środa, 28 grudnia 2011

Domena ujazdowski.pl powinna zostać upaństowiona!

Na jednej ze stron będących dla mnie największym źródłem inspiracji przy tworzeniu tego bloga (wpolityce.pl), Kazimierz Michał Ujazdowski wezwał do upaństwowienia domen: poland.pl i polska.pl, gdyż państwo przekazało je wrednej Agorze. Zapewniam p. Ujazdowskiego, że Agorę darzę równie wielką antypatią co cała prawica, lecz nie jestem w stanie dostrzec logiki jego wywodu.
Wg mnie przestępstwo popełniono, lecz w innym momencie. Akt kryminalny miał miejsce w momencie przywłaszczenia przez Lewiatana obydwu wspomnianych domen, gdyż w uczciwie zbudowanym społeczeństwie domeny powinny przynależeć do prywatnych osób. Tymczasem polski Lewiatan był ich właścicielem od prawie 10 lat.
Przekazanie poland.pl i polska.pl lewackiej Agorze stanowi zaledwie konsekwencję bezprawnego aktu, lecz można dostrzec w nim nawet pewien optymistyczny element. Uszczuplenie własności państwowej jest dobre, bez względu na to, kto przejmuje należące do państwa mienie.
Propozycja Ujazdowskiego, aby oddać wspomniane domeny państwu jest najgorszą z możliwych i jedynie potwierdza regułę, że prawica bywa znacznie bardziej wroga wolnemu rynkowi niż lewica.

Mam więc propozycję: a może znacjonalizujmy domenę ujazdowski.pl? Wzmocnimy nasze wspaniałe państwo, a przy okazji Michał Ujazdowski poczuje smak wywłaszczenia. Jako zawodowy konsument podatków być może poczuje wreszcie na własnej skórze co to znaczy utrzymywać państwo i takich politykierów, jak on.

środa, 21 grudnia 2011

Któż zliczy wszystkie te prawice?

Prawicowcy często zarzucają libertarianinom, że ich "śmieszna" i "bujająca w obłokach" teoria jest tym bardziej "księżycowa", że tak naprawdę nie ma jednego libertarianizmu, tylko wiele libertarianizmów. Jacek Bartyzel, który na co dzień zajmuje się propagowaniem bajki o boskim pochodzeniu władzy państwa, stwierdził kiedyś, że w ramach libertarianizmu istnieje tyle nurtów, że ciężko tą "lewicową' teorię brać poważnie (dumni konserwatyści biorą poważnie tylko siebie, reszta to "czcze, parlamentarne gadulstwo").
Prawdą jest, że libertarianizm mieści w sobie wiele nurtów, np. minarchizm, agoryzm czy randyzm, ale jedynym poważnym i spójnym ruchem był od zawsze anarchokapitalizm, który w praktyce samodzielnie zbudował Murray Rothbard. Większość intelektualistów, którzy pretendują do miana libertarian nie urasta mu jak dotychczas do pięt. Od Rothbarda własnie bierze początek linia teoretyków wolności, którzy z zabójczą precyzją wykazują bezsens pozostałych teorii społecznych: lewicowych, lewackich, prawicowych i prawackich. To właśnie oni tworzą tradycję libertariańską, która przysparza rozmaitych Bartyzelów i Wielomskich o intelektualny dyskomfort.

W rzeczywistości jednak to nie libertarianizm, ale prawica cierpi na rozdrobnienie, a nawet, można by powiedzieć, rozwolnienie nurtowe. Nie stanowi żadnej tajemnicy fakt, iż prawica nigdy nie potrafi się zjednoczyć, bo jej przekleństwem jest nadurodzaj liderów. Prawica nie potrafi nic, tylko biadolić nad swym ciężkim losem i osaczeniem przez lewicowy Salon. Gdy jarosław Kaczyński dokonał jej zjednoczenia, nieustannie sypią się na niego kalumnie za zdradę prawicowych ideałów. Ale jakie to ideały? Czy w Polsce lub na świecie jest choć dwóch prawicowców, którzy zgadzają się co do fundamentów prawicy? Czym jest ta podstawa?
- dla Jarosława Kaczyńskiego prawica to on sam;
- dla Janusza Korwin-Mikkego prawica to dyktatura;
- dla Bartyzelo-Wielomsko-idów prawica to przedsoborowy katolicyzm;
- dla Zbigniewa Ziobry i Marka Jurka prawica to solidarność społeczna;
- dla ONR-owców i innych nazioli prawica to naród;
- dla Frondy i Teologii Politycznej prawica to katolicyzm;
- dla Gazety Polskiej prawica to Smoleńsk i narodowa martyrologia;
- dla Stanisława Michalkiewicza prawica to walka z Żydami, razwiedką i Niemcami;
- dla Jana Pospieszalskiego, Bronisława Wildsteina et consortes prawica to ich etat w państwowej telewizji;
itd. itp. ...
Czy ktoś tak naprawdę jest w stanie znaleźć dla tych wszystkich prawic jeden wspólny mianownik?
Odpowiedź wydaje się dość prosta: PAŃSTWO.

wtorek, 13 grudnia 2011

Tabela porównawcza LEWICA-LIBERTARIANIZM-PRAWICA


Lewica
Libertarianizm
Prawica
Podatki
Dobre, bo służą wspólnocie
Złe jako takie
Dobre wtedy, gdy niskie
Armia
Silna, oparta na równości i dopuszczająca kobiety
Prywatne agencje ochrony
Silna, oparta na hierarchii i zmaskulinizowana
Kara śmierci
Zakazana
Decydują o niej spadkobiercy ofiary
Wymierzana przez państwo
Aborcja
Dozwolona
Zakazana; możliwa kara śmierci
Zakazana przez państwo, bez kary śmierci
Budżet państwa
Deficyt budżetowy
Niepotrzebny, bo nie powinno być państwa
Nadwyżka budżetowa
Homoseksualizm
Akceptacja i promocja przy pomocy państwa
Homoseksualizm to kwestia osobista
Państwo nie powinno akceptować homoseksualizmu
Kościół
Wrogość
Kościół to wspólnota religijna, która powinna walczyć z państwem
Sojusz ołtarza z tronem
Bank centralny
Akceptacja oraz dążenie do unii walutowej z innymi krajami
Zły jako taki
Potrzeba silnego, narodowego banku centralnego
Kolonializm
Zbrodnia białego człowieka
Nieuczciwy podbój dokonany przez państwa Zachodu
Biały człowiek niepotrzebnie opuścił swe kolonie, gdyż był ich dobrodziejem
Hitleryzm i obozy koncentracyjne
Tak działa prawica, jak pozwoli się jej na wszystko
Zbrodnia dokonana przez państwo i jego zwolenników
Hitler tak naprawdę był lewicowcem
Komunizm
Krytyka oraz podkreślanie, że socjalizm i komunizm to co innego
Jak powyżej
Tak działa lewica, gdy pozwoli się jej na wszystko
Ubezpieczenia społeczne
Wielkie dzieło ludzkości
Regulowane wyłącznie przez rynek
Potrzeba urynkowienia; stopniowa likwidacja
Naród
Nieufność
Obojętność
Miłość
Państwo
solidarne
brak
silne
Obyczajowość
Permisywizm
dowolna
konserwatyzm
Dostęp do broni
Ograniczenie
dowolny
Ułatwienie, ale zachowanie licencji
Eutanazja
Akceptacja
Zakaz regulowany przez prywatne agencje
Państwowy zakaz
Narkotyki
Łatwy dostęp, choć brak konsekwencji
Brak jakichkolwiek odgórnych ograniczeń
Na ogół sprzeciw, choć z wyjątkami
Unia Europejska
Wielkie dzieło
Zła, bo zmniejsza liczbę państw na świecie
Zła, bo likwiduje państwa narodowe
Libertarianizm
Marzycielski i zbyt prawicowy
O to chodzi!
Marzycielski i zbyt lewicowy
Prawa zwierząt
Jak największe
Brak takowych
Bagatelizowanie
Hierarchia społeczna
Absolutnie zła
Obojętna
Korzystna
Ochrona przyrody
Religijne uwielbienie
Regulowana przez rynek
Bagatelizowanie
Autonomia regionów
Akceptacja, o ile korzystne w walce z ideą narodu
Strategia dojścia do społeczeństwa libertariańskiego
Absolutny sprzeciw
XIX-wieczny kapitalizm
Bezduszna epoka „dzikiego” kapitalizmu
Eksplozja przedsiębiorczości, ale negatywna rola państwa
Ach, jak było wspaniale

niedziela, 4 grudnia 2011

JKM heretykiem

Zazwyczaj zwykło się uważać, ze herezje w Kościele to specjalność lewicy. Z grona lewicowców wyszły już niezliczone zastępy modernistów, którzy chcieli w specyficzny sposób "pogodzić" religię z naukami przyrodniczymi albo stworzyć jedną, wspólną religię dla całej ludzkości opartą na wrażliwości wobec bliźniego.
Ale po prawej stronie sceny politycznej herezji również nie brakuje. W 90% przypadków prawicowa herezja polega na uzasadnieniu istnienia państwa twierdzeniem, że władza pochodzi od Boga, ale czasami zdarzają się też inne herezje. Ot, na przykład, Janusz Korwin Mikke twierdzi, że jest deistą i nie potrzebuje się modlić.
Uzasadnienie tej tezy jest niezwykle karkołomne i polega przede wszystkim na odwołaniu się do sławetnej cybernetyki i Wielkiego Wybuchu. Bóg miał rzekomo wbudować w świat skomplikowane programy regulujące wszystkie zjawiska i udać się na drzemkę aż do czasów Sądu Ostatecznego.
Rozważania te świadczą o wyjątkowo skąpej wiedzy autora z dziedziny filozofii. Gdyby JKM zadał sobie trud zaznajomienia się z tradycyjną nauką katolicką św. Tomasza z Akwinu, być może dowiedziałby się, że Bóg nieustannie utrzymuje wszystkie byty w istnieniu, gdyż jest tego istnienia źródłem. Gdyby udał się na "drzemkę" i przestał w świat ingerować, świat przestałby istnieć, gdyż skutek znika jeśli usunąć przyczynę.
Ale cóż ja będę pouczał JKM-a, naszego prawicowego polihistora, który zna się na wszystkim i bez wątpienia ma rację, bo reszta to idioci...

PS. Jeżeli ktoś jest współparafianinem JKM-a, proponuję poradzić proboszczowi, aby odbył ze swą "owieczką" duszpasterską rozmowę.

środa, 30 listopada 2011

Mit IV Rzeszy

Minister Sikorski pojechał do Niemiec i publicznie wezwał do stworzenia europejskiego super-państwa. W Polsce jak zwykle skupiono się na kwestiach drugorzędnych i prawie w ogóle nie wspomniano o tym, że poniedziałkowego poranka obawiano się jak nigdy dotąd. W połowie zeszłego tygodnia okazało się bowiem, że Niemcy nie mogą sprzedać swoich obligacji, a to przecież oni płacą za ten cały unijny dom uciech. Zrobiła się taka panika, że pod koniec tygodnia już niemal wszystkie serwisy informacyjne pisały, że to może być koniec Unii. Pospiesznie zwołano unijny szczyt, który właśnie trwa, a w międzyczasie europejska szajka socjalistów i nierobów przygotowała serię wystąpień polityków oraz artykułów prasowych, które miały przekonać inwestorów i ograbianych przez Unię Niemców, Holendrów czy też Austriaków, że UE powinna dalej trwać.
I tak Sikorski pisnął na spotkaniu w Niemczech, że nie boi się Niemiec aktywnych, lecz pasywnych. Pobożni socjaliści odebrali to oczywiście jako zachętę do zbudowania IV Rzeszy. Problem jednak w tym, że to nie Niemcy ją budują, lecz takie kraje, jak Grecja, Portugalia, Francja czy Polska. Niemcy na UE tylko tracą, bo to oni są najbogatsi i to z ich portfela idą pieniądze na wszystkie bailouty i inne fundusze. Unijnego państwa zarządzanego przez komisarzy chcą państwa biedniejsze: południe Europy + Europa Środkowo-wschodnia, gdyż to one na nim zyskają.
Polecam wszystkim, żeby broń Boże nie mylili niemieckiej klasy politycznej (Merkel, Westerwelle i całej reszty eurokomunistów) z Niemcami. Tak samo jak w Polsce, klasa polityczna w Niemczech jest wyalienowana od sporej części społeczeństwa. Przeciętny Niemiec jest wściekły na to, że musi płacić za grecki i portugalski socjal. Przeciętny Niemiec nienawidzi euro i chciałby powrotu do marki. Sikorski nie mówił do niemieckich polityków, lecz do szarego Niemca, a jego wypowiedź została umyślnie nagłośniona w niemieckich mediach jako pokusa dla szarych, pracujących na zamożność Niemiec obywateli: może i zapłacicie sporo za Unię, ale spójrzcie, Polacy i inne kraje same chcą się oddać w opiekę. Spoczywa na was ogromna odpowiedzialność; musicie udzielić bezwarunkowego poparcia dla unijnego państwa - chyba nie chcecie przecież kolejnego Auschwitz?

środa, 23 listopada 2011

Spisek przecwiko Michalkiewiczowi

W środku dnia gruchnęła dziś wiadomość, że pod zarzutami korupcyjnymi CBA zatrzymało Gromosława Cz. Dla większości osób Gromosław Cz. jest jednym z wielu aktorów życia politycznego w Polsce, jednak nie dla wszystkich. Dla Stanisława Michalkiewicza Gromosław Cz. to sam szczyt polskiej razwiedki, pierwszy rozgrywający polskiej polityki. Zresztą, co ja tu będę pisał, poczytajcie sobie Michalkiewicza sami, to zrozumiecie o czym mówię.
A tu patrzcie: Gromosław Cz., który zakłada Platformy Obywatelskie oraz inspiruje inne Ruchy Podtarcia trafia nieoczekiwanie do aresztu, a w posłusznych mu rzekomo mediach aż huczy. Co się dzieje?

Ja wiem co się stało: to kolejny zabieg razwiedki, który został wymierzony przeciwko samemu Stanisławowi Michalkiewiczowi. Oni to zrobili specjalnie, żeby teraz nikt już nie ufał światłym wywodom prawicowego publicysty, tylko machnął na nie ręką. Poczuli to śmiertelne zagrożenie, które Michalkiewicz dla nich stanowił i postanowili upozorować zamknięcie samego szefa polskiej razwiedki. Nie, to nie wojna o władzę, ale dokonany z premedytacją czyn wymierzony przeciwko SM. Razwiedka jest przecież mistrzem kamuflażu i medialnej gry.

Czy jeden z dogmatów teorii Stanisława Michalkiewicza właśnie upadł, czy mi się tak tylko wydaje?

poniedziałek, 21 listopada 2011

Reklamy w "Uważam Rze" cd. - czyli o upadku mitu zmowy medialnej raz jeszcze.

W moje ręce trafił właśnie jeden z ostatnich numerów pisma zawodowych anty-salonowców, czyli "Uważam Rze". Nagłówek na pierwszej stronie głosi już obecnie dumnie, że mamy do czynienia z "największym w Polsce tygodnikiem" tworzonym przez "autorów niepokornych". Śmieszne jest to, że "niepokorni" w dalszym ciągu utrzymują, że zamiast państwa tak naprawdę gnębi nas jakiś "układ" (vel "salon"), z którym sami walczą, a jednocześnie utrzymują wiodącą rolę na rynku i przyciągają wciąż wielkich reklamodawców.
No właśnie, wśród reklamujących się w piśmie firm mamy m.in.: Maurice Lacroix, Intel, Lancię, Bank Millenium, Volkswagena, Samsunga, Hyundaia, Skodę, SKOK, a nawet państwo Izrael. Przyznają państwo sami, że firmy te nie są cukierniami ani warsztatem samochodowym u Zdzisia, lecz nieraz sporymi koncernami.
Mam więc pytanie: czy wielkie koncerny ryzykowałyby starciem z polskim "Salonem", gdyby "Uważam Rze" rzeczywiście z nim walczyło? Oczywiście, że nie. Bałyby się, gdyby w "Uważam Rze" pojawiały się teksty libertariańskie, kwestionujące np. podatki, istnienie banku centralnego, czy też państwowej armii. W taką malignę żaden Hyundai by się nie wdał, bo to rzeczywiście zagroziłoby jego pozycji.
Póki co więc zawodowi anty-Salonowcy mają się świetnie.

środa, 16 listopada 2011

Stanisław Michalkiewicz, czyli winni są ONI

Przyglądam się chmurze tagów na moim skromnym blogu i widzę, że wciąż nie zagościł na niej red. Michalkiewicz. Postać to niezwykła i godna naśladowania - każdego tygodnia pisze ogrom tekstów i, co najważniejsze, niemal wyłącznie do prywatnych mediów. Miał swój epizod na państwowej posadzie jako sędzia Trybunału Konstytucyjnego oraz dziennikarza lewiatanowego radia, ale większość życia upływa mu na mozolnym pisaniu tekstów, które szokują wielu.
Michalkiewicz uważa się za liberała, ale libertarianizm już zwalcza; może nie energicznie, ale z umyślnie. Z tego, co potrafię odczytać z jego publicystyki opowiada się za jakimś mitycznym państwem minimalnym, ale taki gatunek, jak państwo minimum zwyczajnie istnieć nie może, więc red. Michalkiewicz przy okazji omawiania kwestii zakresu państwa najczęściej grzęźnie w sprzecznościach.
Kwestie typowo libertariańskie zajmują jednak w twórczości Michalkiewicza bardzo niewiele miejsca. Najwięcej czasu i miejsca SM poświęca przede wszystkim słynnej razwiedce, Żydom, kwestiom narodowym, Salonowi oraz Unii Europejskiej. Nie bronię mu oczywiście pisać na takie tematy, ale jest w tym fakcie coś irytującego.
Jak już wspomniałem, Michalkiewicz nie walczy z państwem jako takim, bo jak na prawicowca przystało uważa je za dobrą instytucję. Jego główna linia argumentacji głosi plus minus, że za dawnych, dobrych, kapitalistycznych, a najlepiej i monarchistycznych czasów było dobrze i państwo na ogół spełniało swoją rolę, za to dziś ta niezwykle cenna instytucja znalazła się w złych rękach. Złe ręce należą zaś do Żydów, Niemców, kolaborantów, tchórzów, razwiedki, Rusków, kagebistów, masonów... - jednym słowem do NICH.
Uwaga, uwaga... właśnie odkryliśmy sekret popularności Michalkiewicza! Nie ujmując nic jego niesłychanej elokwencji i oczytania, szanowny redaktor ma wg mnie tak wierne grono czytelników głównie ze względu na umiejętne wykorzystanie libertariańsko brzmiących haseł do bardzo perfidnego zabiegu. Przypomnijmy: Murray Rothbard pokazał, że państwa nie tworzy określona grupa osób, lecz pewna kategoria działań. Działania, które tworzą państwo podejmują jednak zarówno Żydzi, razwiedka, czy eurofederaści, jak i Polacy, katolicy, czy też redaktorzy prawicowych pism. Michalkiewicz ten fakt jednak przemilcza i pod sztandarem wolnego rynku walczy ze swoimi wrogami, którzy mają najczęściej to do siebie, że są ukryci. Kto słyszał SM na żywo, ten wie, jak wiele wydarzeń dzieje się z inicjatywy służb, agentów oraz tajnych porozumień. Nie przeczę, że te czynniki są bardzo ważne, ale czytelnik tekstów może odnieść wrażenie, że największymi wrogami wolnego rynku są ONI. Michalkiewicz nie krytykuje państwa jako takiego, bo jego czytelnikami są często ludzie, którzy sami dla państwa dla pracują i mogliby się poczuć z tego powodu dotknięci. Nie zachęca do walki z państwem jako takim, lecz nawołuje do przejęcia jego struktur przez właściwych ludzi. Czytelnicy mają zatem ogromną satysfakcję - uważają, że wolny rynek to tylko kwestia usunięcia ICH, a nie także pracy nad sobą i wyrzeczeń w postaci odmawiania państwu pójścia z nim na kompromis. Patologie i problemy biorą się nie z fatalnej w skutkach powszechnej akceptacji dla Lewiatana, lecz z zakulisowych działań tajnych agentów i rabinów. MY jesteśmy w porządku (rzekomo).

PS. Na koniec małe wyznanie: tekstów SM w ogóle prawie nie czytam, bo z góry wiem, o czym będą. Gdy dzieje się coś w Europie to na pewno stoją za tym Niemcy, a Polską trzęsie WSI.
Lepiej poczytać coś libertariańskiego.

czwartek, 3 listopada 2011

JKM ma w sobie coś z Palikota, a Palikot coś z JKM-a.

W połowie października Tomasz Cukiernik zauważył na łamach Najwyższego Czasu!, że w tych okręgach, w których Nowa Prawica nie mogła startować z powodu skandalicznego zachowania PKW zanotowano zwiększoną liczbę głosów dla Prawicy Marka Jurka, PJN-u oraz Ruchu Podtarcia Palikota. To, że wyborcy Nowej Prawicy głosowali na te dwie pierwsze partie nie dziwi zupełnie, dziwi jednak nieco fakt, że w zamian głosowali na Palikota. A może coś w tym jednak jest?
Palikot zbudował swoje poparcie przede wszystkim na skandalizowaniu i antyklerykalizmie - ale skandalistą jest przecież także JKM (ostatnio twierdzi, że Żydzi w Oświęcimiu byli bardziej wolni niż my bo nie płacili podatków!), a wśród jego zwolenników także można znaleźć wielu wojujących ateistów. Sam JKM deklaruje oczywiście przywiązanie do religii katolickiej, ale na każdym kroku podkreśla różnicę między wiarą a religią. Wiarę uważa za rzecz prywatną, a religię za obywatelski obowiązek dobrego konserwatysty. Nie jestem w stanie wniknąć w jego duszę, ale zbyt częste powtarzanie takich teorii w połączeniu z darwinizmem społecznym, który JKM wyznaje pozwala na daleko idące domysły ...
Nie dziwi więc, że skandalizujący antyklerykał Palikot zgarnął wolne głosy, które część osób tradycyjnie oddawało na JKM-a - wg mnie gorzelnik z Biłgoraju uczynił to z premedytacją.

środa, 26 października 2011

Dlaczego libertarianizm pojawił się tak późno?

Wyzwalanie teorii naukowych oraz piśmiennictwa spod władzy państwa jest procesem, który trwa od wielu wieków i nadal nie zakończył się sukcesem. Mając dziś do dyspozycji świetnie ukształtowaną teorię libertariańską nie do końca jednak zdajemy sobie sprawę, w jak wspaniałych czasach przyszło nam żyć.
Zwolennicy rozmaitych teorii państwa: konserwatyści, demokraci, komuniści czy też innego rodzaju socjaliści lubują się zazwyczaj we wskazywaniu na słynnych przedstawicieli swego nurtu, którzy żyli i tworzyli już w starożytnej Grecji, Rzymie, średniowieczu itd. Demokraci do znudzenia powołują się na Ateny Solona, konserwatyści na Arystotelesa czy św. Tomasza, a komuniści na utopistów w rodzaju Morusa czy też Campanelli, chcąc w ten sposób wzmocnić swoją argumentację oraz związać wyznawaną przez siebie polityczną wizję z określonymi ideami filozoficznymi. W zestawieniu z tymi potężnymi nurtami skromny liczebnie libertarianizm wydawać się może mało znaczącym zjawiskiem ostatnich dekad – tak przynajmniej twierdzi wielu moich rozmówców-państwowców, którzy starają się, mówiąc prosto, wybić mi z głowy mój libertarianizm. Wielu konserwatystów twierdzi nawet, że libertarianizm to dziecko Rewolucji Francuskiej.
Dlaczego w pełni dojrzały libertarianizm nie wykształcił się wcześniej niż dopiero w II połowie XX w.? Dlaczego wcześniejsi myśliciele wolnorynkowi zostawiali zawsze dla państwa mniejszy lub większy margines do działania?
Odpowiedzi na te pytania stają się łatwiejsze w momencie, gdy zrozumiemy, jak wydawano książki od samego ich wynalezienia. W wydanej po raz pierwszy w 1941 roku książce pt. Men of wealth John T. Flynn na marginesie swoich rozważań o najsłynniejszych bogaczach w dziejach ludzkości przyjrzał się także historii finansowania książek. Rezultat jego analizy dostarcza bogatego materiału do przemyśleń. Flynn zauważa wpierw, że gdy tylko wynaleziono pismo, od razu zainteresowali się nim władcy. Najstarsze zachowane przykłady pisma z Egiptu czy Fenicji były w istocie notami urzędniczymi wykorzystywanymi na dworze władców. Nawet w Atenach i pozostałych częściach starożytnej Grecji dzieła naukowe miały kiepski nakład, a ich wydanie było możliwe tylko za sprawą mecenatu zamożnych ludzi władzy. Dlatego właśnie Platon był częstym gościem króla Cypru, a Arystoteles czerpał fundusze przede wszystkim z nauczania dzieci możnych lub władców (m.in. syna Filipa Macedońskiego, Aleksandra Wielkiego). Jeszcze gorsza sytuacja była w Rzymie, gdzie najważniejsi twórcy żyli na garnuszku cesarzy lub możnych i otrzymywali wynagrodzenie za wychwalanie status quo.
Nie inaczej sprawy miały się w średniowieczu oraz wiekach znanych dziś jako epoka renesansu czy baroku. Przed wynalezieniem druku wydanie książki i powielenie jej w dużej liczbie egzemplarzy było niezwykle pracochłonnym i drogim zajęciem, na które pieniądze byli w stanie wykładać jedynie władcy. Jeżeli więc jakiemukolwiek pisarzowi lub myślicielowi udało się w końcu zyskać środki lub zamówienie na napisanie dzieła, ciążyło na nim zobowiązania, aby nie naruszać interesów swojego mecenasa oraz podstaw systemu społecznego, który dawał mu pieniądze i władzę. Trudności ekonomiczne rzucały się w ten sposób długim cieniem na zawartości teoretycznej książek. Myśliciele nie mogli oddawać się poszukiwaniu prawdy, gdyż blokował ich patronat państwa. Czasy ancient regime'u miały to do siebie, że król oraz ziemianie trzymali w żelaznym uścisku całą gospodarkę. Przemysłowa rewolucja nie wykształciła jeszcze nowej arystokracji: królów tkactwa, baronów kolei, czy też magnatów żelaza, którzy zdolni byliby zagrozić ich pozycji poprzez sfinansowanie wydania książek inne niż te, które były dotychczas publikowane. Większość Europy żyła jeszcze na wsi, a czytelnikami byli zazwyczaj ludzie, którzy swój majątek zawdzięczali państwu. W związku z tym libertarianizm napotykał dwie przeszkody: z jednej strony brak funduszy pochodzących od osób nie uwikłanych w państwo, a z drugiej strony brak czytelników, gdyż ciemiężeni przez Lewiatana najczęściej zwyczajnie nie umieli jeszcze czytać. Wynalazek Gutenberga niesłychanie ułatwił powielanie książek, ale na przeszkodzie wciąż stał skostniały system społeczny. Sytuacja wydawała się doprawdy beznadziejna.
John T. Flynn pokazuje w sposób bardzo wymowny, że wydawanie książek jako takie stało się opłacalne dopiero w XIX wieku. Dzieła nawet tak cenionych pisarzy i twórców, jak Petrarka, Bocaccio, Szekspir, Molier czy Racine nie potrafiły przynieść zwrotu kosztów poniesionych na ich wydruk. W większości przypadków giganci dramatu czy poezji pisali do szuflady lub na użytek dworu władcy. Nawet wydawałoby się tak sławni i modni swego czasu twórcy, jak Wolter czy Rousseau byli na swych sztandarowych książkach co najmniej stratni. Wolter zarabiał głównie poprzez grę na giełdzie i różnego rodzaju handel, gdyż za wydane przez siebie książki mógłby wieść co najwyżej głodową egzystencję.
Rewolucja przemysłowa dokonała jednak bardzo istotnej zmiany. Aby produkowane w coraz większych ilościach wyroby przemysłowe i spożywcze znalazły zbyt, do konsumpcji dopuszczono także masy. Masy zaś stopniowo osiągnęły standard życia, który wcześniej dostępny był tylko namaszczonym przez państwo i poznały smak wolnego czasu. Zaczęły go wypełniać różnego rodzaju zajęciami, np. czytaniem książek. W ten sposób po raz pierwszy w historii nastały czasy, kiedy wydanie książki nie wymagało zabiegów u szczodrego władcy, a jednocześnie ofiary państwa pojawiły się wśród czytelników. Pierwszymi osobami, które zaczęły zarabiać na swoich książkach zostali oczywiście literaci: Walter Scott, Victor Hugo, George Eliot czy też Charles Dickens. Niektórzy z nich stali się w ten sposób bogatsi niż ludzie władzy, którzy byli do niedawna ich mecenasami.
Literaci dokonali w ten sposób wyłomu dla prawdziwych myślicieli, którzy nigdy nie pretendowali do zostania nadwornymi intelektualistami władzy. Masy zaczęły czytać książki, a autorzy teorii naukowych nie musieli się już dłużej krępować mecenatem państwa. Na efekty nie trzeba było długo czekać: już wiek XIX przyniósł ze sobą Bastiata, de Molinariego, Spoonera, czy też Tuckera, a wiek XX stanowił prawdziwą eksplozję myśli libertariańskiej. Postęp techniczny zainicjowany przez rewolucję przemysłową oraz przyswojenie sobie przez masy sztuki czytania sprawił, że dziś internet stanowi prawdziwą oazę wolności. Wprawdzie państwo i jego ludzie nadal trzyma naukowy rynek wydawniczy w żelaznym uścisku poprzez system uniwersytetów, wydawnictw i grantów, lecz chcący poznać prawdę mają do swej dyspozycji narzędzie do obrony w postaci niezależnych witryn, wydawanych własnym sumptem e-booków lub internetowych czasopism naukowych.
W świetle tych wszystkich faktów możemy śmiało stwierdzić, że libertarianizm ma najbardziej chlubną tradycję spośród wszystkich nurtów filozofii społecznej. Powstawał przez wiele wieków niczym najlepsze wino dojrzewające w ustronnym miejscu piwnicy. Jego przebłyski obecne były w myśli największych, których rozważania były jednak spętane lękiem przed naruszeniem pozycji społecznej swoich mecenasów, a często i własnej. Pod tym względem wielcy filozofowie wzbudzają żal, że swoje wspaniałe teorie zanieczyścili państwem. Choć potrafili w sposób mistrzowski rozwiązywać najbardziej subtelne kwestie metafizyczne i antropologiczne, w dziedzinie filozofii społecznej popełniali dziecinne błędy, których niejako oczekiwali od nich ich finansowi patroni.
Libertarianizm to ruch o przebogatej tradycji, która ze zrozumiałych względów nie może się jednak poszczycić starożytnymi protoplastami. Uważny obserwator nie może się jednak zatrzymywać tylko na „tym, co widać”. Jak przekonywał Bastiat, zwolennik wolności i prawdy nie zatrzymuje wzroku na wybudowanym przez państwo moście, lecz ma na uwadze mosty, które powstałyby, gdyby nie podatkowa kradzież. Dlatego też nie ma przesady w stwierdzeniu, że historia świata pełna jest nie napisanych nigdy książek libertariańskich, których miejsce uzurpują sobie wciąż rozmaite czytadła państwowców oraz libertariańskich myślicieli, których zwolennicy państwa skazali na milczenie, zapomnienie lub wprost zgładzili. Na półkach księgarń i bibliotek roi się od rozmaitych przepisów na najlepsze administrowanie Lewiatanem, lecz znalezienie choćby jednej prawdziwie wolnościowej pozycji graniczy nieraz z cudem.
I tak za państwowe pieniądze lub z myślą o utrzymywanych przez państwo czytelnikach powstają wciąż nowe księgi, w których zwolennicy bogobojnego państwa walczą ze zwolennikami bezbożnego państwa, zwolennicy państwa rządzonego silną ręką ścierają się ze zwolennikami państwa rządzonego „na luzie” itd. Nikomu z nich nie wypada jednak przypuścić ataku na samego Lewiatana: z jego środków pochodzi przecież honorarium za książkę; albo też ze współpracy z nim utrzymuje się zdecydowana większość potencjalnych czytelników. Nie dziwi więc, że podczas gdy książki rozmaitych lewicowych lub prawicowych szarlatanów rozchodzą się w Polsce w wielotysięcznych nakładach, libertariańska książka odnosi sukces przy przekroczeniu tysiąca sprzedanych egzemplarzy…

niedziela, 16 października 2011

"Wręcz przeciwnie" - Requiescat In Pace

Zaledwie trzy numery wytrwał tygodnik, który być może podjął się zbyt trudnego zadania. Nie był wprawdzie otwarcie libertariański, ale odważnie występował zarówno przeciw lewicy, jak i prawicy. Przypomnijmy wszystkim pierwszą okładkę, na której Tusk z Kaczyńskim podawali sobie nawzajem do ust Hostię. Był to na pewno kontrowersyjny krok i nie przystający gazecie, w której publikują katolicy, ale sam sygnał był bardzo ważny. PO-PiS wbrew wszelkim swoim utarczkom słownym to tak naprawdę jedna ekipa pragnąca zachowania status quo z ZUS-em, Unią Europejską, PKP, NBP, TVP, KRRiTV, dotacjami dla partii, zakazem narkotyków, i tysiącami innych okropnych instytucji i przepisów.
Jednakże ta właśnie bezkompromisowość stała się jednocześnie przyczyną komercyjnej klęski czasopisma. Ukazujący się od zimy 2011 roku tygodnik "Uważam Rze" wybrał z kolei polityczne lizusostwo, które zapewniło mu sukces oraz trwałą egzystencję. Jak wspominałem już wcześniej na mym blogu, w "Uważam Rze" atakowane nie jest samo państwo jako takie, lecz wredny Tusk i jego kohorta. Czytelnik tego pisma ma do wyboru kilkadziesiąt artykułów różnej długości, w których nie postuluje się likwidacji TVP, prywatyzacji teatrów, szkół, szpitali itd., lecz wpuszczenie do nich ludzi o "szczytnym rodowodzie", którzy nigdy nie podali ręki Michnikowi ani Urbanowi. Poza tekstami nt. kina, nauki lub podróży, niemal wszystko w "Uważam Rze" stanowi wypływ myślenia skażonego ideą państwa przez duże P. Średnio co tydzień można znaleźć w tym piśmie artykuł któregoś z profesorów lub dziennikarzy marzących o silnym państwie polskim itp. Skupiając się na mało znaczących kwestiach personalnych, "Uważam Rze" bardzo płynnie zajęło pozycję prawicowej "Polityki", która zamiast Tuska broni oczywiście Kaczyńskiego.
Jeżeli "Wręcz przeciwnie" upadło, to przede wszystkim przez "Uważam Rze", w którego krwiobiegu znajduje się spora ilość podatków i które marnotrawi wciąż umysły podatne na libertarianizm prawicowymi przepychankami o władzę nad Lewiatanem. Szkoda, znów prawie nie ma czego czytać.

czwartek, 13 października 2011

UWAGA: fragmenty nowej powieści prawicowego publicysty!

Dzięki zaufanemu źródłu dotarłem do niepublikowanego wcześniej fragmentu najnowszej książki jednego z wiodących prawicowych publicystów. Niestety, nie mogę zdradzić o którego publicystę chodzi, lecz książka ma nosić tytuł: "Wąwóz próżności". Oto jeden z bardziej pikantnych fragmentów:

"Andrzej wracał wieczorem do domu. Cały dzień spędził w siedzibie partii, gdzie z kolegami obmyślali nową strategię medialną na nadchodzący miesiąc. Zastanawiali się komu w najbliższym czasie najbardziej opłaca się obiecać podwyżkę: nauczycielom, lekarzom, czy też może mundurowym. Doszło nawet do pewnej sprzeczki, ale w biurze znalazł się nieoczekiwanie sam Prezes, który ostudził ich emocje. Andrzej był okropnie zmęczony, lecz czuł, że musi zobaczyć się jeszcze z Anitą. Poznali się w sztabie przy okazji ostatnich wyborów i nawet nie wyobrażał sobie wówczas, że kiedyś mogliby być razem.
Przypomniał sobie ostatni raz z Anitą w swoim mieszkaniu i z radości wcisnął mocniej pedał gazu. Chciał być z nią jak najszybciej i kochać się jak nigdy wcześniej. 
Nim się obejrzał był już pod jej blokiem i po chwili jechał już windą. Nie mógł zebrać myśli i zupełnie nie wiedział jak jej powiedzieć o tym, czego tak bardzo pragnął. Problem rozwiązał się sam, bo gdy tylko otworzyła mu drzwi, był w stanie wyczytać wszystko z jej oczu. Myślała dokładnie o tym samym. 
W pośpiechu więc zaczęli się rozbierać kierując się w stronę najbliższego łóżka w salonie. Andrzej w pośpiechu nawet podarł jej rajstopy, tak bardzo spragniony był jej ud. Anita z kolei oderwała mu co najmniej dwa guziki w jego koszuli - ale żadne z nich nie zwróciło na to uwagi. Nie to było teraz ważne. Andrzej zapominał w takich momentach o całym bożym świecie i o wszystkim, co go zazwyczaj frustrowało - o Michniku, o PO, o liberałach i całym wolnym rynku.
W momencie gdy Andrzej zdejmował Anicie bluzkę stało się jednak coś nieoczekiwanego. Z wewnętrznej kieszeni jej żakietu wyleciała nagle legitymacja członkowska Platformy. Andrzej zamarł. "To chyba jakiś żart?!" - rzucił. Anita zbladła. Zupełnie straciła głowę i nie wiedziała jak się odezwać. "Anita, co to ma znaczyć?!" "Powiedz, że to nie twoje." Już chciała otworzyć usta, ale w tym momencie zaczął dzwonić jej telefon, na którego wyświetlaczu pokazał się napis: "Misiu z PO". Andrzej zbladł i bez przytomności osunął się na podłogę ...

Dalszych fragmentów niestety nie mogę opublikować ze względu na obawę przed oskarżeniami o naruszenie prawa własności.

niedziela, 2 października 2011

A Ty co robiłeś w latach 2005-2007? czyli Karnowski brothers indagują JKMa.

Już niemal dwa miesiące temu bracia Jacek i Michał Karnowscy przeprowadzili wywiad z Januszem Korwin-Mikkem ("Uważam Rze", nr 28/2011). Przyznaję, że to kawał czasu, ale też i nie mam siły śledzić życia intelektualnego pobożnych socjalistów na bieżąco.
Wywiad ten należy uznać za klasyk. JKM, co nikogo już nie dziwi, wspomniał o obozach koncentracyjnych i hitlerowcach. Inaczej już niestety nie umie. Zastanawiam się, czy gdyby JKM został kiedyś poproszony o wywiad przez "Działkowca' na temat swojego ogrodu, to czy również nie powiedziałby, że nawet Hitler potrafił to czy tamto, itd. No cóż, taki już ma styl bycia, który stworzył sobie na potrzeby telewizji  i oglądających ją mas, którymi rzekomo gardzi.  
Ale KONIEC JUŻ DYGRESJI, bo wpis miał być o Karnowskich. Korwin Korwinem, ale "po bandzie" to pojechali właśnie oni. Obdarzeni wrażliwością typową dla pobożnych socjalizmów zadali JKM-owi jakże wymowne pytanie:
Dlaczego bawi się pan w takie ekstrawagancje, naprawdę nie do przyjęcia dla konserwatysty, jak ostatnio udział w Marszu Wolnych Konopi na rzecz pełnej legalizacji narkotyków? Przecież to atak na rodzinę.
No tak, idąc tropem myśli Karnowskich należy także zakazać papierosów, alkoholu, prostytucji, filmów pornograficznych, itd., itp.
W innym momencie pytają JKM-a z wyrzutem, bohatersko identyfikując się z PiS-owską zarazą:
najpoważniejszą próbę odnowy państwa, zerwania z PRL podjęto w latach 2005-2007. Pan wtedy milczał!
Nie wiem, czy to błąd w druku, ale zdanie: Pan wtedy milczał kończy się wykrzyknikiem. Karnowscy czynią w ten sposób zarzut, że przewodniczący Nowej Prawicy nie udzielił poparcia prezesowi PiS i jego ekipie. Jak on mógł?!! Przebrzydły Korwin nie poparł krucjaty pobożnych socjalistów!
Żal duszę ściska, serce boleść czuje, że cała prawica na Jarka nie głosuje!
A co Ty, drogi czytelniku, robiłeś w latach 2005-2007? Czy byłeś tam, gdzie "prawdziwi patrioci", gdzie "prawdziwa Polska", czy też raczej milczałeś? Jak mogłeś?!

wtorek, 27 września 2011

Upadek, czyli eks-libertarianin w PiS.

Ale się działo!
Wczoraj wieczorem w warszawskim Multikinie odbyła się premiera wyborczego filmu o "wielkim mężu stanu", jak nazywają Jarosława Kaczyńskiego zwolennicy PiS ("Lider"). Całego filmu nie dałem rady obejrzeć, bo to naprawdę ciężki materiał. Ckliwy, patetyczny i nachalny. Jego celem jest próba przekonania wszystkich po raz kolejny, że niespełniony lewicowiec, jakim jest Kaczyński, powinien wreszcie porządzić jako prawicowiec i zbawiciel narodu. Ludzie, litości ...
Autor filmiku nagrał w kuluarach krótkie wywiady z licznymi na tym spotkaniu pobożnymi socjalistami. Tomasz Terlikowski był wyraźnie podniecony i zachwycony profesjonalizmem PiS-owskiej propagandy. Rafał Ziemkiewicz był nieco bardziej chłodny, ale swój cięty komentarz pozostawił chyba na parkingu - w  towarzystwie zwolenników PiS bywa zazwyczaj mniej butny. No i był wreszcie Przemysław Wipler - niegdyś libetarianin. Film pochwalił, a jakże.
Pan Wipler to przypadek zdumiewający. Niegdyś miał poglądy naprawdę libertariańskie. Na liberalis.pl do dziś dostępna jest jego magisterka, w której referował poglądy Rothbarda, czy też de Molinariego:


http://liberalis.pl/2007/05/07/przemyslaw-wipler-libertarianskie-podejscie-do-panstwa/

Co więcej, Wipler tłumaczył nawet jeden z klasyków nurtu: "Państwo - nasz wróg" Alberta Jay Nocka. W internecie znaleźć można do dziś kilka jego "radykalnych" tekstów z dawnych lat.
Młodzieńczy zapał jednak w nim ustał, gdyż dziś startuje do sejmu z listy PiS. A zatem już pieniądze na kampanię na pewno zdobył z podatków. W swych wypowiedziach stara się wszystkich przekonać do tego, że jest wolnorynkowy, ale na co mu to, skoro "Lider" jest z serca okropnym socjalistą?
Na korzyść Wiplera świadczy fakt, że Ron Paul także przynależy do żałosnej Partii Republikańskiej, ale Paul to osoba-instytucja, w zasadzie odrębna partia. No, i żeby być Ronem Paulem, trzeba wszem i wobec głosić libertariańskie ideały społeczeństwa bezpaństwowego, a Wipler poprzestaje na obniżce rozmaitych VAT-ów i zmniejszeniu świadczeń. A poza tym, PiS nie potrzebuje myślących ludzi, ani twórców programów - cała ta partia dzieje się tylko i wyłącznie w umyśle "Lidera". Reszta jest mu tylko o tyle potrzebna, o ile udziela poparcia. Bezmyślnego poparcia.

poniedziałek, 19 września 2011

Nergal schodzi na psy (tj. sprzedaje się państwu)

Nergal dopiął wreszcie swego i jest o nim głośniej niż o Dodzie. W świecie polityki i rozrywki na szczycie jest zawsze ten, o kim mówi się najwięcej, a sztukę tą p. Darski osiągnął do perfekcji. Mówi o nim cała Polska, a nawet i zagranica.
Wbrew temu, co mówią Tomasz Terlikowski czy też Piotr Semka, chciałbym na swym blogu wszem i wobec podzielić się z wszystkimi myślą, że to nie TVP zeszła na psy zatrudniając Pana Nergala, ale to Nergal zszedł na psy zatrudniając się w TVP. Choć wszyscy mówią o ogromnym dramacie i upadku mediów, ja wolałbym się skupić na kryzysie Darskiego.
Jego upadek polega przede wszystkim na tym, że po wielu latach ciężkiej pracy na rynku muzycznym sięgnął po podatki. Cokolwiek by nie powiedzieć o absolutnie dennym gatunku muzyki reprezentowanej przez rozkapryszonego eks-chłopaka Dody, w tej branży nie ma ani cienia dotacji ze strony państwa. Samorządy i budżet centralny bardzo chętnie wspiera muzykę poważną, ludową oraz inne popularne gatunki, ale metalowcom nie daje w zasadzie nic. Lewiatan uwielbia utrzymywać na swym pasku wielkich artystów po to, aby ci następnie wypowiadali się pochlebnie na jego temat, ale od satanistycznego metalu stroni. Nergal i jego Behemtoh przez lata szukał rynku zbytu i znalazł go poza granicami kraju, gdzie do dziś cieszy się większą popularnością niż w Polsce. Nie ważne jak bardzo denna jest muzyka tego zespołu, trzeba mu oddać to, że nie żył z dotacji, tylko w pocie czoła walczył o eksport swojego towaru. Wiele katolickich zespołów pobiera z państwowej kasy ogromne dotacje nie mrugnąwszy nawet okiem.
Upadek Nergala nastąpił więc w momencie, gdy sięgnął po kasę podatników i zdecydował się pojawić w TVP2.
Jako osoba wierząca uważam Nergala za opętanego i staram się, na ile mogę, przyczynić się do stosowania wobec niego ostracyzmu. Życzę mu też z całych sił. aby się kiedyś nawrócił i żałował za wszystkie swoje grzechy. Nie zmienia to jednak faktu, że jego działalność uważam za jak najbardziej legalną, a przynajmniej do momentu podpisania kontraktu z diabłem, czyli z państwem.

A na koniec mam pytanie do wszystkich święcie oburzonych obecnością Nergala w podatkowym domu schadzek: ilu z was było lub jest na tyle moralnych jak Nergal, żeby zamiast doić podatkową krowę lub żyć z zapisów w jednej z państwowych ustaw, pracować latami na życie, nie wspierając się przy tym żadnymi dotacjami?
Pod tym względem, szanowni pobożni socjaliści, możecie się od Nergala wiele uczyć. (Przynajmniej do niedawna, dziś Darski się już sprzedał i jest mi podwójnie obmierzły: jako satanista oraz jako podatkożerca).

poniedziałek, 12 września 2011

Piotr Semka w walce z satanistycznym liberalizmem

Na swym blogu Piotr Semka nadal nie może pogodzić się z powierzeniem Nergalowi misji społecznej, jaką niesie ze sobą telewizja Lewiatana (gdyby ktoś nie wiedział, Adam Darski, lider satanistycznej grupy Behemot gości teraz w TVP2 tuż po 20.00 jako juror kolejnej mutacji "Mam talentu"). Wiadomo, telewizja publiczna realizuje przecież zdaniem pobożnych socjalistów ponadczasową misję polepszania świata. Dopóki w to wiekopomne dzieło zaangażowany był sam Piotr Semka i jego znajomi PiSofile, ojczyzna oraz racja stanu były na drodze do ocalenia. Jednakże od kiedy władze objął przebrzydły Donald i jego zgraja "liberałów", red. Semka czuje się wyraźnie nieusatysfakcjonowany.
Jak przystało na szacownego redaktora, w blogowym wpisie obrywa się przede wszystkim liberałom, gdyż to oni wpuścili satanistę na "święte" pokoje podatkowej telewizji. Semka daje w ten sposób jednoznacznie do zrozumienia, że liberałom-bezbożnikom oraz satanistom jest do siebie bardzo blisko. Macki ciemnych mocy są już nawet w "Newsweeku", który ze skandalisty próbuje uczynić bohatera. Innymi słowy, jesteśmy otoczeni przez złowrogi sojusz lewicowo-liberalno-satanistyczny, przed którym ocalić nas mogą jedynie pobożni socjaliści, którzy w rozmodleniu będą sprawować władzę, a w TVP zarządzą egzorcyzmy opłacone wpływami z abonamentu.
W "Uwarzam Rze" Semka napisał wcześniej całkiem spory tekst, także o Nergalu. To prawda, że w tym skandalizującym degeneracie jest sporo diaboliczności, ale w porównaniu z Lewiatanem Nergal to płotka.

środa, 7 września 2011

Codzienny biuletyn PiS w kioskach już od piątku.

Sakiewicz i s-ka nakręciła reklamowy spot, który przejdzie do historii jako jeden z najbardziej jednostronnych. Bądźmy szczerzy, nawet TVN24, Wyborcza czy inne Polsaty nie reklamują się nigdy jako fan club PO czy też SLD w tak otwarty sposób. Swoje polityczne polityczne wyrażają w sposób jawny, lecz nie aż tak nachalnie, jak czyni to "Gazeta Polska". "GP" ma wyłącznie jeden cel: przekonać wszystkich, że poza PiS nie ma politycznego zbawienia. Każdy numer tego pisma pełen jest wylewnych skarg na temat rzekomych okropieństw dziejących się pod rządami PO, pogardy i złości na PJN, że raczył się odłączyć od świętego przymierza anty-salonowego oraz bagatelizowania pozostałych środowisk prawicowych. W mniemaniu środowiska "GP" tylko ono samo stanowi prawdziwe intelektualne zaplecze jakiegokolwiek ruchu, który mógłby przynieść Polsce lepszą przyszłość. Co jednak najbardziej fatalne, środowisko to przekonanie o swojej wyższości próbuje łączyć z udzielaniem otwartego wsparcia (bezgranicznego kredytu zaufania) dla makabrycznie socjalistyczneo PiS-u.
I właśnie w ten sposób natrafiamy na największy problem związany z nowym spotem, który "GP" już ochrzciła mianem "zakazanego". Otóż sugeruje on, że największym problemem Polski jest PO oraz nawołuje do obrony demokracji. Śmiem jednak zauważyć, że PiS stanowi równie wielkie zagrożenie co partia Tuska. Jako ugrupowanie na wskroś przesiąknięte ideą silnego państwa budzi we mnie równie wielkie obawy co PO. Jest jedynie o tyle mniej groźne, że aktualnie nie rządzi. Zresztą, obydwie partie różnią się jedynie w kwestiach marginalnych. Od dłuższego czasu ich programy powstają na zasadzie: "ONI powiedzieli tak, my musimy mówić, że NIE". U obu z nich w zasadzie nieobecne są jakiekolwiek libertariańskie idee, a zasadami wolnego społeczeństwa zwyczajnie gardzą.
Pierwszy numer "PiS codziennie" już w piątek. Nie polecam.

czwartek, 1 września 2011

Nowy dziennik "Gazety Polskiej", czyli prawica już kona

Każdy "porządny" pobożny socjalista, to osobnik lubujący się w użalaniu się nad sobą i żyjący mitem wszechobecnej lewicy, która ma swoje macki wszędzie, dosłownie wszędzie. Do klasycznej litanii osaczenia prawicy przez złowrogie siły zalicza się także przekonanie, że prawica nie ma swoich mediów albo że media te są w zaniku. A tu proszę: nie dość, że największy nakład w Polsce ma obecnie "Uważam Rze", to jeszcze ma powstać dziennik "Gazety Polskiej" oraz tygodnik "Wprost przeciwnie", grupujący byłych redaktorów "Wprost", którzy słusznie oburzyli się michnicyzacją i środyzacją swojej byłej gazety.
"Gazeta Polska" nieustannie się rozwija, a najbardziej od czasów katastrofy smoleńskiej. Wpierw był tygodnik, potem miesięcznik, teraz będzie dziennik. No, no. Brakuje jeszcze tylko kwartalnika, rocznika, dodatku dla kobiet i czegoś na miarę "Przyślij przepis", gdzie wierni wyborcy PiS mogliby przysyłać krótkie teksty szkalujące PO, a w zamian dostawaliby 50zł nagrody. Policzyłem, że Tomasz Sakiewicz będzie musiał teraz pisać ponad 30 wstępniaków miesięcznie. W każdym z nich będzie musiał stworzyć atmosferę zagrożenia oraz informować czytelników, że "pewne grupy interesów" chcą zamknąć ostatnią gazetę, która pisze w Polsce prawdę. Redaktorzy Kwieciński, Lisiewicz, Czarnecki, Grzybowska, itd. będą mieli teraz jeszcze większe pole do popisu dla swojej krucjaty przeciwko liberałom - największym wrogom pobożnych socjalistów (mój Boże, czy oni w ogóle kiedykolwiek zrozumieją czym jest liberalizm?!?). Ogromny wysiłek czeka także twórców prawicowych filmów o Smoleńsku, przecież nowy dziennik musi ukazywać się z jakimiś gadżetami, czyż nie? Krzyżówki i sudoku ujdą, ale w "Poradniku domowym", w liczącym się dzienniku musi się pojawić jakiś hit - może "Ogólna teoria" Keynesa? Książka ta wydaje się najlepiej oddawać wyobrażenie, jakie "GP" ma na temat ekonomii.
Wracając do meritum: prawica jest dziś tak słaba i skopana przez wroga, że otwiera wciąż nowe gazety. Gorzej w historii jeszcze nie było. Czy "Układ" na to pozwoli? A co Rosjanie, Żydzi i Niemcy? A Michnik? WSI?
Wszystko to coraz bardziej żałosne się staje..

środa, 24 sierpnia 2011

Państwo wymyśliły kobiety!! (czyli JKM się myli)


Wielcy „mężowie stanu”, tacy jak Francisco Franco, Napoleon czy też Juliusz Cezar, którzy sprawowali władzę twardą ręką, stanowią dla wielu osób uosobienie męskości i zdecydowania. Ale czy można być odważnym i dzielnym, zasłaniając się instytucją, za którą nikt nigdy nie ponosi odpowiedzialności?
Taką właśnie organizacją, która w powszechnej opinii ma po wsze czasy zagwarantowaną niewinność i czyste intencje, jest państwo. Za złe uchodzą państwa totalitarne, autorytarne, nazistowskie, ale podmiot tych przydawek uważany jest niezmiennie za byt nieskazitelnie dobry oraz twierdzi się, że zanieczyszczają go jedynie złe ideologie. Naiwne to przekonanie, szczególnie jeśli uwzględnimy fakt, iż każde (a nie tylko czerwone, brunatne czy różowe) państwo nieustannie łupi, wymusza oraz traktuje osoby prywatne z niezasłużoną wyższością. Robi tak, bo nie umie inaczej – taka jest jego definicja.
Z racji obrzydzenia, jakie budzi we mnie oraz w wielu innych libertarianach państwo, postanowiłem ukarać je niezapisywaniem go w całości. Na czas pisania tego artykułu Lewiatan będzie więc oznaczany jako pań***. Uważny czytelnik zauważył już zapewne, że taki zapis nie pozostawia żadnych wątpliwości odnośnie tego, kto wymyślił pań***. Wbrew wszelkim teoriom głoszącym, iż za całe zło socjalizmu odpowiedzialni są zniewieściali i niezdecydowani osobnicy, którzy zamiast twardej egzystencji wolą pielesze państwa opiekuńczego, całkiem wyraźnie widać, że pań*** jest dziełem ... kobiet!! Rzecz jasna, nie takich kobiet, które są energiczne i inteligentne, lecz tych, które w odpowiednim momencie potrafią wmieszać się w tłum i zwalić winę na innych. Ujmując rzecz krótko i dobitnie: to baby (osobniki tchórzliwe) wymyśliły monopol na usługi sądownicze i obronne, po to, żeby móc przerzucić niekorzystne konsekwencje swoich czynów na innych. Dla wszelkich tchórzów i osób nieodpowiedzialnych nie ma lepszego miejsca schronienia niż pań***.
Formę powyższych akapitów można potraktować z przymrużeniem oka, ale ich treść jest jak najbardziej poważna. Nie od dzisiaj wiadomo, że prezydenci Polski mają na mocy konstytucji mistyczne prawo uniewinniania przestępców: TW „Alek” ułaskawił w czasie swojej prezydentury 4288 skazańców, a TW „Bolek” 3454 (swoją drogą, musieli od nich dostać tyle „bombonierek” i „koniaków”, że im starczy do końca życia). Ktoś mógłby powiedzieć, że w III RP tak już jest i inaczej nie będzie, ale jest to płytki argument. Jak powiedział niegdyś schwytany przez Aleksandra Wielkiego pirat: „Ponieważ ja posługuję się (...) małym okręcikiem, nazywają mnie rozbójnikiem, a że ty używasz do tego wielkiej floty, przeto zwą cię wodzem”. Zwykli złodzieje przede wszystkim dlatego budzą w społeczeństwie najczęściej odrazę i niechęć, że zamiast zająć się uczciwą działalnością, żyją z przywłaszczania sobie owoców cudzej pracy. Nikt nie nazywa ich odważnymi ani bohaterami, lecz tchórzami i draniami. Choć wykonują niekiedy niebezpieczne zajęcie z punktu widzenia zagrożenia życia i zdrowia, ich profesja budzi raczej wstręt i odrazę z racji swego pasożytniczego charakteru. Bez względu na siłę fizyczną oraz przebiegłość potrzebne do wykonywania tego bardzo specyficznego „zawodu”, ich postępowanie stanowi raczej wyraz krótkowzroczności i lęku przed normalnym życiem oraz zuchwalstwa. Złodziej najczęściej ucieka przed normalnym życiem nie z powodu ogromnych zysków, lecz ponieważ zwyczajnie boi się „zwykłego” życia – nie potrafi założyć rodziny ani pokojowo współistnieć z innymi ludźmi.
Wodzów, czyli władców pań*** można zatem śmiało nazwać tchórzami do potęgi, gdyż w obawie przed osądzeniem ich win posługują się mechanizmem, który doskonale kamufluje ich odpowiedzialność. Męstwo i odwaga człowieka pragnącego żyć w ustroju pozbawionym instytucji pań*** polega przede wszystkim na tym, że jest on świadom ryzyka, którym obarczona jest każda jego czynność. Choć rodzimy się nadzy, wolny rynek może nam ułatwić zgromadzenie ogromnych bogactw. Zamożność nie jest jednak dana nigdy raz na zawsze – możemy ją stracić, czasem nie z naszej winy. W społeczeństwie libertariańskim każdy ma tyle bogactwa, na ile jest w stanie spełnić potrzeby innych ludzi. Ale jeśli się pomyli lub jeśli z jakiegokolwiek powodu konsumenci zmienią swoją opinię na temat jego produktów lub usług, jego jedyną własnością może stać się w pewnym momencie ponownie jedynie jego nagie ciało. Przyjęcie libertarianizmu jako swojej filozofii wymaga nie lada odwagi i zaparcia, gdyż fortuna w wolnym społeczeństwie bywa niekiedy równie prawdopodobna co bankructwo.
W przeciwieństwie do tego, zwolennicy pań*** zawsze zabezpieczają się jakąś „naturalną” wspólnotą: narodem, cywilizacją, grupą etniczną, które mają wobec swoich członków pewne mistyczne zobowiązania o powszechnie obowiązującym charakterze. Najbardziej zagorzali państwowcy pchają się zawsze do bezpośredniej pracy dla pań*** – tam pensje wypłacane są bez względu na wyniki finansowe całej „firmy”. Propaństwowi intelektualiści garną się do rozmaitych instytucji finansowanych przez pań*** bo niczym diabeł wody święconej wody boją się gorzkiej prawdy, że na wolnym rynku ich miernych wypocin zwyczajnie nikt nie zechciałby kupić.
Nie od dziś wiadomo, że ogromna część pracowników pań*** to ludzie, którzy uciekają do niego, ponieważ na rynku ich umiejętności nie pozwalają im się wybić. Gdyby nie pań*** i związana z nim szybka ścieżka awansu, otwierająca się przed ludźmi, którzy nie potrafią zrobić kariery jako przedsiębiorcy, Lech Wałęsa przechodziłby dziś na emeryturę jako kiepski elektryk, Włodzimierz Lenin pisałby całe życie swoje żałosne rewolucyjne broszury, a Ronald Reagan grałby w hollywoodzkich filmach drugiej kategorii. Ich sukces był możliwy właśnie dlatego, że pań*** promuje cechy przeciwne do tych, które są mile widziane na wolnym i nieskrępowanym rynku. Podczas gdy libertarianizm to ustrój dla ludzi prawych, odpowiedzialnych i słownych, pań*** promuje karierowiczów, dwulicowców, indolentów i oszustów. Awans w społeczeństwie libertariańskim odbywa się na zasadzie docenienia przez konsumentów, którzy dobrowolnie nabywają nasze usługi, zaś w strukturach pań*** pozycja człowieka rośnie o tyle, o ile zyskuje on arbitralne uznanie swoich mocodawców oraz o ile potrafi zniszczyć swoich przeciwników przy użyciu podstępu.
Męstwo i dzielność, wbrew wielu mitom o heroicznych i nieustraszonych władcach, są dla rządców pań*** całkowicie niedostępne. Choć władcy pań*** i ich pomagierzy mają świadomość nikczemności swoich działań, najczęściej starają się intensywnie pokazać sobie i światu, że prowadzą niestrudzoną walkę o dobro na świecie, zmagając się z globalnym terroryzmem, wykluczeniem oraz setkami innych fikcyjnych zagrożeń. Ale ich wysiłki i tak nie są w stanie zmienić tego, że wszystkie ich działania stanowią jedynie wyraz tchórzostwa i ucieczki przed realnymi problemami. Męstwo to dziś walka z pań*** na każdym froncie. 

(PS. Chyba nigdy nie przeboleję tego, że powyższy tekst nie ukazał się w NCz!) 

środa, 17 sierpnia 2011

Konserwatyzm rozwodników

W nowym numerze "Najwyższego Czasu!" zamieszczono uroczy wywiad z Pawłem Zarzecznym, który w ostatnich latach przestał zajmować się piłką nożną i przystąpił do komentowania polityki (m.in. w "Najwyższym Czasie!"). Przeprowadzający wywiad pyta go o poglądy, na co Zarzeczny odpowiada, że jest konserwatywnym liberałem (ile to milionów mamy takich w tym kraju? W końcu PiS i PO też się tak określają). Liberalny jest jego stosunek do gospodarki, zaś obyczajowo p. Zarzeczny jest konserwatywny. Konserwatywny, ale bez przesady oczywiście. Jednak kobieta na całe życie to zbyt nudna perspektywa. Tuż po tym zarzeczny stwierdza, że jest "zwolennikiem przekazywania wartości (...) chrześcijańskich". Zaraz, zaraz, o jakie chrześcijaństwo tu chodzi? Przyznam szczerze, że się pogubiłem ...
Konserwatywne rozdwojenie jaźni nie jest na prawicy zresztą nowe. Monarchowie przez wieki udzielali się seksualnie w prawym i nieprawym łożu, uważając jednocześnie, że ich władza pochodzi od Boga, a wartości katolickie są dla ludzkości konieczne. Prawicową partię PiS współtworzył niegdyś Przemysław Gosiewski, którego po katastrofie smoleńskiej żegnały tak pierwsza, jak i druga żona. Wpływowy niegdyś vice-kaczor Ludwik Dorn także poznał smak drugiego małżeństwa. Wśród dziennikarzy najbardziej znany jest zaś przykład Rafała Ziemkiewicza, który nieustannie poucza lewicę, jak bardzo skarlała moralnie.
Wszystkich ich łączy (lub łączyło) przekonanie, że wartości chrześcijańskie stanowią fundament naszej cywilizacji ..., itp. itd. Przyzwoitość wymagałaby jednak, aby albo zaprzestali wypowiadać tak górnolotne hasła albo rozeszli się ze swymi nowymi partnerami.
Libertarianizm tym różni się od prawicy, że wybór światopoglądu pozostawia każdej osobie. Wspólnymi wartościami, których nikt nie powinien podważać są tylko "święte prawa własności". Jeżeli ktoś ze swych osobistych przekonań na temat obyczajów i kształtu małżeństwa czyni program polityczny, który ma obowiązywać wszystkich ludzi, wcześniej czy później kończy się to w sposób, który ucieleśniają Zarzeczny, Dorn, Ziemkiewicz czy Gosiewski.
(Dodatek dla zwolenników PO: Ewa Kopacz, Kazimierz Marcinkiewicz czy też Waldemar Pawlak to również konserwatywni rozwodnicy. Jeżeli ktoś chce, może ich nazwiska powstawiać na miejsce bohaterów wpisu).

niedziela, 24 lipca 2011

Libertarianie do więzienia

W "Naszym Dzienniku" z 7 lipca (wiem, wiem, już trochę czasu minęło) zamieszczono wywiad z dr. Przemysławem Czarnkiem, konstytucjonalistą z KUL. Tematem krótkiej rozmowy było znieważanie prezydenta RP. Dr Czarnek przedstawił niezwykle radykalną interpretację przepisów zawartych w konstytucji i stwierdził, że: "Prezydent RP, poprzez sprawowane przez siebie funkcje niejako uosabia państwo. Tym samym znieważając prezydenta, znieważa się także państwo, podkopuje się jego autorytet".
Jako doktorant na tej samej uczelni co Dr Czarnek mogę mieć tylko nadzieję, że nie zajrzał on nigdy na mój blog ani nie czytał żadnego z moich artykułów. Gdyby bowiem wydało się, że krytykuję państwo, a nawet kwestionuję sens jego istnienia, miałbym jak nic sprawę w sądzie. Zresztą, nie tylko ja, gdyż libertarian jest w Polsce więcej, choć na pewno nie tyle co pobożnych socjalistów. Pobożni socjaliści są liczni i święcie przekonani o swojej moralnej wyższości nad "liberałami" i innymi anarchistami. Przecież każdy patriota, Polak i katolik powinien kochać swoje państwo, czyż nie?

wtorek, 12 lipca 2011

Upadek mitu układu medialnego na przykładzie "Uważam Rze"

Jeden z dogmatów pobożnego socjalizmu brzmiał do niedawna: "kto nie trzyma z Salonem, do tego nigdy nie zgłoszą się wielcy reklamodawcy". Mit ten bardzo chętnie powtarzany jest na całej prawicy, gdyż utrwala martyrologię ciemiężonych przez Układ, który zawłaszczył sobie "nasze" państwo.
Niestety, w 2011 mit ten runął z wielkim hukiem. A stało się tak za sprawą najpopularniejszego obecnie w Polsce tygodnika "Uważam Rze", który połączył w sobie dwie rzeczy, które do niedawna ortodoksom pobożnego socjalizmu wydawały się niemożliwe we współistnieniu: sukces komercyjny oraz anty-salonowość. O ile przez ostatnie 20 lat wszyscy z tak wielką lubością podkreślali, że do nich nigdy nie zapukają wielkie firmy, dziś na łamach "Uważam Rze" gości tyle reklam, że nawet "Polityka" wygląda nieco ubogo. Volkswagen, PKO, W.Kruk, Samsung, Omega, BPH ... Rzeczywistości, dlaczego zadajesz kłam tak wygodnemu mitowi?
Jeśli ktoś mi nie wierzy, niech weźmie do ręki dowolny numer tejże gazety i przekona się sam. Co drugi tekst polega w niej na otwartej krytyce tzw. Układu, a całość poprzeplatana jest reklamami towarów z wysokiej półki (reklam Biedronki ani wróżek nie widziałem). Firmy, które jeszcze niedawno uważano za nieformalnych współpracowników ohydnego układu, dziś reklamują się w gazecie, która niejako programowo występuje przeciwko układowi.
Kolejny mit, który upadł wraz z nastaniem "Uważam Rze" głosił, że w III RP nie sposób było zbudować silnych mediów, bo "w 1989 Michnik dostał od Kiszczaka GW i raz na zawsze ustalono podział rynku medialnego". Czyżby w 2011 nagle tajny podział rynku w tajemniczy sposób ustał?
Nie do końca. Pojawienie się "Uważam Rze" pokazało jedynie, że do sukcesu na rynku mediów potrzebna jest dziś przede wszystkim dobra akcja reklamowa (muszę przyznać, najlepsza w branży czasopism, jaką widziałem), świetna oprawa graficzna, prawicowi celebryci, którzy nie brną w niebezpieczne wolnorynkowe tematy, dobre zarządzanie (Jacek Karnowski jaki jest, każdy widzi, ale za to dobrze kieruje kolegami) oraz staranne unikanie kontaktu z prawicowymi autorytarystami (JKM, Adam Wielomski, itd.).

Osobiście wyznam, że "Uważam Rze" starannie unikam, gdyż poza odgrzewaniem Smoleńska, atakami na PO oraz anty-salonowym kanonem nie ma tam nic ciekawego. No może poza tym, że samo istnienie tejże gazety jest zdumiewającą falsyfikacją istnienia wszechobecnego lewicowego układu, którego macki sięgają wszędzie.

środa, 22 czerwca 2011

Stracona wiara w wolny rynek [wyznania Rafała Ziemkiewicza]

" ... widzę dzisiaj więcej pól, na których państwo powinno dokonywać interwencji. (...) Na przykład media. Wiara w to, że wolny rynek jest w stanie je wyregulować, okazała się niestety na wyrost" - zwierza się Rafałowi Geremkowi w swym wywiadzie-rzece inny Rafał - Ziemkiewicz. ("Wkurzam Salon", Wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2011, s. 220). Osobiście żałuję, że red. Ziemkiewicz nie przedstawił żadnego elaboratu na temat "koniecznej interwencji państwa w gospodarkę", mogłoby to być rzeczywiście ciekawe. Na pewno wiemy jednak, że autor "Michnikowszczyzny" zaleca ingerencję w swój własny rynek mediów. Nie dziwi to zupełnie, szczególnie jeśli pamiętamy, że każde państwo tworzy wspólnota krwiopijców, która pasożytuje na własnej branży: nauczyciele chcą państwowej oświaty, lekarze państwowej służby zdrowia, itd. A dziennikarscy pobożni socjaliści - państwowej regulacji świata mediów.
Ziemkiewicz ponownie, najpewniej nieświadomie, zdradził swój niechlubny styl myślenia i pokazał w ten sposób na czym polegała jego ewolucja od niechcianego przez mainstream UPR-owca, który pisywał artykuły do malutkich pisemek i jeździł na spotkania z sympatykami do Suwałk i po innych pipidówach, do zarabiającego miliony prawicowego celebryty, który walczy o państwowy stołek w TVP i brata się z "pogromcami liberałów" na łamach RP, GP, czy Uważam Rze.
Niestety zanosi się na to, że red. Ziemkiewicz, który, jak sam mówi, zrobił się "dużo mniej ortodoksyjny, odkąd uznałem, że państwo w jakiś sposób musi odpowiadać za wspólnotę", może niedługo wejść z Zarembami, Semkami, Sakiewiczami w taką wspólnotę, że zacznie nawet swój niegdysiejszy ortodoksyjny liberalizm potępiać.
Ziemkiewicz z wielką lubością lubi tropić polityczne ewolucje (Michnik, Kaczyński, Tusk ...). Czy kiedyś zrozumie, że w sporej mierze on sam również stał się dziennikarskim odpowiednikiem swoich politycznych szwarccharakterów?

czwartek, 16 czerwca 2011

Finlandyzacja a la Cichocki.

Nieoceniony dr Marek Cichocki znów wdał się w dyskusję na temat tematy "makro". Tym razem okazją była wielka konferencja "Polska -wielki projekt", na której dyskutowano o tym, jak by tu ulepszyć "nasze" państwo.
Sam filmik jest niesłychanie nudny (niech świadczy o tym chociażby fakt, że przede mną oglądało go zaledwie 20 osób) i nie polecam go nikomu, ale ja poświęciłem się dla sprawy po to, żeby móc o nim odpowiedzieć.
Dr Cichocki wkroczył na swym wykładzie w groźne klimaty absurdu stwierdzając nagle, że katastrofa 10 kwietnia pokazała, jak słabe mamy państwo (!!!). Rzeczywiście, ledwo dycha ...
Wg czcigodnego prelegenta katastrofa w Smoleńsku pokazała obywatelom, że państwo nie funkcjonuje. Cóż, wszystko jest kwestią tego, gdzie skierujemy wzrok. Ja, na przykład, byłem dziś na stacji benzynowej, w Biedronce oraz w miejskim urzędzie i doszedłem do całkowicie odmiennego wniosku. Na stacji państwo obrabowało mnie z kilkudziesięciu złotych za kupno benzyny, w Biedronce oddałem mu VAT-owy haracz, a w urzędzie miałem po raz setny w swym życiu okazję poobserwować pracę darmozjadów i kawopijców. Wg mnie państwo ma się w Polsce aż nadto dobrze. Być może Marek Cichocki ma inną perspektywę, gdyż sam pracuje dla państwa...
Prawdziwym smaczkiem wypowiedzi Cichockiego jest jednak jego wezwanie do "finlandyzacji" Polski. Pracownik naukowy UW sugeruje mianowicie, iż powinniśmy pójść śladem Finlandii i wprowadzić powszechne szkolenia wojskowe dla wszystkich mężczyzn (bo Rusek może zaatakować). Czy p. Cichocki sam również chciałby zamieszkać w koszarach? Wątpliwe - tacy ludzie jak on są przecież od tworzenia "wielkich projektów", za które ginęliby inni.

środa, 8 czerwca 2011

Nieudany Plan Pięcioletni, czyli Ziemkiewicz o Tusku

Na swoim blogu Rafał Ziemkiewicz żali się, że Donald Tusk i jego wredne PO nie budują nam stadionów, opóźniają się z dworcami i autostradami, etc. - innymi słowy, wyraża osobisty żal, że w Polsce nie udała się kolejna pięciolatka, która miała zapewnić cywilizacyjny skok całemu narodowi. Co prawda red. Ziemkiewicz nie promuje w ten sposób PiS-u, wobec którego jest nie mniej krytyczny (swoją drogą to ciekawe, że smoleńszczyzna potrafi przełknąć jego ataki na Jarosława i s-kę tylko dlatego, że tak zajadle krytykuje Salon), ale zdaje się mocno sugerować, że możliwy byłby taki premier, który rządziłby krajem zacnie i oddawałby wielkie narodowe budowy w terminie.
Tylko gdzie takich premierów szukać?

Ziemkiewicz po raz kolejny zdradza w ten sposób swoją hipokryzję, dzięki której nie jest żadnym oszołomem piszącym do małych pisemek i na internetowe fora, lecz topowym dziennikarzem, piszącym do najlepiej sprzedającego się tygodnika w Polsce i prowadzącym za grube pieniądze programy telewizyjne w porze wysokiej oglądalności. Gdzież ta hipokryzja? Otóż w tym, iż wiele razy zdarza mu się podkreślać, że państwo nie jest od budowy stadionów i dworców, prowadzenia szkół i placówek medycznych  (a przynajmniej mawiał tak częściej, gdy był jeszcze mało znany), a z drugiej strony zżyma się w prasowych organach PiS-owców na premiera za to, że stadionów, dworców nie buduje, a szkołami i szpitalami źle zarządza. Nieprawdaż, że bardzo wygodna to hipokryzja?
Uczciwość i rzekoma wierność zasadom liberalizmu gospodarczego powinna raczej skłonić Ziemkiewicza do uzupełnienia swojego wpisu jakże istotną informacją, że nawet gdyby rządził X,Y lub Z, to i tak nie byłoby lepiej. Tu jednak Ziemkiewicz milczy, a jego milczenie jest na wagę wielu tysięcy złotych, które zarabia właśnie na tym, że pisząc i udzielając się w mediach pobożnych socjalistów oportunistycznie dostosowuje się do szczekania na Salon i Grupę trzymającą władzę.

niedziela, 5 czerwca 2011

Lęk przed libertarianizmem

Dzień, w którym „nawróciłem” się na wolny rynek zapamiętam zapewne na całe życie. Jednakże nie z powodu zrozumienia tego, czym jest państwo, ale bardziej z racji zetknięcia się po raz pierwszy z jakże znamiennym syndromem państwa minimalnego.
Na całe szczęście osoba, która przekonała mnie do idei laissez-faire dziś już nie odwołuje się do argumentów w stylu: „państwo jest złe, ale drogi ktoś musi budować”, ale właśnie taki styl rozumowania wydał mi się owego dnia najbardziej zdumiewający. Ledwo co poznałem klarowne i powszechnie zrozumiałe argumenty z prawa naturalnego oraz zdążyłem się z nimi wstępnie utożsamić, a tu nagle pojawiła się niespodzianka w postaci wyjątków od reguły. W tamtym czasie byłem jeszcze świeżo po edukacji w państwowej szkole, gdzie sporo mówi się o wyjątkach od reguły, np. w ortografii, więc początkowo łatwo było mi to przełknąć. Formułka: „państwo to złodziej, ale są wyjątki, takie jak policja, sądy i prawo” na pierwszy „rzut ucha” brzmi przecież całkiem rozsądnie. Ludzki rozum ma jednak to do siebie, że jeśli nie nakłada mu się ograniczeń w postaci przemocy fizycznej, świętości czyjegoś autorytetu lub jakiegokolwiek innego czynnika, prze nieuchronnie ku prawdzie.
Kolejna bardzo istotna obserwacja polegała na odkryciu, iż wbrew żywemu powszechnie mitowi ohydnego Salonu (vel grupy trzymającej władzę), państwa nie tworzy żadna osobna grupa ludzi, lecz w zasadzie zdecydowana ich większość. Choć po domach i zakładach pracy powtarza się opinię o urzędniczej hydrze, rządzących nami cwaniakach i ludziach władzy, nie dochodzi nigdy do żadnego bojkotu ani otwartego buntu. Innymi słowy, dostrzegłem wówczas, że państwo jest swego rodzaju wrogiem oswojonym, z którym ludzie nauczyli się już żyć na tyle, że nawet je polubili, a nawet zaciekle go bronią. Choć przy piwie i w publicystyce słychać nieraz echa narzekania na państwową kradzież, o samym państwie jako instytucji mało kto powie źle choćby słowem.
Jakiś czas później trafiła w moje ręce książka Murraya Rothbarda, w której ów geniusz wolności stwierdził, iż państwo to nic innego, jak tylko określona kategoria działań – czyli przymusowe zawłaszczanie czyjegoś mienia. W tym momencie szereg rozmaitych elementów ułożył się w pewną konkretną całość. Z państwa minimalnego zsunęła się nagle kotara dostojeństwa i stanęło ono nagie ukazując całą swą szkaradność.
Państwo to zespół ludzkich działań, które człowiek w sposób sztuczny wyrzucił poza ramy etyczności. Najlepiej świadczą o tym akademickie podręczniki do etyki, które traktują przede wszystkim o cnotach obywatelskich, czyli o tym, jak być dobrym poddanym państwa. Jednakże książek kwestionujących etyczność samego państwa zwyczajnie się nie czyta, tak na lewicy, jak i na prawicy. Rekordy popularności biją książki na temat totalitaryzmów, ale przestępstwa o nazwie państwo zyskuje nieustanną absolucję.
Obserwacja Rothbarda pokazuje dobitnie, że państwem nie można nazwać jakiejś określonej grupy osób – urzędników, lewicy, Salonu, ICH. Państwo to sposób działania dostępny każdemu – jako narzędzie do wykorzystywania innych osób. Niektórzy korzystają z niego częściej (władcy państw), a inni rzadziej (prości ludzie), ale w swoim życiu zapewne każdy choć raz posłużył się państwowym przymusem dla własnej korzyści (np. pracując dla Lewiatana mając możliwość zatrudnienia się w firmie prywatnej). Dzięki temu możemy zrozumieć dlaczego tak wielki sukces zyskała sobie idea państwa ograniczonego.
Jej powodzenie bierze się przede wszystkim stąd, że ludzie szukają usprawiedliwienia dla swojej kolaboracji z państwem. W sposób sztuczny i pozbawiony racjonalnego uzasadnienia tworzą dla siebie specjalną i wąską kategorię działań wykonywanych przy udziale państwa, które według nich nie są nieetyczne, po to, aby sami mogli czuć się moralnymi. Choć na co dzień psioczą na biurokrację i system, w sposób irracjonalny głoszą idee państwa ograniczonego, które powinno być inne niż to dzisiejsze, aby zachować dobrą samoocenę. Chcą w ten sposób jakby zakomunikować innym i sobie, że ich własny udział w państwie jest moralnie dopuszczalny.
Przyczynę takiego stanu rzeczy wyjaśnia być może zaciekłość, z jaką idee libertariańskie są zwalczane przez konserwatystów i pobożnych socjalistów. Jak powszechnie wiadomo, przedstawiciele tego nurtu mają skłonność do częstego posługiwania się w teorii społecznej kategoriami wiary i teologii. Świadczy to dobitnie o tym, że nawet oni przeczuwają, iż problem z zaakceptowaniem libertarianizmu ma charakter powiązany z naturą człowieka / kwestiami ostatecznymi. Przechodząc więc na moment na grunt wiary warto przypomnieć, że człowiek ma grzeszną naturę. Prawdopodobnie właśnie dlatego tak często zdarza mu się posługiwać państwem, a jednocześnie przekonywać siebie samego i innych, że nie jest to grzechem.
Wszystko to pozwala stwierdzić, że ludzie walczą z libertarianizmem i nie chcą nimi być najczęściej właśnie z powodów moralnych – sięgających samego dna ludzkiej duszy. W panicznym odrzucaniu libertariańskich myśli, tak często ostatnio obecnym, czai się niewątpliwie lęk przed własną moralnością i własnym losem. Walcząc z libertarianizmem, jego przeciwnicy toczą najprawdopodobniej zacięty bój na bardzo głębokim poziomie psychicznym. Często bywa tak, iż najbardziej zaciekli wrogowie wolnego społeczeństwa sięgają po argumenty z kręgu wiary chcąc jakby odgonić od siebie niebezpieczne myśli o tym, że mogliby być w błędzie i czynić zło.
Wizja zła czynionego powszechnie, od Warszawy po Wólkę, nie przysparza także zbyt wielu sympatyków. Nie każdy chce słyszeć o tym, że robi źle – źle robią przecież ONI. No i z takimi poglądami nie można się przedrzeć do telewizji ani na państwowe uczelnie i inne ciepłe posady. Po dokonaniu takiego rachunku zysków i strat, większość konwertytów na wolny rynek czym prędzej zaczepia się przy idei państwa minimalnego. Libertarianizm to rzecz dla odważnych.

poniedziałek, 23 maja 2011

Marek Cichocki wzywa do industrializacji.

Jeden z liderów środowiska "Teologii Politycznej", Marek Cichocki, podjął się po raz kolejny refleksji nad narodową tożsamością w kontekście geopolitycznym (tekst "Czy jesteśmy zdolni do podmiotowej polityki?"). Rosjanie mają gaz, Francuzi broń atomową, a Polacy?
Cichocki to osobistość, która nie bawi się w żadną "mikroekonomię", tylko lubuje się w rozważaniach dotyczących cywilizacji, kultur oraz państw. A szkoda, bo zwrócenie uwagi na podstawowe prawidła ekonomii i filozofii społecznej na pewno sprawiłoby, że o wiele rzadziej szermowałby stwierdzeniami dotyczącymi zbiorowości ludzkich.
Tym razem redaktorowi "Teologii Politycznej" doskwiera to, iż Polacy nie przeszli po 1989 żadnej industrializacji. Rzeczywiście, szkoda to wielka. Cichocki pisze, że państwo industrializowało polską ziemię pod zaborami, w 20-leciu międzywojennym i w czasach PRL. Za to III RP już się na te "wyżyny" nie wspięła. Ach, płaczże duszo nad losem ojczyzny! Gdyby nie Gomułka i Gierek oraz ich plany pięcioletnie, zmarlibyśmy z głodu! Czy znajdzie się ich godny następca?
Z wypowiedzi Teologa politycznego wynika więc, że IV RP powinna budować fabryki. Nieskromnie powiem, że mam już nawet pierwsze nazwy dla fabryk budowanych przez pobożnych socjalistów: np. Huta im. katolickiej nauki społecznej albo Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego pod wezwaniem Lecha i Marii Kaczyńskich. Czyż nie brzmi to lepiej niż Stocznia im. Lenina?
Autor refleksji nad stanem polskiej gospodarki stwierdza, że po 4 czerwca 1989 roku wpadliśmy w spiralę konsumpcji, zamiast wspierać narodowy przemysł. W tle da się tu słyszeć zarzut pod adresem "liberałów", że puścili gospodarkę samopas.
Jak to dobrze, że Polską rządzą przynajmniej zepsuci pragmatycy, a nie niebezpieczni marzyciele. Choć najlepiej by było aby nie rządził nikt.

piątek, 20 maja 2011

PiS, czyli Państwo i Socjalizm

O tym, że partia prowadzona przez Jarosława Kaczyńskiego nie pała miłością do gospodarczej wolności, wiadomo nie od dziś. Mimo to, w świetle ostatnich podwyżek stawek podatkowych dokonanych przez PO, wizerunek PiS-u w tym zakresie nieco się poprawił. Wiele osób wskazuje na zmniejszenie deficytu, obniżkę składki emerytalnej oraz inne drobne korekty jako na wymierne sukcesy gospodarcze rządów z lat 2005-2007. Złość na ekipę Tuska nie powinna jednak przysłonić faktu, iż jej najważniejszy polityczny przeciwnik to partia przeciwna prywatyzacji w jakiejkolwiek formie.
Obecny kryzys sprawił, że wiele państw świata zdecydowało się na denacjonalizację przedsiębiorstw. Niemcy planują sprzedaż poczty, Anglicy banków oraz kolei, a Hiszpanie portów lotniczych. Plany te nie zostały bynajmniej ogłoszone z powodu nagłego zaakceptowania zasad libertarianizmu, polityków przymusiły do tego dziurawe budżety. Państwo o najbardziej dziurawym budżecie – Grecja – przewiduje nawet sprzedaż części wysp. Budżet Polski także nie należy do najprężniejszych, w związku z czym w Kancelarii Premiera podjęto brawurową decyzję o wyprzedaży wielu nadal niesprywatyzowanych przedsiębiorstw. Decyzję tę musi ostatecznie zatwierdzić także Sejm, jednakże w jego ławach zasiada partia, której wizja gospodarki zbliżona jest do pomysłów ideologów z „Krytyki politycznej” - i nie chodzi tu wcale o SLD …
PiS, bo o tej partii mowa, jest bez wątpienia najbardziej antyrynkową partią spośród tych, które mają w polskiej polityce jakiekolwiek znaczenie. Świadczy o tym przede wszystkim blokowanie lub sprzeciwianie się wszelkim prywatyzacjom, które miały lub mogły mieć miejsce w ostatnich latach. Lista tych haniebnych protestów jest długa, lecz warto przytoczyć chociażby te najważniejsze.
Zacznijmy od kampanii prezydenckiej z ubiegłego roku, kiedy to obydwaj najbardziej popularni kandydaci wsławili się sporem, czy urzędujący dziś prezydent Komorowski chciał prywatyzacji szpitali. Komitety obydwu kandydatów wytoczyły sobie procesy w trybie wyborczym, gdyż przyznanie się do popierania prywatyzacji tej „strategicznej” branży było uważane przez nich za najwyższą inwektywę. Ugrupowanie Komorowskiego ratuje w tym kontekście fakt, że to właśnie za jego sprawą dokonuje się obecnie w Polsce tzw. komercjalizacja szpitali. Zarząd w nieudolnie prowadzonych jednostkach NFZ jest powierzany w ręce prywatne, dzięki czemu składki zdrowotne nie są marnotrawione w takim stopniu, jak dotychczas. Niektóre ze szpitali są autentycznie prywatyzowane i to właśnie nie odpowiada partii założonej przez braci Kaczyńskich.
Prowadzona do początku lat 2000-ych w niemrawym tempie prywatyzacja została przez PiS niemal całkowicie zatrzymana (w zasadzie sprywatyzowano jedynie PZL Mielec i Stocznię Gdańską). Stosunek tej partii do jakiegokolwiek przekazania państwowej firmy w ręce prywatne najlepiej podsumowują słowa, jakie zmarły Lech Kaczyński wypowiedział w czasie wizyty w 2009 roku w Jastrzębiu: „Nie sprzedaje się pereł w koronie”. Perłą w koronie miały być według niego oczywiście polskie kopalnie. Dla przypomnienia: każdego roku owe „perły” pochłaniają ok. 4 miliardy złotych dotacji z budżetu państwa. Tak naprawdę ta zdominowana przez „Solidarność” (wiernego kompana PiS) branża stanowi kulę u nogi całego społeczeństwa, które dotuje skory do bójki o swoje przywileje „proletariat”.
Gdy jakiś czas temu PO zaproponowało sprywatyzowanie co najmniej siedmiu polskich uzdrowisk (branża strategiczna, a jakże!), partia Kaczyńskiego odpowiedziała zdecydowanym sprzeciwem. Posłowie tej partii argumentowali, że w ten sposób doprowadzi się do ograniczenia dostępności usług uzdrowiskowych dla klientów NFZ. Dla pobożnych socjalistów taka sytuacja jest nie do pomyślenia, tak samo zresztą jak sam pomysł PO, aby składka zdrowotna mogła być wpłacana nie tylko przymusowo do NFZ, lecz także do innych, konkurencyjnych wobec niego podmiotów.
Pod koniec ubiegłego roku środowiska związane z Radiem Maryja, Naszym Dziennikiem oraz PiS wszczęły histeryczną akcję w obronie Lasów Państwowych. Powodem był pomysł PO, aby środki gromadzone przez LP były przekazywane do budżetu centralnego. Choć sam pomysł można ocenić jako zły i sprzyjający władzy państwa, sposób, w jaki atakowali protestujący, także pozostawia wiele do życzenia. Na wielu parafiach podpisywano listy w obronie LP, a cała akcja była okraszona ogłaszanymi wszem i wobec ostrzeżeniami, że pomysł PO stanowi pierwszy krok do prywatyzacji lasów. Z punktu widzenia „interesu narodowego”, sprzedaż lasów to przecież rzecz nie do pomyślenia – argumentowali działacze PiS. Przeciwko projektowi najgłośniej protestowali oczywiście leśni związkowcy, powołując się na PiS-owskie argumenty z „dobra narodowego”.
Prawo i Sprawiedliwość jest partią, która konsekwentnie sprzeciwia się wszelkim propozycjom prywatyzacyjnym. Występowała przeciwko sprzedaży KGHM, Giełdy Papierów Wartościowych, PZU, PKO oraz niemal wszystkich innych mniejszych firm. Choć prawdą jest, że proponowana przez PO prywatyzacja polega w wielu wypadkach na zachowywaniu dla Skarbu Państwa pakietu kontrolnego w prywatyzowanych firmach, taki sposób zmiany własnościowej i tak przyczynia się do urynkowienia wielu sektorów gospodarki. Poza tym, partia Donalda Tuska przynajmniej nie odsuwa prywatyzacji w nieskończoność tak jak PiS, lecz na najbliższe lata planuje spory ruch w tej dziedzinie. Nawet pomimo awersji prezydenta Komorowskiego do prywatyzacji szpitali, powiązana z nim partia póki co nie wstydzi się swoich pomysłów zmiany stosunków własnościowych. Na pewno błędem byłoby nazywanie PO partią wolnorynkową, jednakże PiS nadal pozostaje w tej dziedzinie daleko w za nią.
Dlaczego prywatyzacja jest aż tak ważna? Otóż właśnie stan własnościowy gospodarki stanowi główny czynnik warunkujący pomyślność i zamożność społeczeństwa. PRL oraz inne kraje bloku socjalistycznego były coraz uboższe przede wszystkim dlatego, że zdecydowana większość budynków, gruntów, fabryk, mieszkań oraz przedmiotów należała bezpośrednio do państwa. Podjęte w 1989 roku reformy pozwoliły Polakom na wykup mieszkań, posiadanie firm oraz części gruntów, ale lwia część wszystkich dostępnych zasobów nadal należy do państwa. To właśnie ten czynnik wpływa na to, że Polska zajmuje nieustannie katastrofalnie niskie lokaty we wszelkich rankingach wolności gospodarczej oraz nadal znajduje się w gronie najbiedniejszych obszarów Europy. Fakt, że Polska posiada niekiedy niższe stawki podatkowe niż wiele krajów Europy (np. stawki VAT są niższe niż w Szwecji czy w Finlandii) zupełnie blednie w obliczu tego, że kraje Zachodu mają o wiele silniejszy sektor własności prywatnej. Państwowa własność rozmaitych firm jest już podatkiem samym w sobie, więc zmniejszanie VAT-u lub CIT-u nie czyni tu aż tak wielkiej różnicy.
Blokując sprzedaż lasów państwowych, uzdrowisk, szkół, kopalń miedzi i węgla, szpitali, banków oraz wszelkiego rodzaju gruntów PiS tamuje tym samym wyjście Polski z epoki socjalizmu. Choć PO w sposób perfidny podwyższyło VAT, zwiększyło deficyt, przesunęło środki gromadzone w OFE do ZUS-u oraz dokonało wiele innych katastrofalnych posunięć, wszystko to i tak w pewnym sensie rekompensuje fakt, że PO zdecydowanie dąży do poszerzenia własności prywatnej. W gruncie rzeczy bowiem to na niej oparta jest cała gospodarka. Gdybyśmy porównali gospodarki Niemiec i Polski, biorąc pod uwagę jedynie procentowe stawki podatków, składek, limitów i rozmaitych świadczeń narzucanych przez państwo, zastanawialibyśmy się jak to możliwe, że kraje tak niewiele się różniące w tym zakresie może dzielić aż taka różnica zamożności. Dopiero uwzględnienie zdecydowanie szerszego udziału własności prywatnej w gospodarce mogłoby udzielić nam właściwej odpowiedzi. Ale czy Państwo i Socjalizm to rozumie?

czwartek, 5 maja 2011

Kiepski sequel

Od sławetnej katastrofy minął wprawdzie rok, ale wciąż o niej głośno. Za hałas ten odpowiedzialni są nie tylko politycy PiS, ale i dziennikarska zgraja, budująca wokół Smoleńska pęczniejący z każdym dniem mit.
Najdalej w swym martyrologicznym zapale posunęli się chyba twórcy Grobu Pańskiego w w Rumii k. Gdyni, gdzie Jezus został złożony w Tupolewie, a monstrancja za kabiną pilotów. Z przykrością należy tu odnotować, że sakralizacja nieszczęśliwego wypadku (albo profanacja Grobu Pańskiego...) nie ograniczyła się bynajmniej do jednej świątyni. Niebezpiecznie wysoki poziom smoleńszczyzny w atmosferze utrzymuje się także w szczególności w „Gazecie Polskiej”, która powinna niedługo zmienić swój tytuł na „Zeszyty smoleńskie z płytą DVD gratis”. A skoro już mowa o płytach, to właśnie pojawił się nowy film pt. „Zobaczyłem zjednoczony naród” Anny Ferens opowiadający o … no sami Państwo wiedzą, o czym (swoją drogą, dzięki katastrofie Tupolewa Jan Pospieszalski znalazł wreszcie uczciwą pracę i kręci teraz filmy „ku serc pokrzepieniu”). Gdzie dziś wzroku by nie skierować, wszędzie Smoleńsk.
Popularność katastrofy ma swoje podłoże w sposobie, w jaki ogromna część ludności naszego kraju postrzega scenę polityczną. W powszechnym mniemaniu liberałowie (PO) dogadali się z Ruskimi i pozbyli się „naszego”, polskiego prezydenta oraz towarzyszącego mu kwiatu narodu. Umocnił się w ten sposób podstawowy mit polskiego pobożnego, patriotycznego socjalizmu, czyli przekonanie, że „naszym” państwem rządzą kanalie i zagranica oraz że „musimy” „nasze” państwo z ich rąk odzyskać. Naczelnym pasożytem tego nieszczęsnego mitu jest Jarosław Kaczyński – polityczny kameleon, który dzięki swemu aktorskiemu talentowi wyśmienicie odgrywa rolę wybitnego męża stanu, ratującego naród z opresji.
Polacy są entuzjastami mitu „kanalii u władzy” co najmniej od czasów zaborów. Wówczas to zdecydowana większość z nich dała się nabrać na marszałka Pisłudskiego, który doskonale wykorzystał sytuację do przejęcia i poszerzenia władzy Lewiatana. Mit „kanalii u władzy” polega zawsze na tym, że miejsce kwestii najważniejszych, czyli ograniczania zakresu państwa, zajmują kwestie personalne, narodowościowe i historyczne. W ten właśnie sposób Polacy u początku stulecia tak bardzo ucieszyli się z uzyskania niezależności od zaborców, że zupełnie zignorowali fakt, iż ich kraj wpadł w ręce radykalnych państwowców.
Niemal w identyczny sposób mieszkańcy naszego kraju zachowali się w przy upadku komunizmu. Nie od dzisiaj wiadomo, że większość Polaków nadal chce rozbudowanego socjalizmu, tylko „z ludzką twarzą”. „Solidarność” miała bardzo socjalistyczne postulaty i tak naprawdę walczyła nie z komunizmem, lecz z ekipą rządzącą krajem. Znacząca część Polaków nigdy nie domagała się jak najdalej idącej redukcji państwa, a jedynie powieszenia w urzędach krzyża i zapraszania biskupów na państwowe uroczystości. Być może „Solidarność” mogła w ogóle zaistnieć właśnie dlatego, że zjednoczył ją nieszczęsny mit „kanalii u władzy”, gdyż głoszenie w kraju nad Wisłą poglądów, że „władza to kanalie” nigdy nie było popularne. Taka już widocznie sarmacka przypadłość.
W ten właśnie mit dobrego państwa, zarządzanego przez bandę zdrajców, odżył ponownie przy okazji katastrofy smoleńskiej. Na łamach organów prasowych „pobożnych socjalistów” zamieszczane są wciąż baśnie z tysiąca i jednej katastrofy o tym, jaka to świetlana przyszłość czekałaby nas, gdyby nie nieszczęsny wypadek. Siła i rozmach, z jakim szerzy się mit smoleński pokazuje, że może on na trwałe wejść do tradycji wydarzeń, uważanych powszechnie wśród pobożnych socjalistów za stracone szanse na lepszą przyszłość.
Nade wszystko jednak katastrofa smoleńska umocniła najbardziej zgubny podział sceny politycznej na liberałów i konserwatystów. Partia smoleńska starannie pielęgnuje fałszywą wizję liberałów – kanalii u władzy. Kanalie mają swój rodowód w PZPR, są na bakier z Kościołem i prezentują „liberalny” stosunek do moralności. W przeciwieństwie do nich obóz smoleński to ludzie pobożni, moralni, dążący do prawdy i nie układający się z Rosjanami – tak przynajmniej pragną dać do zrozumienia sami zainteresowani. Gdyby na tym poprzestać, nie byłoby tak źle. Jednakże pobożni socjaliści sugerują także, że właśnie ich „przyzwoitości” potrzeba w zarządzaniu państwem, a rzeczy w kraju źle się mają, bo rządzą nami permisywni moralnie liberałowie – jednym słowem: kanalie. W ten właśnie sposób nawiązano do mitu „kanalii u władzy”, który głosi, że państwo jest dobre wówczas, gdy rządzą nimi dobrzy ludzie, a złe, gdy rządzą nimi źli.
Smoleńsk posłużył po raz kolejny do skupienia całej siły dyskusji na kwestiach czwarto- i pięciorzędnych, takich jak ta, czy rządzić ma Kaczyński, czy Tusk. Na łamach „Rzeczpospolitej”, „Uważam Rze” i innych „Naszych Dzienników” toczone są gorące dyskusje nad tym, jakie kupić samoloty dla rządu, przeprowadza się wywiady z rodzinami zmarłych oraz omawia wykorzystywane w nawigacji technologie, za to kwestie najważniejsze, takie jak: likwidacja NBP, delegalizacja związków zawodowych, prywatyzacja służby zdrowia, systemu emerytalnego oraz setek innych sektorów okupowanych przez państwo nie są omawiane w ogóle.
Taki stan rzeczy wzmacnia niewątpliwie tych, którzy na każdym kroku podkreślają, że walczą z Salonem, układem, republiką okrągłostołową, OSE i Bóg wie, czym jeszcze. Otóż największym problemem Smoleńszczyzny jest właśnie to, iż nie potrafi (nie chce?) dostrzec, że sama jest częścią establishmentu. Wbrew jego własnym zapewnieniom, że to „układ” wszystko kontroluje, PiS jest finansowany z budżetu państwa, a jego zwolennicy są rozlokowani po niezliczonych państwowych posadach. Rzecz jasna, obecnie PO ich trochę przetrzebiło, ale o to właśnie cała awantura, żeby wrócili na swoje grzędy.
W tym miejscu warto wreszcie postawić być może kontrowersyjną, ale prawdziwą tezę, że Salon, układ, OSE itd. to nie lewica, lecz państwo jako takie. Mimo iż środowiska lewicowe mają silną pozycję w najbogatszych mediach, świecie kultury i nauki, to jednak nie sprawują niepodzielnej władzy. Powtarzane jak mantra argumenty o Okrągłym Stole, zmowie komunistów z lewicą laicką oraz podziale strefy wpływów nie są zupełnie pozbawione znaczenia, lecz stanowią zbyt daleko idące uproszczenie. Pobożni socjaliści nie tworzą przecież marginesu w aparacie państwa, lecz są obecni na każdym jego szczeblu. Nie odgrywają roli outsiderów, lecz współtworzą kilkumilionową armię urzędników. Najlepiej świadczą o tym spory obozu smoleńskiego z tzw. układem, które nie dotyczą przecież kwestii zasadniczych, lecz personalnych i symbolicznych.
Mimo iż smoleńczycy stanowią część obozu władzy, na każdym kroku lubią podkreślać swoją słabość. Choć otrzymują od państwa milionowe dotacje na swoją działalność, cały czas uwypuklają swoje rzekome upośledzenie względem posiadającej wszędzie swoje macki lewicy. W ten sposób żerują na naturalnym odruchu prostych ludzi, którzy będąc nieustannie gnębieni przez państwo, szukają swoich przedstawicieli, osób, które wyraziłyby głośno swój sprzeciw. Pobożni socjaliści zawłaszczają dla siebie bunt wobec władzy i sami dążą do jej pełnego przejęcia. Tak naprawdę nikt bardziej niż oni nie przysługuje się do ciągłej niemożności zaistnienia na scenie politycznej autentycznie wolnościowego ugrupowania.
Na wiecu z okazji pierwszej rocznicy katastrofy Jarosław Kaczyński po raz kolejny ożywił trupa IV RP. Ów mityczny twór miałby być wolny od „błędów i wypaczeń” oraz rządzony przez poczciwych i dobrych ludzi. Oczywiście Kaczyński ani słowem nie wspomniał o kwestii ograniczenia państwa – o to ze zgromadzonych na wiecu nikt nawet go nie spytał. Czy Polacy kiedyś obudzą się ze smoleńskiego snu?