środa, 26 października 2011

Dlaczego libertarianizm pojawił się tak późno?

Wyzwalanie teorii naukowych oraz piśmiennictwa spod władzy państwa jest procesem, który trwa od wielu wieków i nadal nie zakończył się sukcesem. Mając dziś do dyspozycji świetnie ukształtowaną teorię libertariańską nie do końca jednak zdajemy sobie sprawę, w jak wspaniałych czasach przyszło nam żyć.
Zwolennicy rozmaitych teorii państwa: konserwatyści, demokraci, komuniści czy też innego rodzaju socjaliści lubują się zazwyczaj we wskazywaniu na słynnych przedstawicieli swego nurtu, którzy żyli i tworzyli już w starożytnej Grecji, Rzymie, średniowieczu itd. Demokraci do znudzenia powołują się na Ateny Solona, konserwatyści na Arystotelesa czy św. Tomasza, a komuniści na utopistów w rodzaju Morusa czy też Campanelli, chcąc w ten sposób wzmocnić swoją argumentację oraz związać wyznawaną przez siebie polityczną wizję z określonymi ideami filozoficznymi. W zestawieniu z tymi potężnymi nurtami skromny liczebnie libertarianizm wydawać się może mało znaczącym zjawiskiem ostatnich dekad – tak przynajmniej twierdzi wielu moich rozmówców-państwowców, którzy starają się, mówiąc prosto, wybić mi z głowy mój libertarianizm. Wielu konserwatystów twierdzi nawet, że libertarianizm to dziecko Rewolucji Francuskiej.
Dlaczego w pełni dojrzały libertarianizm nie wykształcił się wcześniej niż dopiero w II połowie XX w.? Dlaczego wcześniejsi myśliciele wolnorynkowi zostawiali zawsze dla państwa mniejszy lub większy margines do działania?
Odpowiedzi na te pytania stają się łatwiejsze w momencie, gdy zrozumiemy, jak wydawano książki od samego ich wynalezienia. W wydanej po raz pierwszy w 1941 roku książce pt. Men of wealth John T. Flynn na marginesie swoich rozważań o najsłynniejszych bogaczach w dziejach ludzkości przyjrzał się także historii finansowania książek. Rezultat jego analizy dostarcza bogatego materiału do przemyśleń. Flynn zauważa wpierw, że gdy tylko wynaleziono pismo, od razu zainteresowali się nim władcy. Najstarsze zachowane przykłady pisma z Egiptu czy Fenicji były w istocie notami urzędniczymi wykorzystywanymi na dworze władców. Nawet w Atenach i pozostałych częściach starożytnej Grecji dzieła naukowe miały kiepski nakład, a ich wydanie było możliwe tylko za sprawą mecenatu zamożnych ludzi władzy. Dlatego właśnie Platon był częstym gościem króla Cypru, a Arystoteles czerpał fundusze przede wszystkim z nauczania dzieci możnych lub władców (m.in. syna Filipa Macedońskiego, Aleksandra Wielkiego). Jeszcze gorsza sytuacja była w Rzymie, gdzie najważniejsi twórcy żyli na garnuszku cesarzy lub możnych i otrzymywali wynagrodzenie za wychwalanie status quo.
Nie inaczej sprawy miały się w średniowieczu oraz wiekach znanych dziś jako epoka renesansu czy baroku. Przed wynalezieniem druku wydanie książki i powielenie jej w dużej liczbie egzemplarzy było niezwykle pracochłonnym i drogim zajęciem, na które pieniądze byli w stanie wykładać jedynie władcy. Jeżeli więc jakiemukolwiek pisarzowi lub myślicielowi udało się w końcu zyskać środki lub zamówienie na napisanie dzieła, ciążyło na nim zobowiązania, aby nie naruszać interesów swojego mecenasa oraz podstaw systemu społecznego, który dawał mu pieniądze i władzę. Trudności ekonomiczne rzucały się w ten sposób długim cieniem na zawartości teoretycznej książek. Myśliciele nie mogli oddawać się poszukiwaniu prawdy, gdyż blokował ich patronat państwa. Czasy ancient regime'u miały to do siebie, że król oraz ziemianie trzymali w żelaznym uścisku całą gospodarkę. Przemysłowa rewolucja nie wykształciła jeszcze nowej arystokracji: królów tkactwa, baronów kolei, czy też magnatów żelaza, którzy zdolni byliby zagrozić ich pozycji poprzez sfinansowanie wydania książek inne niż te, które były dotychczas publikowane. Większość Europy żyła jeszcze na wsi, a czytelnikami byli zazwyczaj ludzie, którzy swój majątek zawdzięczali państwu. W związku z tym libertarianizm napotykał dwie przeszkody: z jednej strony brak funduszy pochodzących od osób nie uwikłanych w państwo, a z drugiej strony brak czytelników, gdyż ciemiężeni przez Lewiatana najczęściej zwyczajnie nie umieli jeszcze czytać. Wynalazek Gutenberga niesłychanie ułatwił powielanie książek, ale na przeszkodzie wciąż stał skostniały system społeczny. Sytuacja wydawała się doprawdy beznadziejna.
John T. Flynn pokazuje w sposób bardzo wymowny, że wydawanie książek jako takie stało się opłacalne dopiero w XIX wieku. Dzieła nawet tak cenionych pisarzy i twórców, jak Petrarka, Bocaccio, Szekspir, Molier czy Racine nie potrafiły przynieść zwrotu kosztów poniesionych na ich wydruk. W większości przypadków giganci dramatu czy poezji pisali do szuflady lub na użytek dworu władcy. Nawet wydawałoby się tak sławni i modni swego czasu twórcy, jak Wolter czy Rousseau byli na swych sztandarowych książkach co najmniej stratni. Wolter zarabiał głównie poprzez grę na giełdzie i różnego rodzaju handel, gdyż za wydane przez siebie książki mógłby wieść co najwyżej głodową egzystencję.
Rewolucja przemysłowa dokonała jednak bardzo istotnej zmiany. Aby produkowane w coraz większych ilościach wyroby przemysłowe i spożywcze znalazły zbyt, do konsumpcji dopuszczono także masy. Masy zaś stopniowo osiągnęły standard życia, który wcześniej dostępny był tylko namaszczonym przez państwo i poznały smak wolnego czasu. Zaczęły go wypełniać różnego rodzaju zajęciami, np. czytaniem książek. W ten sposób po raz pierwszy w historii nastały czasy, kiedy wydanie książki nie wymagało zabiegów u szczodrego władcy, a jednocześnie ofiary państwa pojawiły się wśród czytelników. Pierwszymi osobami, które zaczęły zarabiać na swoich książkach zostali oczywiście literaci: Walter Scott, Victor Hugo, George Eliot czy też Charles Dickens. Niektórzy z nich stali się w ten sposób bogatsi niż ludzie władzy, którzy byli do niedawna ich mecenasami.
Literaci dokonali w ten sposób wyłomu dla prawdziwych myślicieli, którzy nigdy nie pretendowali do zostania nadwornymi intelektualistami władzy. Masy zaczęły czytać książki, a autorzy teorii naukowych nie musieli się już dłużej krępować mecenatem państwa. Na efekty nie trzeba było długo czekać: już wiek XIX przyniósł ze sobą Bastiata, de Molinariego, Spoonera, czy też Tuckera, a wiek XX stanowił prawdziwą eksplozję myśli libertariańskiej. Postęp techniczny zainicjowany przez rewolucję przemysłową oraz przyswojenie sobie przez masy sztuki czytania sprawił, że dziś internet stanowi prawdziwą oazę wolności. Wprawdzie państwo i jego ludzie nadal trzyma naukowy rynek wydawniczy w żelaznym uścisku poprzez system uniwersytetów, wydawnictw i grantów, lecz chcący poznać prawdę mają do swej dyspozycji narzędzie do obrony w postaci niezależnych witryn, wydawanych własnym sumptem e-booków lub internetowych czasopism naukowych.
W świetle tych wszystkich faktów możemy śmiało stwierdzić, że libertarianizm ma najbardziej chlubną tradycję spośród wszystkich nurtów filozofii społecznej. Powstawał przez wiele wieków niczym najlepsze wino dojrzewające w ustronnym miejscu piwnicy. Jego przebłyski obecne były w myśli największych, których rozważania były jednak spętane lękiem przed naruszeniem pozycji społecznej swoich mecenasów, a często i własnej. Pod tym względem wielcy filozofowie wzbudzają żal, że swoje wspaniałe teorie zanieczyścili państwem. Choć potrafili w sposób mistrzowski rozwiązywać najbardziej subtelne kwestie metafizyczne i antropologiczne, w dziedzinie filozofii społecznej popełniali dziecinne błędy, których niejako oczekiwali od nich ich finansowi patroni.
Libertarianizm to ruch o przebogatej tradycji, która ze zrozumiałych względów nie może się jednak poszczycić starożytnymi protoplastami. Uważny obserwator nie może się jednak zatrzymywać tylko na „tym, co widać”. Jak przekonywał Bastiat, zwolennik wolności i prawdy nie zatrzymuje wzroku na wybudowanym przez państwo moście, lecz ma na uwadze mosty, które powstałyby, gdyby nie podatkowa kradzież. Dlatego też nie ma przesady w stwierdzeniu, że historia świata pełna jest nie napisanych nigdy książek libertariańskich, których miejsce uzurpują sobie wciąż rozmaite czytadła państwowców oraz libertariańskich myślicieli, których zwolennicy państwa skazali na milczenie, zapomnienie lub wprost zgładzili. Na półkach księgarń i bibliotek roi się od rozmaitych przepisów na najlepsze administrowanie Lewiatanem, lecz znalezienie choćby jednej prawdziwie wolnościowej pozycji graniczy nieraz z cudem.
I tak za państwowe pieniądze lub z myślą o utrzymywanych przez państwo czytelnikach powstają wciąż nowe księgi, w których zwolennicy bogobojnego państwa walczą ze zwolennikami bezbożnego państwa, zwolennicy państwa rządzonego silną ręką ścierają się ze zwolennikami państwa rządzonego „na luzie” itd. Nikomu z nich nie wypada jednak przypuścić ataku na samego Lewiatana: z jego środków pochodzi przecież honorarium za książkę; albo też ze współpracy z nim utrzymuje się zdecydowana większość potencjalnych czytelników. Nie dziwi więc, że podczas gdy książki rozmaitych lewicowych lub prawicowych szarlatanów rozchodzą się w Polsce w wielotysięcznych nakładach, libertariańska książka odnosi sukces przy przekroczeniu tysiąca sprzedanych egzemplarzy…

niedziela, 16 października 2011

"Wręcz przeciwnie" - Requiescat In Pace

Zaledwie trzy numery wytrwał tygodnik, który być może podjął się zbyt trudnego zadania. Nie był wprawdzie otwarcie libertariański, ale odważnie występował zarówno przeciw lewicy, jak i prawicy. Przypomnijmy wszystkim pierwszą okładkę, na której Tusk z Kaczyńskim podawali sobie nawzajem do ust Hostię. Był to na pewno kontrowersyjny krok i nie przystający gazecie, w której publikują katolicy, ale sam sygnał był bardzo ważny. PO-PiS wbrew wszelkim swoim utarczkom słownym to tak naprawdę jedna ekipa pragnąca zachowania status quo z ZUS-em, Unią Europejską, PKP, NBP, TVP, KRRiTV, dotacjami dla partii, zakazem narkotyków, i tysiącami innych okropnych instytucji i przepisów.
Jednakże ta właśnie bezkompromisowość stała się jednocześnie przyczyną komercyjnej klęski czasopisma. Ukazujący się od zimy 2011 roku tygodnik "Uważam Rze" wybrał z kolei polityczne lizusostwo, które zapewniło mu sukces oraz trwałą egzystencję. Jak wspominałem już wcześniej na mym blogu, w "Uważam Rze" atakowane nie jest samo państwo jako takie, lecz wredny Tusk i jego kohorta. Czytelnik tego pisma ma do wyboru kilkadziesiąt artykułów różnej długości, w których nie postuluje się likwidacji TVP, prywatyzacji teatrów, szkół, szpitali itd., lecz wpuszczenie do nich ludzi o "szczytnym rodowodzie", którzy nigdy nie podali ręki Michnikowi ani Urbanowi. Poza tekstami nt. kina, nauki lub podróży, niemal wszystko w "Uważam Rze" stanowi wypływ myślenia skażonego ideą państwa przez duże P. Średnio co tydzień można znaleźć w tym piśmie artykuł któregoś z profesorów lub dziennikarzy marzących o silnym państwie polskim itp. Skupiając się na mało znaczących kwestiach personalnych, "Uważam Rze" bardzo płynnie zajęło pozycję prawicowej "Polityki", która zamiast Tuska broni oczywiście Kaczyńskiego.
Jeżeli "Wręcz przeciwnie" upadło, to przede wszystkim przez "Uważam Rze", w którego krwiobiegu znajduje się spora ilość podatków i które marnotrawi wciąż umysły podatne na libertarianizm prawicowymi przepychankami o władzę nad Lewiatanem. Szkoda, znów prawie nie ma czego czytać.

czwartek, 13 października 2011

UWAGA: fragmenty nowej powieści prawicowego publicysty!

Dzięki zaufanemu źródłu dotarłem do niepublikowanego wcześniej fragmentu najnowszej książki jednego z wiodących prawicowych publicystów. Niestety, nie mogę zdradzić o którego publicystę chodzi, lecz książka ma nosić tytuł: "Wąwóz próżności". Oto jeden z bardziej pikantnych fragmentów:

"Andrzej wracał wieczorem do domu. Cały dzień spędził w siedzibie partii, gdzie z kolegami obmyślali nową strategię medialną na nadchodzący miesiąc. Zastanawiali się komu w najbliższym czasie najbardziej opłaca się obiecać podwyżkę: nauczycielom, lekarzom, czy też może mundurowym. Doszło nawet do pewnej sprzeczki, ale w biurze znalazł się nieoczekiwanie sam Prezes, który ostudził ich emocje. Andrzej był okropnie zmęczony, lecz czuł, że musi zobaczyć się jeszcze z Anitą. Poznali się w sztabie przy okazji ostatnich wyborów i nawet nie wyobrażał sobie wówczas, że kiedyś mogliby być razem.
Przypomniał sobie ostatni raz z Anitą w swoim mieszkaniu i z radości wcisnął mocniej pedał gazu. Chciał być z nią jak najszybciej i kochać się jak nigdy wcześniej. 
Nim się obejrzał był już pod jej blokiem i po chwili jechał już windą. Nie mógł zebrać myśli i zupełnie nie wiedział jak jej powiedzieć o tym, czego tak bardzo pragnął. Problem rozwiązał się sam, bo gdy tylko otworzyła mu drzwi, był w stanie wyczytać wszystko z jej oczu. Myślała dokładnie o tym samym. 
W pośpiechu więc zaczęli się rozbierać kierując się w stronę najbliższego łóżka w salonie. Andrzej w pośpiechu nawet podarł jej rajstopy, tak bardzo spragniony był jej ud. Anita z kolei oderwała mu co najmniej dwa guziki w jego koszuli - ale żadne z nich nie zwróciło na to uwagi. Nie to było teraz ważne. Andrzej zapominał w takich momentach o całym bożym świecie i o wszystkim, co go zazwyczaj frustrowało - o Michniku, o PO, o liberałach i całym wolnym rynku.
W momencie gdy Andrzej zdejmował Anicie bluzkę stało się jednak coś nieoczekiwanego. Z wewnętrznej kieszeni jej żakietu wyleciała nagle legitymacja członkowska Platformy. Andrzej zamarł. "To chyba jakiś żart?!" - rzucił. Anita zbladła. Zupełnie straciła głowę i nie wiedziała jak się odezwać. "Anita, co to ma znaczyć?!" "Powiedz, że to nie twoje." Już chciała otworzyć usta, ale w tym momencie zaczął dzwonić jej telefon, na którego wyświetlaczu pokazał się napis: "Misiu z PO". Andrzej zbladł i bez przytomności osunął się na podłogę ...

Dalszych fragmentów niestety nie mogę opublikować ze względu na obawę przed oskarżeniami o naruszenie prawa własności.

niedziela, 2 października 2011

A Ty co robiłeś w latach 2005-2007? czyli Karnowski brothers indagują JKMa.

Już niemal dwa miesiące temu bracia Jacek i Michał Karnowscy przeprowadzili wywiad z Januszem Korwin-Mikkem ("Uważam Rze", nr 28/2011). Przyznaję, że to kawał czasu, ale też i nie mam siły śledzić życia intelektualnego pobożnych socjalistów na bieżąco.
Wywiad ten należy uznać za klasyk. JKM, co nikogo już nie dziwi, wspomniał o obozach koncentracyjnych i hitlerowcach. Inaczej już niestety nie umie. Zastanawiam się, czy gdyby JKM został kiedyś poproszony o wywiad przez "Działkowca' na temat swojego ogrodu, to czy również nie powiedziałby, że nawet Hitler potrafił to czy tamto, itd. No cóż, taki już ma styl bycia, który stworzył sobie na potrzeby telewizji  i oglądających ją mas, którymi rzekomo gardzi.  
Ale KONIEC JUŻ DYGRESJI, bo wpis miał być o Karnowskich. Korwin Korwinem, ale "po bandzie" to pojechali właśnie oni. Obdarzeni wrażliwością typową dla pobożnych socjalizmów zadali JKM-owi jakże wymowne pytanie:
Dlaczego bawi się pan w takie ekstrawagancje, naprawdę nie do przyjęcia dla konserwatysty, jak ostatnio udział w Marszu Wolnych Konopi na rzecz pełnej legalizacji narkotyków? Przecież to atak na rodzinę.
No tak, idąc tropem myśli Karnowskich należy także zakazać papierosów, alkoholu, prostytucji, filmów pornograficznych, itd., itp.
W innym momencie pytają JKM-a z wyrzutem, bohatersko identyfikując się z PiS-owską zarazą:
najpoważniejszą próbę odnowy państwa, zerwania z PRL podjęto w latach 2005-2007. Pan wtedy milczał!
Nie wiem, czy to błąd w druku, ale zdanie: Pan wtedy milczał kończy się wykrzyknikiem. Karnowscy czynią w ten sposób zarzut, że przewodniczący Nowej Prawicy nie udzielił poparcia prezesowi PiS i jego ekipie. Jak on mógł?!! Przebrzydły Korwin nie poparł krucjaty pobożnych socjalistów!
Żal duszę ściska, serce boleść czuje, że cała prawica na Jarka nie głosuje!
A co Ty, drogi czytelniku, robiłeś w latach 2005-2007? Czy byłeś tam, gdzie "prawdziwi patrioci", gdzie "prawdziwa Polska", czy też raczej milczałeś? Jak mogłeś?!