niedziela, 5 czerwca 2011

Lęk przed libertarianizmem

Dzień, w którym „nawróciłem” się na wolny rynek zapamiętam zapewne na całe życie. Jednakże nie z powodu zrozumienia tego, czym jest państwo, ale bardziej z racji zetknięcia się po raz pierwszy z jakże znamiennym syndromem państwa minimalnego.
Na całe szczęście osoba, która przekonała mnie do idei laissez-faire dziś już nie odwołuje się do argumentów w stylu: „państwo jest złe, ale drogi ktoś musi budować”, ale właśnie taki styl rozumowania wydał mi się owego dnia najbardziej zdumiewający. Ledwo co poznałem klarowne i powszechnie zrozumiałe argumenty z prawa naturalnego oraz zdążyłem się z nimi wstępnie utożsamić, a tu nagle pojawiła się niespodzianka w postaci wyjątków od reguły. W tamtym czasie byłem jeszcze świeżo po edukacji w państwowej szkole, gdzie sporo mówi się o wyjątkach od reguły, np. w ortografii, więc początkowo łatwo było mi to przełknąć. Formułka: „państwo to złodziej, ale są wyjątki, takie jak policja, sądy i prawo” na pierwszy „rzut ucha” brzmi przecież całkiem rozsądnie. Ludzki rozum ma jednak to do siebie, że jeśli nie nakłada mu się ograniczeń w postaci przemocy fizycznej, świętości czyjegoś autorytetu lub jakiegokolwiek innego czynnika, prze nieuchronnie ku prawdzie.
Kolejna bardzo istotna obserwacja polegała na odkryciu, iż wbrew żywemu powszechnie mitowi ohydnego Salonu (vel grupy trzymającej władzę), państwa nie tworzy żadna osobna grupa ludzi, lecz w zasadzie zdecydowana ich większość. Choć po domach i zakładach pracy powtarza się opinię o urzędniczej hydrze, rządzących nami cwaniakach i ludziach władzy, nie dochodzi nigdy do żadnego bojkotu ani otwartego buntu. Innymi słowy, dostrzegłem wówczas, że państwo jest swego rodzaju wrogiem oswojonym, z którym ludzie nauczyli się już żyć na tyle, że nawet je polubili, a nawet zaciekle go bronią. Choć przy piwie i w publicystyce słychać nieraz echa narzekania na państwową kradzież, o samym państwie jako instytucji mało kto powie źle choćby słowem.
Jakiś czas później trafiła w moje ręce książka Murraya Rothbarda, w której ów geniusz wolności stwierdził, iż państwo to nic innego, jak tylko określona kategoria działań – czyli przymusowe zawłaszczanie czyjegoś mienia. W tym momencie szereg rozmaitych elementów ułożył się w pewną konkretną całość. Z państwa minimalnego zsunęła się nagle kotara dostojeństwa i stanęło ono nagie ukazując całą swą szkaradność.
Państwo to zespół ludzkich działań, które człowiek w sposób sztuczny wyrzucił poza ramy etyczności. Najlepiej świadczą o tym akademickie podręczniki do etyki, które traktują przede wszystkim o cnotach obywatelskich, czyli o tym, jak być dobrym poddanym państwa. Jednakże książek kwestionujących etyczność samego państwa zwyczajnie się nie czyta, tak na lewicy, jak i na prawicy. Rekordy popularności biją książki na temat totalitaryzmów, ale przestępstwa o nazwie państwo zyskuje nieustanną absolucję.
Obserwacja Rothbarda pokazuje dobitnie, że państwem nie można nazwać jakiejś określonej grupy osób – urzędników, lewicy, Salonu, ICH. Państwo to sposób działania dostępny każdemu – jako narzędzie do wykorzystywania innych osób. Niektórzy korzystają z niego częściej (władcy państw), a inni rzadziej (prości ludzie), ale w swoim życiu zapewne każdy choć raz posłużył się państwowym przymusem dla własnej korzyści (np. pracując dla Lewiatana mając możliwość zatrudnienia się w firmie prywatnej). Dzięki temu możemy zrozumieć dlaczego tak wielki sukces zyskała sobie idea państwa ograniczonego.
Jej powodzenie bierze się przede wszystkim stąd, że ludzie szukają usprawiedliwienia dla swojej kolaboracji z państwem. W sposób sztuczny i pozbawiony racjonalnego uzasadnienia tworzą dla siebie specjalną i wąską kategorię działań wykonywanych przy udziale państwa, które według nich nie są nieetyczne, po to, aby sami mogli czuć się moralnymi. Choć na co dzień psioczą na biurokrację i system, w sposób irracjonalny głoszą idee państwa ograniczonego, które powinno być inne niż to dzisiejsze, aby zachować dobrą samoocenę. Chcą w ten sposób jakby zakomunikować innym i sobie, że ich własny udział w państwie jest moralnie dopuszczalny.
Przyczynę takiego stanu rzeczy wyjaśnia być może zaciekłość, z jaką idee libertariańskie są zwalczane przez konserwatystów i pobożnych socjalistów. Jak powszechnie wiadomo, przedstawiciele tego nurtu mają skłonność do częstego posługiwania się w teorii społecznej kategoriami wiary i teologii. Świadczy to dobitnie o tym, że nawet oni przeczuwają, iż problem z zaakceptowaniem libertarianizmu ma charakter powiązany z naturą człowieka / kwestiami ostatecznymi. Przechodząc więc na moment na grunt wiary warto przypomnieć, że człowiek ma grzeszną naturę. Prawdopodobnie właśnie dlatego tak często zdarza mu się posługiwać państwem, a jednocześnie przekonywać siebie samego i innych, że nie jest to grzechem.
Wszystko to pozwala stwierdzić, że ludzie walczą z libertarianizmem i nie chcą nimi być najczęściej właśnie z powodów moralnych – sięgających samego dna ludzkiej duszy. W panicznym odrzucaniu libertariańskich myśli, tak często ostatnio obecnym, czai się niewątpliwie lęk przed własną moralnością i własnym losem. Walcząc z libertarianizmem, jego przeciwnicy toczą najprawdopodobniej zacięty bój na bardzo głębokim poziomie psychicznym. Często bywa tak, iż najbardziej zaciekli wrogowie wolnego społeczeństwa sięgają po argumenty z kręgu wiary chcąc jakby odgonić od siebie niebezpieczne myśli o tym, że mogliby być w błędzie i czynić zło.
Wizja zła czynionego powszechnie, od Warszawy po Wólkę, nie przysparza także zbyt wielu sympatyków. Nie każdy chce słyszeć o tym, że robi źle – źle robią przecież ONI. No i z takimi poglądami nie można się przedrzeć do telewizji ani na państwowe uczelnie i inne ciepłe posady. Po dokonaniu takiego rachunku zysków i strat, większość konwertytów na wolny rynek czym prędzej zaczepia się przy idei państwa minimalnego. Libertarianizm to rzecz dla odważnych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zaakceptowane zostaną wszystkie komentarze:
1) bez przekleństw,
2) nie obrażające nikogo.