czwartek, 5 maja 2011

Kiepski sequel

Od sławetnej katastrofy minął wprawdzie rok, ale wciąż o niej głośno. Za hałas ten odpowiedzialni są nie tylko politycy PiS, ale i dziennikarska zgraja, budująca wokół Smoleńska pęczniejący z każdym dniem mit.
Najdalej w swym martyrologicznym zapale posunęli się chyba twórcy Grobu Pańskiego w w Rumii k. Gdyni, gdzie Jezus został złożony w Tupolewie, a monstrancja za kabiną pilotów. Z przykrością należy tu odnotować, że sakralizacja nieszczęśliwego wypadku (albo profanacja Grobu Pańskiego...) nie ograniczyła się bynajmniej do jednej świątyni. Niebezpiecznie wysoki poziom smoleńszczyzny w atmosferze utrzymuje się także w szczególności w „Gazecie Polskiej”, która powinna niedługo zmienić swój tytuł na „Zeszyty smoleńskie z płytą DVD gratis”. A skoro już mowa o płytach, to właśnie pojawił się nowy film pt. „Zobaczyłem zjednoczony naród” Anny Ferens opowiadający o … no sami Państwo wiedzą, o czym (swoją drogą, dzięki katastrofie Tupolewa Jan Pospieszalski znalazł wreszcie uczciwą pracę i kręci teraz filmy „ku serc pokrzepieniu”). Gdzie dziś wzroku by nie skierować, wszędzie Smoleńsk.
Popularność katastrofy ma swoje podłoże w sposobie, w jaki ogromna część ludności naszego kraju postrzega scenę polityczną. W powszechnym mniemaniu liberałowie (PO) dogadali się z Ruskimi i pozbyli się „naszego”, polskiego prezydenta oraz towarzyszącego mu kwiatu narodu. Umocnił się w ten sposób podstawowy mit polskiego pobożnego, patriotycznego socjalizmu, czyli przekonanie, że „naszym” państwem rządzą kanalie i zagranica oraz że „musimy” „nasze” państwo z ich rąk odzyskać. Naczelnym pasożytem tego nieszczęsnego mitu jest Jarosław Kaczyński – polityczny kameleon, który dzięki swemu aktorskiemu talentowi wyśmienicie odgrywa rolę wybitnego męża stanu, ratującego naród z opresji.
Polacy są entuzjastami mitu „kanalii u władzy” co najmniej od czasów zaborów. Wówczas to zdecydowana większość z nich dała się nabrać na marszałka Pisłudskiego, który doskonale wykorzystał sytuację do przejęcia i poszerzenia władzy Lewiatana. Mit „kanalii u władzy” polega zawsze na tym, że miejsce kwestii najważniejszych, czyli ograniczania zakresu państwa, zajmują kwestie personalne, narodowościowe i historyczne. W ten właśnie sposób Polacy u początku stulecia tak bardzo ucieszyli się z uzyskania niezależności od zaborców, że zupełnie zignorowali fakt, iż ich kraj wpadł w ręce radykalnych państwowców.
Niemal w identyczny sposób mieszkańcy naszego kraju zachowali się w przy upadku komunizmu. Nie od dzisiaj wiadomo, że większość Polaków nadal chce rozbudowanego socjalizmu, tylko „z ludzką twarzą”. „Solidarność” miała bardzo socjalistyczne postulaty i tak naprawdę walczyła nie z komunizmem, lecz z ekipą rządzącą krajem. Znacząca część Polaków nigdy nie domagała się jak najdalej idącej redukcji państwa, a jedynie powieszenia w urzędach krzyża i zapraszania biskupów na państwowe uroczystości. Być może „Solidarność” mogła w ogóle zaistnieć właśnie dlatego, że zjednoczył ją nieszczęsny mit „kanalii u władzy”, gdyż głoszenie w kraju nad Wisłą poglądów, że „władza to kanalie” nigdy nie było popularne. Taka już widocznie sarmacka przypadłość.
W ten właśnie mit dobrego państwa, zarządzanego przez bandę zdrajców, odżył ponownie przy okazji katastrofy smoleńskiej. Na łamach organów prasowych „pobożnych socjalistów” zamieszczane są wciąż baśnie z tysiąca i jednej katastrofy o tym, jaka to świetlana przyszłość czekałaby nas, gdyby nie nieszczęsny wypadek. Siła i rozmach, z jakim szerzy się mit smoleński pokazuje, że może on na trwałe wejść do tradycji wydarzeń, uważanych powszechnie wśród pobożnych socjalistów za stracone szanse na lepszą przyszłość.
Nade wszystko jednak katastrofa smoleńska umocniła najbardziej zgubny podział sceny politycznej na liberałów i konserwatystów. Partia smoleńska starannie pielęgnuje fałszywą wizję liberałów – kanalii u władzy. Kanalie mają swój rodowód w PZPR, są na bakier z Kościołem i prezentują „liberalny” stosunek do moralności. W przeciwieństwie do nich obóz smoleński to ludzie pobożni, moralni, dążący do prawdy i nie układający się z Rosjanami – tak przynajmniej pragną dać do zrozumienia sami zainteresowani. Gdyby na tym poprzestać, nie byłoby tak źle. Jednakże pobożni socjaliści sugerują także, że właśnie ich „przyzwoitości” potrzeba w zarządzaniu państwem, a rzeczy w kraju źle się mają, bo rządzą nami permisywni moralnie liberałowie – jednym słowem: kanalie. W ten właśnie sposób nawiązano do mitu „kanalii u władzy”, który głosi, że państwo jest dobre wówczas, gdy rządzą nimi dobrzy ludzie, a złe, gdy rządzą nimi źli.
Smoleńsk posłużył po raz kolejny do skupienia całej siły dyskusji na kwestiach czwarto- i pięciorzędnych, takich jak ta, czy rządzić ma Kaczyński, czy Tusk. Na łamach „Rzeczpospolitej”, „Uważam Rze” i innych „Naszych Dzienników” toczone są gorące dyskusje nad tym, jakie kupić samoloty dla rządu, przeprowadza się wywiady z rodzinami zmarłych oraz omawia wykorzystywane w nawigacji technologie, za to kwestie najważniejsze, takie jak: likwidacja NBP, delegalizacja związków zawodowych, prywatyzacja służby zdrowia, systemu emerytalnego oraz setek innych sektorów okupowanych przez państwo nie są omawiane w ogóle.
Taki stan rzeczy wzmacnia niewątpliwie tych, którzy na każdym kroku podkreślają, że walczą z Salonem, układem, republiką okrągłostołową, OSE i Bóg wie, czym jeszcze. Otóż największym problemem Smoleńszczyzny jest właśnie to, iż nie potrafi (nie chce?) dostrzec, że sama jest częścią establishmentu. Wbrew jego własnym zapewnieniom, że to „układ” wszystko kontroluje, PiS jest finansowany z budżetu państwa, a jego zwolennicy są rozlokowani po niezliczonych państwowych posadach. Rzecz jasna, obecnie PO ich trochę przetrzebiło, ale o to właśnie cała awantura, żeby wrócili na swoje grzędy.
W tym miejscu warto wreszcie postawić być może kontrowersyjną, ale prawdziwą tezę, że Salon, układ, OSE itd. to nie lewica, lecz państwo jako takie. Mimo iż środowiska lewicowe mają silną pozycję w najbogatszych mediach, świecie kultury i nauki, to jednak nie sprawują niepodzielnej władzy. Powtarzane jak mantra argumenty o Okrągłym Stole, zmowie komunistów z lewicą laicką oraz podziale strefy wpływów nie są zupełnie pozbawione znaczenia, lecz stanowią zbyt daleko idące uproszczenie. Pobożni socjaliści nie tworzą przecież marginesu w aparacie państwa, lecz są obecni na każdym jego szczeblu. Nie odgrywają roli outsiderów, lecz współtworzą kilkumilionową armię urzędników. Najlepiej świadczą o tym spory obozu smoleńskiego z tzw. układem, które nie dotyczą przecież kwestii zasadniczych, lecz personalnych i symbolicznych.
Mimo iż smoleńczycy stanowią część obozu władzy, na każdym kroku lubią podkreślać swoją słabość. Choć otrzymują od państwa milionowe dotacje na swoją działalność, cały czas uwypuklają swoje rzekome upośledzenie względem posiadającej wszędzie swoje macki lewicy. W ten sposób żerują na naturalnym odruchu prostych ludzi, którzy będąc nieustannie gnębieni przez państwo, szukają swoich przedstawicieli, osób, które wyraziłyby głośno swój sprzeciw. Pobożni socjaliści zawłaszczają dla siebie bunt wobec władzy i sami dążą do jej pełnego przejęcia. Tak naprawdę nikt bardziej niż oni nie przysługuje się do ciągłej niemożności zaistnienia na scenie politycznej autentycznie wolnościowego ugrupowania.
Na wiecu z okazji pierwszej rocznicy katastrofy Jarosław Kaczyński po raz kolejny ożywił trupa IV RP. Ów mityczny twór miałby być wolny od „błędów i wypaczeń” oraz rządzony przez poczciwych i dobrych ludzi. Oczywiście Kaczyński ani słowem nie wspomniał o kwestii ograniczenia państwa – o to ze zgromadzonych na wiecu nikt nawet go nie spytał. Czy Polacy kiedyś obudzą się ze smoleńskiego snu?

4 komentarze:

  1. Z tym mitem “kanalii u władzy” to przesada, Panie Jakubie. Owszem, są czynni politycy, którzy Smoleńskiem chcą poprawić sobie szanse wyborcze, ale większość “smoleńskich oszołomów”takich ambicji nie ma. Dla nas kwestie są dwie:
    po pierwsze, co tak naprawdę stało się 10 kwietnia – po ponad roku, jeśli cokolwiek wiemy, to dzięki dociekliwości śledczych nieformalnych a wbrew czynnikom oficjalnym;
    po drugie, dlaczego niemiłościwie nam panujące władze zachowują się w taki a nie inny sposób – czy to serwilizm połączony z pętactwem? Czy jeszcze coś innego? A po co nam to wiedzieć? spyta ktoś. Cóż, tylko prawda jest ciekawa, jak pisał Mackiewicz. Internet i rozproszenie źródeł informacji spowodowały, że, inaczej niż w przypadku, np śmierci Kennedy’ego, prawda o tym niebywałym wydarzeniu ma szanse wyjść na jaw wbrew wysiłkom transgranicznego Lewiatana. Jeśli stawką pojedynku jest ukrycie bądź ujawnienie prawdy, wolę być po stronie oszołomstwa.
    A skoro przyszło mi pełnić rolę odzywających się nożyc, jeszcze o Solidarność się upomnę. Panie Jakubie, pisanie o socjalistycznych postulatach “S” niebezpiecznie zbliża nas do sposobu oceniania historii w epoce diamatu, przez złośliwych zwanego ‘marleną’ (od marksizm-leninizm). Wtedy podstawowym kryterium oceny nawet tak odległych wydarzeń jak, powiedzmy, Termopile, była ich postępowość lub reakcyjność rozumiana jako użyteczność dla aktualnej linii WKPb.
    Poznacie ich po owocach – a jednym z owoców “S” było to, że w latach 80-tych zaczęły się w Polsce ukazywać poza cenzurą pierwsze libertariańskie publikacje, a piszący te słowa w ogóle dowiedział się, że takie zwierzę na świecie istnieje. Więc może z tym kryptokomunizmem “S” to nie całkiem tak?

    OdpowiedzUsuń
  2. Panie Henryku, kwestia wyjaśnienia przyczyn katastrofy to rzecz jedna, tego nie kwestionuję. Ale bądźmy szczerzy: na palcach jednej ręki można wyliczyć osoby, które tylko do tego sprowadzają swój pro-smoleński zryw. 99% osób w sposób otwarty wysuwa przy okazji Smoleńska postulaty stricte polityczne. Tak robią wszyscy wymienione przeze mnie gazety i zgromadzeni w nich dziennikarze. Dokumentację ich poczynań prezentuję właśnie na moim blogu (wypowiedzi Jankego, Zybertowicza, Terlikowskiego i innych).
    A co do "Solidarności" to ja nie chcę burzyć jej dokonań - wręcz przeciwnie. Zwyczajnie smutno stwierdziłem, że jej faktyczne postulaty były częścią socjalistycznego marazmu. Tak naprawdę reformy w Polsce dokonały się mimochodem i częściowo wbrew tym samym ludziom, którzy wcześniej walczyli z komuną. Nie chciałem tu potępić "S" jako jeszcze gorszej od komuny, broń Boże, ale jedynie podsumowałem ze smutkiem fakt, że w Polsce za sprawą Smoleńska znów dyskutuje się o kwestiach trzeciorzędnych, a demontaż państwa został przesunięty na okres "po ostatecznej wiktorii nad Salonem".

    OdpowiedzUsuń
  3. Demontaż państwa został przesunięty na okres "po ostatecznej wiktorii nad Salonem". No, no, ale z Pana optymista:). Co do anty-Salonu, to oni za państwowców biegają - więc cóż za demontaż? A co do Salonowców - ci naiwni (jeśli jeszcze tacy są) pewnie marzą, że uda się w końcu ogonowi zakręcić psem. A realiści wiedzą, że trzeba ustawić siebie i dzieci - "Ty brzydka Biurokracjo, w rodzinie nasze ratio! Nim wejdę z tobą w zwadę, dla córki daj posadę..."

    Ale ja o "faktycznych" postulatach pierwszej Solidarności. To jest i proste i zawiłe. Zawiłe, bo tych postulatów było multum - każdy zakład miał swoje a były i wspólne. Brane dosłownie mogą dziś śmieszyć - ale to wynika z księżycowej rzeczywistości realsocu. A wzięte wszystkie razem były przeciw Czerwonemu i Sowietom. Więc na marazm się nie zgadzam - to był taki oddech wolności, mimo wszystko:).

    OdpowiedzUsuń
  4. Błąd we fraszce. Mea maxima culpa:(((.
    RATIO/ RATIONIS to jest rodzaj żeński - cokolwiek by o tym nie powiedzieli male chauvinists. Zatem fraszka niech będzie:
    "w rodzinie nasza ratio..."

    OdpowiedzUsuń

Zaakceptowane zostaną wszystkie komentarze:
1) bez przekleństw,
2) nie obrażające nikogo.