawo naturalne „zmuszeni” do czynności zapewniających mu przeżycie. To bowiem ich decyzja spowodowała przyjście dziecka na świat.
Podsumowując, wbrew sugestiom Pana Grzegorza Sowińskiego, opieka rodzicielska nie przekreśla zasady samoposiadania, lecz stanowi naturalny istotny etap na drodze do jej pełnego wybrzmienia. Każdy z nas jest właścicielem swojego ciała od momentu poczęcia, lecz poprzez niemożność poszerzenia stanu posiadania o kolejne przedmioty w pierwszych latach swojego istnienia, zasada samoposiadania przez długi czas pozostaje w „fazie embrionalnej”.
Stpehan Kinsella opisując proces dorastania posługuje się nawet wyrażeniem „przywłaszczanie ciała”, które odnosi do ustalania obiektywnego związku bezpośredniej kontroli nad własnym ciałem przez racjonalnie działającego człowieka. Podkreśla przy tym, że nie chodzi tu o przywłaszczanie ciała, które wcześniej nie należało do nikogo, lecz o przejmowanie nad nim pełnej i kompleksowej kontroli. Libertariańska etyka społeczna wydaje się być w tej kwestii niezwykle zgodna ze zdroworozsądkowym rozumieniem kwestii dorastania i dojrzałości.
Rzecz jasna, omawiając kwestię praw dzieci Rothbard nie wystrzegł się błędów, o czym przesądziła nade wszystko przyjęta na samym starcie fatalna w skutkach koncepcja płodu jako pasożyta w ciele matki. Popełniwszy ten fatalny w skutkach błąd, Rothbard nie był w stanie odpowiednio przeanalizować wszystkich aspektów uzyskiwania przez dziecko niezależności oraz powiernictwa. Niemniej jednak, wydaje się, że nie zasługuje przez to na całkowite potępienie i odrzucenie, gdyż przed jego „Etyką wolności” liczbę osób, które starały się rozwiązać problem praw dzieci odwołując się wyłącznie do prawa własności można było policzyć na palcach jednej ręki.





ODPOWIEDŹ GRZEGORZA SŁOWIŃSKIEGO:


W nr 18-19 NCz Pan Jakub Woziński w artykule „Dzieci w społeczeństwie libertariańskim”
odniósł się do mojego listu „Pułapki etyki libertariańskiej” (tytuł od redakcji) opublikowanego w Nr
16. List ten zaś był odpowiedzią na artykuł p. Wozińskiego z nr 12 o Murrayu Rothbardzie.
Fakt podjęcia przez p. Wozińskiego polemiki, ucieszył mnie wielce, kilkukrotne przekręcenie
mojego nazwiska nieco mniej, natomiast argumentacja p. Wozińskiego (którego skądinąd cenię i
chętnie czytam) dotycząca relacji rodzic-dziecko nie tylko mnie nie przekonała, ale wręcz
utwierdziła w moim stanowisku, że etyka libertariańska nie jest systemem spójnym.
Niestety pan Woziński nie odniósł się wprost do wyartykułowanej przez mnie sprzeczności.
Spróbuję wyartykułować ją tu ponownie możliwie zwięźle: Człowiek we wczesnym, a już zupełnie
w najwcześniejszym okresie życia nie może decydować sam o sobie, nie jest w ogóle zdolny do
wyrażenia swej woli. Ktoś musi decydować za niego. Jeżeli nieograniczone prawo decyzji
przyznamy rodzicom, to de facto przyznajemy im prawo własności do dziecka. Jeśli rodzicom
przyznamy jedynie „ograniczone prawo powiernicze”, jak postuluje Rothbard, to pojawia się
konieczność, aby ktoś (1) określił ramy tego ograniczenia (np. czy można dać klapsa) i (2)
kontrolował rodziców, czy nie przekraczają tego prawa. Stąd musi istnieć jakiś rząd i rodzice nie
żyją w społeczeństwie anarcho-kapitalistycznym, tylko w państwie. Innymi słowy stajemy przed
alternatywą: albo dziecko należy do rodziców, albo i rodzice i dziecko należą do państwa.
Prawo własności rodziców do dziecka można uzasadnić również następująco. Otóż każdy
przyzna, że plemnik należy do ojca, komórka jajowa do matki. Stąd naturalne trzeba uznać, że efekt
połączenia tych komórek należy do ojca i matki (jak dokładnie dzielą tę własność pomiędzy siebie
ojciec i matka, to kwestia ich umowy), czyli, że zygota, zarodek, płód, dziecko jest po prostu
własnością ojca i matki.
Jak twierdzi p. Woziński samym „jądrem” etyki libertariańskiej jest zasada samoposiadania.
Rothbard ujmuje to następująco: „Fundamentalnym aksjomatem teorii libertariańskiej jest to, że
każda osoba musi być posiadaczem samej siebie i że nikt nie ma prawa do ingerowania w takie
samoposiadanie. Z tego wynika całkowita niedopuszczalność własności innej osoby. Rzucającym
się w oczy przypadkiem tego rodzaju własności jest instytucja niewolnictwa.” (Etyka Wolności s.
147).
Jednakże już kilkadziesiąt stron dalej, omawiając kwestię kary i zasady proporcjonalności
Rothbard konkluduje, że „W sytuacji idealnej przestępca staje się niewolnikiem swej ofiary,
pozostając nim aż do momentu pełnego zadość uczynienia osobie, wobec której zawinił.”(Etyka... s.
175). W ten sposób Rothbard osobiście stwierdza, że niedopuszczalność własności innej osoby nie
jest znowu taka zupełnie fundamentalna i istnieje od niej przynajmniej ten jeden wyjątek.
P. Woziński za Hansem Hermanem Hoppe podkreśla, że zasada samoposiadania ma silne
uzasadnienie filozoficzne bazujące na „zasadzie argumentacji”. O ile dobrze zrozumiałem to
uzasadnienie, to jest ono następujące. Otóż nikt nie może powiedzieć, że nie posiada własnego
ciała, gdyż chcąc to powiedzieć musi tego ciała użyć. Wygłaszając takie stwierdzenie popadałby w
sprzeczność. Stąd każda etyka, która zakładałaby, że jeden człowiek może posiadać drugiego
prowadziłaby do sprzeczności. Więc etyczne jest, że każdy powinien być właścicielem własnego
ciała.
Wydaje mi się, że argumentacja ta ma dwie luki. Luka 1 polega na tym, że nie zauważa się,
że terminu „posiadanie” używa się w 2 różnych znaczeniach. Luka 2, że nie odróżnia się pojęć
„posiadania” i „własności”.
Oczywistym jest fakt, że tylko człowiek może swojemu ciału wydawać bezpośrednio
polecenia. Tylko człowiek może chodzić, machać dłońmi, jeść, gwizdać itp. W tym sensie posiada
siebie, posiada swoje ciało. To samo można powiedzieć jednak i o zwierzętach lub roślinach. Krowa
posiada siebie, bo tylko ona może wydać swej paszczy polecenie, aby żuć trawę. Gospodarz nie
może zmusić krowy, by żuła trawę, piła wodę i dawała mleko. W tym sensie krowa posiada samą
siebie. Posiadanie krowy przez gospodarza polega na tym, że trzyma krowę na postronku, zabiera
jej mleko, a gdy krowa przestanie dawać mleko, to odda ją do rzeźni.
Podobnie drzewo posiada samo siebie, bo tylko ono może użyć swoich liści, aby prowadzić
proces fotosyntezy i tylko ono może wydać owoce. A przecież jednocześnie człowiek posiada
drzewo, bo zbiera owoce, które ono wydaje i może zadecydować o wycięciu drzewa. Nie może być
tak, że drzewo posiada samo siebie i jednocześnie człowiek posiada drzewo w tym samym sensie.
Stąd widać, że słowo posiadanie jest użyte w dwu różnych znaczeniach.
Podobnie człowiek posiada sam siebie w znaczeniu takim, że on sam jedynie może „od
wewnątrz” używać swojego ciała. Ale nie wyklucza to, że taki człowiek może być posiadany przez
drugiego „od zewnątrz”. Więzień osadzony w celi nadal posiada sam siebie w tym sensie, że tylko
on może używać swojego ciała, aby mówić, chodzić, stać itp., ale zarazem jest posiadany przez
tego, kto go uwięził i może więźniowi grozić np. pobiciem, głodzeniem, polewaniem zimną wodą,
jeśli ten nie będzie posłuszny.
Powyższe rozróżnienie dwu znaczeń słowa posiadanie nie mówi jeszcze nic o własności.
Fakt posiadania danej rzeczy przez daną osobę, nie mówi nic o tym, kto jest właścicielem rzeczy.
Przykładowo: książka, którą czytam może być moją własnością, ale równie dobrze mogłem ją od
kogoś pożyczyć lub wręcz ukraść. Niewolnik może być niewolnikiem, bo ktoś go bezprawnie
porwał i obrócił w niewolnika (jak np. działo się z Murzynami w Ameryce) lub może cierpieć tę
karę, gdyż jest mordercą i przymusowo pracuje, aby płacić rentę rodzinie zamordowanego.
W argumentacji libertariańskiej raz pojawia się termin samoposiadania, a raz mówi się o
własności. Dokonuje się niejako mimochodem wnioskowania, że skoro człowiek jest swoim
samoposiadaczem, to musi być swoim samowłaścicielem. A wnioskowanie z faktu posiadania o
fakcie własności jest błędem. (Por. wyżej cytowany fragment Etyka... s. 147).
Postulat niezbywalnej samowłasności każdego człowieka (to byłby termin lepszy od
„zasady samoposiadania”) ukazał mi swoją słabość po raz pierwszy, przy analizie relacji rodzicdziecko.
Jednakże również na innych polach konsekwentne trzymanie się go prowadzi do
opłakanych skutków.
Warto zauważyć, że pomimo oficjalnego zniesienia niewolnictwa na całym świecie,
niewolnictwo wciąż istnieje. I nie chodzi mi o społecznie potępiane przypadki sprowadzania sobie
niewolników z krajów Trzeciego Świata. Chodzi mi tu przede wszystkim o społecznie
akceptowalną i sprawiedliwą karę więzienia, którą stosuje się powszechnie wobec przestępców.
Kara ta nazywa się karą „pozbawienia wolności”. Z samej nazwy widać, że skoro kogoś
„pozbawiamy wolności”, to nie jest on już „wolny, tylko staje się „nie-wolny”, czyli jest to
niewolnictwo. Oczywiście jest to niewolnictwo dość cywilizowane, bo nie znęcamy się nad
niewolnikiem, karmimy go, dajemy dostęp do lekarza itd. Ale jednak odbieramy więźniowi prawo
do decydowania o samym sobie o zajmowaniu miejsca w przestrzeni itd.
Podobnie jest z karą śmierci. Aby wykonać na kimś etyczną i sprawiedliwą karę śmierci
musimy wpierw ustalić, że skazany nie ma prawa decydować sam o sobie i może o nim
zadecydować ktoś inny. Czyli skazany nie jest już człowiekiem wolnym, ale niewolnikiem.
Sytuacja przeciwna, konsekwentne trwanie przy zasadzie niezbywalnego, absolutnego
prawa do samowłasności musi prowadzić do uznania wszelkich kar pozbawienia wolności, kary
śmierci, kary chłosty itp. za nieetyczne. W takim układzie człowiek odpowiadałby za swoje czyny
jedynie do wysokości posiadanego majątku, ale nie swoją własną osobą. Taka sytuacja
prowadziłaby do rozkładu cywilizacji.
Nie chciałbym jednak, aby powyższy wywód sprawił wrażenie, że jestem przeciwnikiem
libertarianizmu. Przeciwnie, uważam się za jego zwolennika i przeciwnika instytucji państwa.
Wydaje mi się jednak, że sednem myśli libertariańskiej jest nie postulat fundamentalnej
samowłasności, ale postulat konsekwentnego bronienia prawa własności oraz konsekwentnego
egzekwowania zasady, że każdy ponosi pełną odpowiedzialność, za skutki swych działań.
PS. Nie chcę szerzej rozwijać kwestii stosunku Rothbarda do Związku Sowieckiego, bo
sam tego nie przemyślałem, zacytuję tylko stosowny przypis tłumacza, Witolda Falkowskiego :
„Cały wywód Rothbarda na temat rzekomo pokojowej polityki Związku Sowieckiego jest
oczywiście mocno kontrowersyjny. Teza o tym, że w roku 1939 Sowieci zajęli wschód Polski bez
walki, podobnie jak twierdzenie, że wojna 1920 roku była agresją Polski i innych państw przeciwko
Rosji Sowieckiej, jest – najdelikatniej mówiąc – daleko idącym uproszczeniem. Podobnie
wybielony obraz sowieckiej polityki wyłania się z następnych akapitów, co polskiego czytelnika
wprawi zapewne w zadumę”.

wtorek, 15 grudnia 2015

Mini-almanach obiektywistycznych świrów




            Stało się. Do Polski zaczęli przybywać przedstawiciele amerykańskiego Instytutu Ayn Rand wraz ze swoimi chorymi ideami.
            Przedstawianie po raz kolejny na tym blogu Ayn Rand i jej pokracznych idei mija się z celem, warto jednak mieć na uwadze to, iż choroba moralności i człowieczeństwa, zwana także obiektywizmem, niestety wciąż ma się dobrze i żyje w umysłach wielu osób. Część z tych osób przybywa nawet do Polski ze specjalnymi wykładami – warto więc wiedzieć, z kim mamy do czynienia.
            Murray Rothbard był chyba jednym z niewielu (jedynym?) normalnych nowojorskich Żydów, którzy poświęcili swoje życie naukom o człowieku. Zeświecczona społeczność żydowska tej wielkiej metropolii zrodziła już całe zastępy wywrotowych lub lewackich intelektualistów, by wymienić tylko Hannah Arendt, Thomasa Nagela, czy też Noama Chomsky’ego i ciężko w niej znaleźć normalnych libertarian. O wiele łatwiej znaleźć można za to obiektywistów, czyli zwolenników groteskowych poglądów Ayn Rand.
            Przez wiele rolę „świętego Piotra” religii obiektywizmu pełnił Nathaniel Branden. Zmarł w 2014 roku i na szczęście nie przyjedzie już do Polski. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało: Blumenthal, ale postanowił je zmienić za namową samej prorokini Rozumu. Branden przeczytał powieść Rand „Źródło” w wieku 14 lat i był, jak sam mówił, „zahipnotyzowany”. Rzeczywiście, było w tym coś z hipnozy, gdyż po kilkuletniej wymianie korespondencji Rand zadzwoniła wreszcie do niego i gdy miał 20 lat uczyniła z niego swojego seksualnego partnera. Co ciekawe, zanim tak się stało Rand zorganizowała wspólne spotkanie z swoim małżonkiem oraz żoną młodego Nathaniela, na którym wyjaśniła wszystkim, że zgodne z rozumem jest to, aby ich romans pozostał niezakłócony.
            Nathaniel Branden był psychoterapeutą, który mniej więcej od początku lat 70. zaczął publikować swoje własne prace cieszące się pewnym uznaniem w środowisku. Nie jestem specjalistą od psychologii i dlatego nie potrafię wypowiedzieć się na temat ich wartości, lecz sporo wątpliwości budzi jego pogmatwane życie moralne a także fakt, iż prowadziwszy swego czasu terapię Murraya Rothbarda zdradzał wszystkim członkom randowskiej sekty tajemnice i sekrety, które powierzał mu Mr Libertarian. Tego typu zachowania są dyskredytujące w środowisku terapeutów – być może jednak nie w środowisku zbuntowanych atlasów.
            Branden sypiał z Ayn Rand mniej więcej 9 lat, lecz wówczas poznał młodszą i piękniejszą, dlatego został wydalony z samego jądra Rozumu (dlatego zresztą zajął się przede wszystkim psychologią). Wówczas miejsce Brandena (niekoniecznie w łożu Ayn Rand) zajął Leonard Peikoff, krewny Brandenów z Kanady.
            Rosyjska Żydówka uczyniła z Peikoffa swojego prawnego i intelektualnego spadkobiercę. Ten wziął sobie jej wolę do serca, gdyż w 1985 założył wspomniany instytut noszący jej imię, który niestrudzenie uświadamia wszystkich chętnych o tym, że kilka dekad temu po Nowym Jorku kroczyła wielka filozof nauczająca o tym, że „fakty to fakty”, czy też, że „A jest A”.
            Leonard Peikoff to „myśliciel” tyleż kuriozalny, co nawet groźny. Jak wiadomo, obiektywiści gardzą altruizmem (a przynajmniej go „nie cenią”). Założyciel Instytutu Ayn Rand pokazał na czym polega to przekonanie w praktyce gdy po wybuchu wojny w Iraku w 2003 roku żalił się w czasie wystąpień publicznych, że opinia publiczna niepotrzebnie przejmuje się losem cywilów, którzy ginęli w czasie walk (!). Jako zwolennik wojen prowadzonych przez amerykańskiego Lewiatana uważał zresztą, że USA powinno od razu uderzyć na Iran i czynił z tego powodu wielkie wyrzuty prezydentowi Bushowi.
            Peikoff i inni randyści (obiektywiści) nie potrafią nigdy wytłumaczyć jak pogodzić głoszony przez nich indywidualizm z wyrażaniem poparcia dla wojen prowadzonych przez USA o dostęp do surowców, lecz najwyraźniej to dla nich nie problem. Tego typu problemów nie dostrzegała także nigdy sama Krynica Racjonalności. Bardzo często można także odnieść wrażenie, że randyści popierają wszystko to, co leży w interesie państwa Izrael – co nie dziwi jeśli uwzględnimy narodowość większości najważniejszych obiektywistów.
            Peikoff to także zdecydowany zwolennik aborcji, przy czym jego poparcie przybiera wręcz absurdalne intelektualnie kształty. Otóż założyciel Instytutu Ayn Rand uważa, iż tak naprawdę to zwolennicy aborcji są pro-life, ponieważ zakaz aborcji zmusza kobietę do poświęcenia jej życia (!). A tymczasem, jak wskazywała Sama Ona, dzieci nie posiadają żadnych praw dopóki się nie urodzą.
            Jako ciekawostkę warto także przedstawić bezmiernie śmieszne poglądy Peikoffa na temat Świąt Bożego Narodzenia, z którymi można zapoznać się na jego stronie peikoff.com. Otóż, przekonuje randysta, wszyscy powinniśmy dążyć do tego, aby pozbyć się Chrystusa z obchodów Świąt i skupić się na Świętym Mikołaju, który w przeciwieństwie do Nazaretańczyka jest... kapitalistyczny. Chrystus okazuje innym łaskę oraz bezwarunkową miłość – największe grzechy obiektywistycznej religii – a Gwiazdor daje prezenty tylko tym, którzy byli dobrzy, a nie źli.
            Wystarczy już chyba słów na temat założyciela Instytutu Ayn Rand – i tak poświęciliśmy mu o wiele więcej uwagi, niż na nią zasługuje.
            Leonard Peikoff na szczęście nigdy nie odwiedził Polski, lecz dwukrotnie (a może i więcej razy) z wykładami gościł już w naszym kraju dyrektor wykonawczy Instytutu Ayn Rand – Yaron Brook. Brook nie jest wprawdzie Żydem z Nowego Jorku, ale Żydem z Izraela, co w najlepszy sposób tłumaczy jego wielkie zaangażowanie w zastosowanie zasad randowskiego egoizmu do polityki zagranicznej (wojennej) Stanów Zjednoczonych oraz Izraela. Otóż zdaniem Brooka, a także Peikoffa i innych, w polityce zagranicznej USA powinny się kierować własnym interesem, gdyż moralne jest właśnie to, co jest zgodne z wolą jednostki.
            Podstawowy problem związany z takim poglądem polega na tym, że USA nigdy nie były ani nie zostaną wychwalaną przez obiektywistów pod niebiosa jednostką, lecz będą zawsze stanowiły kolektyw. Na dodatek kolektyw, który pobiera ogromne podatki na rzecz coraz większych zbrojeń, choć przecież obiektywiści deklarują się jako zwolennicy kapitalizmu. Brooka to jednak nie zraża.
            Naczelny obiektywista to osoba dobrze czująca się w publicznych wystąpieniach. Gdy się wypowiada, można niekiedy odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z charyzmatycznym pastorem. Wydaje się, że to nie przypadek. Brook to były pracownik izraelskich służb specjalnych, człowiek doskonale przeszkolony w swoim fachu. Istnieje wiele powodów by sądzić, że Yaron Brook został specjalnie wynajęty przez państwo Izrael lub amerykańskie służby do tego, aby urabiać młode osoby zainteresowane libertarianizmem do wyrażania poparcia dla wojen prowadzonych przez USA i Izrael. Tłumaczyłoby to także, dlaczego Instytut Ayn Rand dysponuje tak sporymi środkami na promocję własnych idei.
            Brooka cieszy, że po śmierci Rothbarda libertarianizm w Stanach Zjednoczonych stał się mniej „anarchistyczny”, a przez to mniej nakierowany na realizację libertariańskich ideałów. Cele Brooka i jego obiektywistycznych kolegów są bowiem o wiele bardziej prozaiczne: chcą urobić libertarian do udzielenia masowego poparcia amerykańskiej maszynie „obiektywnych” i zgodnych z „egoistycznym interesem” amerykańskiego narodu wojen. Kto nie wierzy, niech sprawdzi jak często Brook i jego koledzy pojawiają się w republikańskich mediach, które jednocześnie zakazują wstępu libertarianom spod znaku Murraya Rothbarda. Przy okazji pragną także przekonać wszystkich, że religia jest nieracjonalna i że prawdziwy libertarianin powinien nią gardzić.
            Do niniejszego małego almanachu mógłbym jeszcze zaliczyć oczywiście m.in. Alana Greenspana, który zasady randowskiego obiektywizmu realizował jako naczelny nadzorca taśmy drukującej pieniądze w amerykańskim banku centralnym. Jego przypadek to chyba najbardziej wyrazisty dowód na to, jak bardzo pozbawiony moralnych fundamentów jest obiektywizm oraz jego zwolennicy.
            Niestety - Instytut Ayn Rand i jego przedstawiciele powoli penetrują już polskie środowisko libertarian. Przyjeżdżają z wykładami, przysyłają książki, udzielają wsparcia. Można mieć tylko nadzieję, że polscy libertarianie rozpoznają w nich w porę hochsztaplerów i płatnych agentów oraz dostrzegą, jak bardzo groteskowe są poglądy obiektywistów.

Jakub Wozinski