niedziela, 30 grudnia 2012

Oficjalna odpowiedź na tekst Jacka Kobusa

W najnowszym "Najwyższym Czasie!" Jacek Kobus po raz kolejny wypowiada się na temat libertarianizmu. (Coś go ten libertarianizm "uwiera", nie sądzicie? Mógłby przecież pisać o tylu różnych kwestiach miłych konserwatystom i prawicowcom: o potrzebie posiadania silnego państwa, o potrzebie narzucenia pełnej lub pół-dyktatury albo o spiskach lewaków itd. itp. Coś Panu Kobusowi libertartianizm spać jednak nie daje, bo tym razem napisał tekst na co najmniej 15 tysięcy znaków.
Pan Kobus wypada zdecydowanie najlepiej, gdy pisze o koniach - najwidoczniej jego pasji. Gdy jednak zabiera się za teorię społeczną lub filozofię, bywa niestety nie najlepiej. To tak jakby muł chciał startować w Wielkiej Pardubickiej.
Tak też stało się i tym razem: W tekście pt. "O postępie i wolności raz jeszcze", znajdujemy taką oto wypowiedź: Najpierw trzeba ludzi do wolności przymusić, bo dobrowolnie wolni być nie chcą. 

A teraz, w celu właściwej kontemplacji tej wielkiej prawdy, polecam usiąść po turecku, wyciszyć się, spojrzeć prosto przed siebie w ścianę i policzyć do stu. 

Jeśli już, drogi czytelniku, skończyłeś, posłuchaj dalszej części mojej wypowiedzi.

Proponuję, aby od dziś nazwać ten rodzaj "rozumowania" "dialektyką Kobusa". Jej zastosowanie jest bardzo proste. Proszę bardzo, oto przykład:

Aby odpowiedzieć na polemikę Kobusa, trzeba na nią nie odpowiedzieć.

Koniec wpisu.

środa, 26 grudnia 2012

"W sieci" rozpracowane

Dla niektórych Święta to wyłącznie czas odpoczynku, ale ja jestem nadgorliwy i czasami w wolnych chwilach wciąż myślę o swoim blogu oraz o jego czytelnikach. Dlatego też postanowiłem zrobić wszystkim odwiedzającym mojego bloga prezent w postaci nowego wpisu okraszonego wykresem.
Dziś, tak jak poprzednio, będzie mowa o nowym sztandarowym tygodniku pobożnych socjalistów - "W Sieci". Otóż zawsze przeglądając stare "Uważam Rze" miałem dziwne wrażenie, że pisze się w nim wyłącznie o Smoleńsku, PO i Salonie. Postanowiłem sprawdzić jak się rzeczy mają w przypadku nowej gazety i dlatego sporządziłem wykres przedstawiający charakter zamieszczanych w nowym tygodniku treści. Oto rezultat moich badań:

Teraz stało się jasne, że nie jestem najlepszy w tworzeniu wykresów, ale wierzcie mi, starałem się jak mogłem.
Jak widać na wykresie tematyka ściśle pobożno-socjalistyczna stanowi aż 74% wszystkich tekstów "W Sieci". Do tych 74% zaliczają się artykuły na temat Smoleńska, fatalnych rządów PO i Tuska, upadku cywilizacji, słabego państwa, braku wolności słowa (czytaj: niedopuszczania pobożnych socjalistów do mediów podatkowych), apologie PiS-u jako jedynej prawdziwej prawicy itd. itp.
Zaledwie 26% tekstów dotyczy spraw nie związanych z prawicową polityką, czyli sportu, kultury, książek, gospodarki, katolicyzmu, życia celebrytów itd. 
Dziś w ręku miałem znów "Politykę" (umyłem już ręce) i przekonałem się po raz kolejny, że proporcje: polityka-sprawy pozostałe jest tam dokładnie odwrotna. 10% tekstów to czyste lewactwo, 15% lewica umiarkowana, ale pozostałe 75% to muzyka, sport, podróże, historia, życie celebrytów, nauka, obyczaje itd. Ale to już temat na inną opowieść.

Póki co powyższy wpis będę pokazywał wszystkim tym, którzy będą mnie pytali dlaczego nie czytam "W Sieci". Na dodatek będę im odpowiadał: ale przecież w tej gazecie prawie nie ma o czym poczytać!

sobota, 22 grudnia 2012

Hanka Mostowiak nadzieją pobożnych socjalistów

Do moich rąk trafił wreszcie numer nowej gazety "W sieci", w której schroniła się pisowska część pobożnych socjalistów po sławetnym wyrzuceniu Cezarego Gmyza, Pawła Lisickiego i podobnie myślących z Rzepy oraz Uważam Rze. Zastrzegam, że gazety nie kupiłem (nie dałem jej tego zaszczytu), tylko dostałem od przyjaciela rodziny.
Wiem, przyznaję bez bicia: "W Sieci" wyszło już chyba w listopadzie, więc mój komentarz nie należy do błyskawicznych. Ale, proszę wybaczyć, jest bardzo zapracowanym człowiekiem. Nie pisuję do gazet czytanych przez konsumentów podatków ani nie pracuje na państwowej uczelni, więc czas na zajmowanie się polityką oraz ideami znajduję dopiero po godzinach. Nie użalam się nad sobą - wręcz przeciwnie: jestem dumny, że nie żyję cudzym kosztem. Za swoją działalność pisarską, dziennikarską i tłumaczeniową dostaję skromne wynagrodzenie, które bardzo mnie cieszy jako efekt uczciwej pracy z dala od państwowych dotacji.

Nowa gazeta "W sieci" to bardzo udany twór marketingowy, choć żałosny ideowo. W zasadzie to stare "Uważam Rze" w jeszcze lepszej formule wizualnej wzbogacony nadto o ... Hankę Mostowiak!

Naczelny gazety - Jacek Karnowski - zna się na polityce oraz na społeczeństwie jak ks. Boniecki na myśli św. Tomasza z Akwinu, ale trzeba mu zostawić, że ma nosa do marketingu politycznego. Małgorzata Kożuchowska w sowich felietonach nie odkrywa, delikatnie mówiąc, świata, ale ludożerce nie o to chodzi. Dotychczas podstawową różnicą dzielącą sztandarowe pisma lewicy ("Polityka", "Newsweek", "Wprost", "Przekrój") była niska zawartość politykowania bezpośredniego w treści całej gazety. Jako przykład weźmy taką "Politykę": 75% tekstów w tej gazecie to blubry o kulturze, mediach, rozrywce, sporcie okraszone lewicowym skrzywieniem światopoglądowym, zaś tylko 25% przeznaczone jest na Paradowską, Żakowskiego i im podobnych łajdaków. W związku z tym "Politykę" do ręki bierze znacznie więcej osób, które niekoniecznie chcą tylko czytać na tematy polityczne, za to chętnie dowiedzieliby się coś o nowych laptopach, filmach itd.
W odróżnieniu od pism lewicowych, prawie wszystkie pisma prawicowe aż kipią od polityki oraz ideologii. Np. taka "Gazeta Polska" albo mój "Najwyższy Czas!" to gazety w 100% ideowe, bez jakiegokolwiek miejsca na iPhony czy laptopy. Stare "Uważam Rze" dopuszczało ok 20% tekstów na temat zdrowia, sportu, technologii, ale wciąż było odbierane przede wszystkim jako prawicowa młócka ideowa.

Pojawienie się felietonu Hanki Mostowiak należy uznać za krok milowy, który wg mnie może przechylić szalę zwycięstwa na stronę PiS-u. Kożuchowska jest pierwszą celebrytką (z pierwszej ligi), która odważyła się pisać do prawicowego pisma. Jeśli Karnowski i jego ekipa marzą o wzięciu Polski w sposób ideowy, powinni ściągnąć do swego pisma jeszcze kilka podobnych osób. Jeżeli większość Polaków ma kiedykolwiek "łyknąć" PiS i pobożnych socjalistów, musi wpierw zinfiltrować świat celebrytów, tak jak od ponad 20 lat czyni to lewica. Zwykli ludzie muszą widzieć pomost pomiędzy światem sitcomów, telenowel i jukendensów, którym żyją na co dzień, a światem idei politycznych. Jeśli obok Piotra Semki czy Bronisława Wildsteina zobaczą Hankę Mostowiak, to na pewno będą do nich bardziej przychylni.

Prawica dotychczas przegrywała na własne życzenie. Przede wszystkim, tworzyła obskuranckie pisma, które nie przyciągały reklam. Ten stan rzeczy przełamało "Uważam Rze". Poza tym, trzymała się z daleka od świata celebrytów, przez co alienowała się od prostego człowieka, który nie ma skłonności narodowo-patriotycznych. Inkorporacja Hanki Mostowiak do grona pobożnych socjalistów zmieniło to na dobre.

Według mnie dojście PiS-u do władzy i przejęcie kontroli nad sceną polityczną jest tylko kwestią czasu.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Prawicowy mąż stanu

Ponieważ po moim ostatnim rysunku kobiety lewicy (zobacz tutaj) pojawiły się sugestie, że jestem prawicowcem, postanowiłem natychmiast zareagować i stworzyć rysunek przedstawiający prawicowego męża stanu. Oto on:

czwartek, 6 grudnia 2012

Historia pisana pieniądzem cd.

Tym razem zamiast osobnego wpisu zamieszczam materiały promocyjne.

Wpierw link do nagrania audycji ze mną w Kontestacji: (kliknij tutaj)

A poniżej także nagranie video z premiery mojej książki na Targach Książki Historycznej w Warszawie:




środa, 28 listopada 2012

Uważam Rze w rozsypce, czyli dramat pobożnych socjalistów

Niczym grom z jasnego nieba na polską cyberprzestrzeń spadła dziś wieść, że Grzegorz Hajdarowicz odwołał Pawła Lisickiego z funkcji naczelnego "Uważam Rze". Pobożni socjaliści wreszcie mają to, co chcą. Oto dotknęły ich prześladowania, które zwiastowali od momentu, kiedy chyba z rok temu ich ulubiona gazeta zmieniła właściciela. Zmianę tą nazwali czystką, choć zmieniono tylko samego naczelnego; reszta zwolniła się sama. Gdy patrzałem na listę "samo-zwolnionych" (tutaj) stwierdziłem, że tragedii nie ma. Nie będzie już Łysiaka i Wildsteina, ale za to zostanie Dorota Gawryluk i Ryszard Makowski!
Uwierzyłbym w skrajnie złe intencje Hajdarowicza gdyby na czele "Uważam Rze" postawił jakiegoś Najsztuba albo jakiegoś innego Lisa, ale nowym naczelnym została osoba zdecydowanie NA PRAWO od całego "Uważam Rze", czyli Jan Piński, który od kilku miesięcy pisuje do "Najwyższego Czasu!".
Tomasz Sakiewicz stwierdził mimo to, że Piński to na pewno człowiek Giertycha (a ostatecznie Tuska) - spisek, spisek, spisek.

Jestem w stanie zrozumieć, że Hajdarowicz to człowiek związany z lewicą i że odwołanie Lisickiego było wyraźnie polityczną decyzją, ale na jego miejsce przychodzi przecież sprawdzony wolnorynkowiec. Czy na pewno należy się go bać aż na tyle, żeby od razu odchodzić z gazety i drzeć szaty? Czy Piński zabroni pisać poważne teksty o prawdziwych problemach, a nie o Smoleńsku, i PO-PiS-ie?

Pobożnym socjalistom jednak w to graj, gdyż mają wreszcie swoje wyczekiwane długo prześladowania ze strony "reżimu Tuska". Gdzie oni się teraz podzieją ze swymi apologiami PiS-u i silnego państwa? Kto przyjmie ich teksty o "niszczeniu państwa" przez Platformę?
Tomek Sakiewicz już mruga okiem i mówi "chodźcie do mnie". - Zgadzam się - idźcie do Sakiewicza i zamieszczajcie swoje teksty na jednym portalu i w jednej gazecie. Będę miał łatwiejszą pracę przy pisaniu tego blogu.

wtorek, 20 listopada 2012

Myśli nowoczesnego libertarianina

Libertarianin, tak jak nowoczesny endek, brzydzi się oportunizmem mafii i nie ma najmniejszej ochoty przyłączać się do sekty. Ale jednocześnie nie jest na tyle naiwny, aby wierzyć, że jakiekolwiek państwo może w ogóle działać.
Przede wszystkim, nowoczesny libertarianin nie jest w stanie zrozumieć, jak można w dzisiejszej Polsce w ogóle mówić o słabym państwie. Polskie państwo ma się świetnie – zatrudnia ok. 3.5 miliona osób, które zarabiają średnio 30% więcej niż ich odpowiednicy w sektorze prywatnym. Do państwa należy wszechwładny ZUS oraz tysiące innych molochów, takich jak choćby PKP, PLL LOT, Poczta Polska, NBP, PGNiG oraz niezliczone inne podmioty. Państwo posiada wszystkie drogi, ulice, rzeki, jeziora, porty, sądy, uniwersytety, stadiony itd. itp. Nie ma w całym kraju ani jednego podmiotu prywatnego, który mógłby w jakikolwiek sposób równać się do Lewiatana. Najzamożniejsi przedsiębiorcy w rodzaju Jana Kulczyka czy Zygmunta Solorza-Żaka dysponują sumami, które są niczym w porównaniu do tych, którymi zarządza skarb państwa, a w istocie ciężko ich w ogóle nazywać przedsiębiorcami, gdyż swoje fortuny zawdzięczają ścisłej współpracy z Lewiatanem. Polskie państwo to gigant, wokół którego jak mrówki tłoczą się osoby prywatne licząc na to, że załapią się na okruchy ze stołu pana domu.
Rządząca od 2007 roku Platforma Obywatelska państwa nie osłabia, lecz bardzo je wzmacnia. Przedstawiciele pisowskiej sekty starają się za wszelką cenę pokazać, że platformerska mafia je niszczy, lecz dzieje się coś dokładnie co innego. Za rządów Tuska przybyło kilkaset tysięcy bezużytecznych biurw, wzrosły obroty budżetu (wydatki coraz bardziej przewyższają przychody), a państwo zachowało swój stan posiadania w prawie wszystkich branżach (szumnie zapowiadana deregulacja okazała się jedynie hasłem propagandowym). Sekcie oraz nowoczesnemu endekowi to jednak za mało i chcą dalej wzmacniać rzekomo słabe dziś państwo. W jaki sposób? Nacjonalizując jakieś branże? Przywracając Centralny Urząd Planowania? A może dokonując fuzji Orlenu z PKP Cargo, PGNiG oraz LOTem w celu utworzenia największej państwowej firmy w Europie? Polskiej!Ale by była potęga...
Nowoczesny libertarianin obserwuje uważnie otaczającą go rzeczywistość i wcale nie widzi zawłaszczenia państwa wyłącznie przez ludzi dawnego systemu. Z państwowej kasy utrzymują się zarówno lewicowcy chwalący mafię, jak i prawicowe pisma wysławiające pod niebiosa mafię. Z podatków fundowane są partie tak pobożnych, jak i bezbożnych socjalistów. Jak Polska długa i szeroka, dziesiątki tysięcy urzędów, szkół, bibliotek, prokuratur, hal sportowych oraz uczelni jest okupowanych nie tylko przez ludzi dawnego systemu, ale i przez węszących wszędzie ingerencję Salonu ludzi związanych z prawicą. Postkomuniści wcale nie zabronili dostępu do tych kilku milionów posad na dworze Lewiatana – pobożni socjaliści sami się garną pod jego skrzydła. Te 3,5 miliona osób, które pracują obecnie dla państwa to nie tylko głosujący na PO, PSL, SLD czy Palikota, ale także (kto wie, czy nie w większości) ludzie o prawicowych poglądach, którzy zamiast wziąć się do roboty w sektorze prywatnym wolą pić kawę w budżetówce.
To prawda, że peerelowscy aparatczycy zagarnęli dla siebie sporą część posad, na których siedzą do dziś, ale ich potęga jest możliwa tyko dlatego, że tzw. „polactwo” żyje ideałami silnego państwa. Gdy pojawiają się inicjatywy, takie jak Ruch Autonomii Śląska, które dają nadzieję na osłabienie państwa i przeniesienie politycznego środka ciężkości na poziom lokalny, najbardziej zwalcza je właśnie prawica, która marzy o silnym, scentralizowanym państwie, które o wszystkim decyduje z Warszawy. Najzamożniejsze państwa Europy, do których porównuje ciągle Polskę nowoczesny endek, stały się zamożne nie dzięki swojemu państwu, ale właśnie dzięki rozdrobnieniu politycznemu, które w Polsce zostało zlikwidowane tuż po rozbiciu dzielnicowym, a później przekreślone przez potężne państwo szlachty.
Nowoczesny libertarianin wcale nie ma się za idiotę, gdy twierdzi, że państwo wcale nie musi budować dróg, kontrolować sądów ani pobierać podatków na wojsko. Historia pokazała i wciąż pokazuje, że usługi te są świadczone znacznie lepiej przez sektor prywatny. Państwo polskie, ani jakiekolwiek inne, nie jest tu do niczego potrzebne.
To, czego naprawdę potrzeba, to masowego odejścia od państwa. Zbiorowego porzucenia państwowych etatów i zgłoszenia popytu na wolny rynek. Większość ludzi na prawicy jest przekonanych, że wpierw trzeba odsunąć Salon od władzy, a dopiero potem będzie można ewentualnie pomyśleć o realizacji „marzycielskich” wolnorynkowych idei. Ale walka z Salonem bez walki z państwem to walka z wiatrakami, gdyż Salon całą swoją siłę czerpie właśnie z państwa. Gdyby nie było Lewiatana, wszystkie osobniki pokroju Kwaśniewskiego, Środy, czy też Komorowskiego byłyby bezsilne i musiałyby pracować ciężko na życie na podrzędnych stanowiskach. Dopóki jednak nowoczesny endek chce silnego państwa, będzie wiecznie zmagał się z wciąż kolejnymi zastępami Palikotów i Niesiołów, których państwo, jako instytucja do głębi zła, premiuje. Akceptując w punkcie wyjścia dominację tej instytucji, uczciwi ludzie zawsze będą na przegranej pozycji.
Proponując wskrzeszenie przedwojennej idei narodowej nowoczesny endek nawet nie ma świadomości, że aspiruje do czegoś, co zamożne kraje zachodu zaczynają coraz wyraźnie odrzucać. Wysiłki na rzecz przekształcenia Unii Europejskiej w wielkie super-państwo sprawiają, że państwa narodowe chwieją się w posadach jak jeszcze nigdy od momentu ich powstania. Gdyby więc kiedyś nowoczesnemu endekowi udało się nawet jakimś cudem zmienić „polactwo” w Polaków i przekształcić Polskę z kraju kolonialnego w kraj ambitnego narodu, na zachodzie nie będzie już żadnych Włochów, Niemców, Hiszpanów ani Brytyjczyków. Ich miejsce zajmą Tyrolczycy, Bawarczycy, Szkoci, Katalończycy, Walijczycy, Baskowie oraz Wenecjanie. Bankructwo współczesnych państw, które zrzeszają odmienne kulturowo grupy etniczne oraz narody sprawia, że nie chcą one dłużej żyć ze sobą pod jednym dachem. Tymczasem nowoczesny endek aż sapie ze złości, gdy ktoś próbuje powiedzieć, że jest Kaszubą, Ślązakiem albo Łemkiem. Polskie ma państwo ma być wszak z definicji silne, jednolite i niepodzielne.
Nowoczesny libertarianin nie zamierza trwać przy wczorajszych ideach narodowych, lecz nie dlatego, że są wczorajsze ani dlatego, że są narodowe. Libertarianin wierzy w istnienie wiecznego, niezmiennego kodeksu moralnego, który nie jest „polski”, „niemiecki” ani „francuski”, lecz obowiązuje wszystkich ludzi bez względu na miejsce i czas. Prawo własności obowiązuje bez względu na to, co stało się dotychczas oraz bez względu na to, co stanie się później. Taka perspektywa nie przekreśla oczywiście myślenia w kategoriach narodu lub grupy etnicznej, z którymi czujemy więź – naród to przecież także język i kultura, których nie trzeba mieszać do instytucji zajmującej się zbieraniem podatków.
Nowoczesny libertarianin nie darzy też żadnym wielkim sentymentem II RP, w której cała rzeczywistość gospodarcza została podporządkowana państwu. W dwudziestoleciu wojennym panował półkomunizm przejawiający się odgórnym sterowaniem obiegiem pieniężnym, większość przedsiębiorstw należało do Lewiatana, a Polacy dwukrotnie doświadczyli hiperinflacji, która zniszczyła ich oszczędności. Zaś wychwalane przez nowoczesnego endeka „inwestycje” w rodzaju Gdyni czy Centralnego Okręgu Przemysłowego były okupione zubożeniem społeczeństwa oraz rozmnożeniem państwowych etatów.
Gdyby więc zestawić dwie przedwojenne dekady z III RP, okazuje się, że współczesne państwo posiada wiele pozytywnych cech, które są dziś powszechnie niedoceniane. Polska zrodzona w Magdalence pozwala na względnie rynkową wycenę swojej waluty, o czym przed wojną w większości można było tylko pomarzyć. Zniesiono także pobór do wojska, a państwo zaprzestało realizowania wielkich projektów, takich jak budowanie od podstaw miast, czy też hut. Nie znaczy to oczywiście, że nowoczesny libertarianin pragnie tworzyć apologię obecnego państwa, lecz nie sposób odmówić mu pewnych swobód, których wcześniej zwyczajnie nie było.
Nowoczesny libertarianin ma świadomość, że nie ma nic do stracenia, gdyż odebrano mu w zasadzie wszystko. Decyduje o swojej własności w bardzo skromnym zakresie i naprawdę niewiele zmienia to, czy administrator Lewiatana będzie miał na imię X czy Y ani też czy będzie mówił to czy tamto – niewola jest niewolą. Jedyną szansą na wydostanie się z niej jest sprawienie, aby system tworzący niewolę uległ rozkładowi. Jedyna sensowna strategia na dzisiejsze czasy polega więc w istocie na tworzeniu podziałów wśród niewolących. Na zastępowaniu monolitu pluralizmem na każdym poziomie. Na potęgowaniu rozłamów, wzmacnianiu sporów, a może wówczas nasi oprawcy zagapią się na chwilę i wreszcie uda się wyjść na wolność.

niedziela, 18 listopada 2012

Gdzie siedzi diabeł, czyli Fronda w natarciu

Na stronie Frondy wisi news o diaboliczności Komisji Europejskiej, która kazała usunąć z widniejącego na monetach euro wizerunku św. Cyryla i Metodego aureole oraz krzyże (przeczytaj tutaj). Diaboliczność KE ma rzekomo wynikać z jej chęci narzucenia religijnej neutralności wspólnoty oraz walki z symbolami chrześcijaństwa.
Szczerze mówiąc jako katolik nie chciałbym, aby ktokolwiek mógł wycierać sobie imieniem świętego "swoją faszystowską mordę" (cytując niejaką p. Szczukę). Państwowy monopol produkcji pieniądza JEST ZŁEM i wizerunki zacnych świętych niczego tu nie zmienią. Diabolicznym nie jest fakt usuwania symboli religijnych z państwowych monet - na takie miano zasługuje sama ich produkcja. Jeżeli gdziekolwiek siedzi diabeł, to właśnie tam!

Swoją drogą, chciałbym szczerze, aby na państwowych monetach i banknotach były wizerunki diabła albo wielkich komunistycznych i faszystowskich zbrodniarzy - to przecież oni najbardziej przyczynili się do potęgi państwowego, pustego pieniądza. Być może dopiero tak drastyczny krok sprawiłby wreszcie, że ludzie czuliby wstręt na samą myśl o wzięciu tych nic nie wartych kawałków papieru oraz metalu do rąk.

Nie mieszajcie świętych do państwa.

niedziela, 11 listopada 2012

HISTORIA PISANA PIENIĄDZEM - moja najnowsza książka.

Historia pisana pieniądzem, czyli jak rządzący na przestrzeni wieków manipulowali polską walutą. Jakub Wozinski20 listopada na półkach dobrych księgarni pojawi się moja pierwsza drukowana książka (wcześniej wydałem swojego e-booka "A priori sprawiedliwości. Libertariańska teoria prawa." Można go kupić tutaj).
Tytuł książki brzmi następująco: "HISTORIA PISANA PIENIĄDZEM, czyli jak rządzący na przestrzeni wieków manipulowali polską walutą." (Można ją będzie kupić u wydawcy: kliknij tutaj).

Książkę napisałem w sposób przystępny dla każdego, chcąc przybliżyć w publicystyczny sposób historię monopolu pieniężnego w Polsce. Kwestie monetarne są bowiem jak wosk, w którym odbijają się wydarzenia znane nam z podręczników historii. Dzięki "Historii" czytelnik będzie mógł spojrzeć na historię Polski w sposób, o którym wcześniej nie pomyślał. Mam nadzieję, że za sprawą mojej krótkiej pracy choć jedna osoba zostanie zmuszona do ponownego przemyślenia takich wydarzeń, jak rozbicie dzielnicowe, wielkie projekty Kazimierza Wielkiego, Insurekcja Kościuszkowska, rozbiory, budowa Gdyni oraz COP czy też upadek socjalizmu w Polsce.

Z dumą mogę także stwierdzić, że "Historia pisana pieniądzem" to pierwsza drukowana książka polskiego autora napisana z pozycji jednoznacznie libertariańskich. Ani przez moment nie pozostawiłem w niej wątpliwości co do szkodliwości istnienia państwa jako takiego. Nie żywię złudnej nadziei, że państwem można rządzić w sposób dobry ani też zarządzać monopolem pieniężnym w sposób sprawiedliwy. Zamiast tego pokazuję, że pewną poprawę może przynieść jedynie ponowne "rozbicie dzielnicowe" Polski. W tym celu należy wpierw wycofać Polskę z Unii Europejskiej, która dąży do narzucenia swojej waluty. Następnie, należy przyznać Śląskowi autonomię oraz pozwolić mu bić swoją walutę. Potem należy wprowadzać kolejne autonomie: Kaszub, Wielkopolski itd. tak długo, aż w końcu produkcja pieniądza zostanie w pełni urynkowiona. W przeciwnym razie kradzież przy pomocy pieniądza nie zostanie powstrzymana nigdy.

Gorąco zachęcam wszystkich do lektury!

środa, 24 października 2012

Katolik państwowy - katolik libertariański TABELA



Katolik - państwowiec
Katolik - libertarianin
Religia w państwowej szkole
tak
nie
Msze św. na inaugurację prezydentury (dawniej z okazji koronacji)
tak
nie
Święcenie państwowych budynków i obiektów
tak
nie
Modlitwa za rządzących w trakcie Modlitwy Powszechnej
tak
nie
Budowa i remont świątyń za podatki
tak
nie
Kościół jako obrońca narodu i patriotyzmu
tak
nie
Czy katolikom wolno pracować dla państwa lub posługiwać się nim w celu odnoszenia własnych korzyści?
tak
nie
Czy państwo jest moralne?
tak
nie
Czy decyzja Konstantyna o uczynieniu z chrześcijaństwa religii państwowej była dobra?
tak
nie
Czy katolicki kodeks moralny jest tożsamy z rozumowo poznawalnym prawem naturalnym?
tak
nie
Czy państwo powinno wspierać rodzinę?
tak
Nie, gdyż państwo jest niezdolne do udzielenia jej pomocy
Czy święta państwowe powinny pokrywać się ze świętami kościelnymi?
tak
nie
Czy powinny istnieć wydziały teologii katolickiej na państwowych uniwersytetach?
tak
nie
Kapelani w państwowej armii
tak
nie
Konkordat
tak
nie
Czy politycy i władcy mogą być grzebani w świątyniach?
tak
nie

poniedziałek, 8 października 2012

Kiedy Kaczyński spłucze Wiplera?

Przeglądam internet i widzę, że Przemysław Wipler pnie się wciąż w górę pisowskiej hierarchii dziobania. Wipler tu, Wipler tam - dwoi się facet i troi. Na sejmowej mównicy był już ponoć ponad 40 razy od początku kadencji, w mediach jego twarz stała się rozpoznawana, a założona przez niego Fundacja Republiańska wciąż kwitnie (nawożona podatkami). Z miesiąca na miesiąc Wipler stał się jedną z głównych twarzy PiS-u i najprawdopodobniej jej głównym ekspertem gospodarczym. Kariera to zawrotna, jeśli wspomnieć (pisałem o tym na blogu), że facet był kiedyś rzecznikiem UPR-u oraz tłumaczył Alberta Jay Nocka. Poglądy ma wprawdzie nadal wolnorynkowe, ale tylko w zestawieniu z kolegami z partii. Swój leseferyzm traktuje jako polityczny wabik, na który przyciąga wielu wyborców łudzących się, że Prawo i Sprawiedliwość to coś innego prawicowo-narodowy socjalizm.
Wipler zajmuje miejsce tych, których w PiS-ie już dziś nie ma. Najpierw Kaczyński pozbył się Dorna, Ujazdowskiego, Kamińskiego, potem był Smoleńsk, a potem schizmy Solidarnej Polski i PJN-u. Choć u początków istnienia tej partii wydawało się, ze partia Kaczyńskiego to kolektyw znanych polityków o pewnych poglądach, już od co najmniej 5 lat stało się jasne, że ta partia mogłaby się składać wyłącznie z Jarosława i jego pomagierów. Każdy, kto próbuje się w tej partii wychylić ponad rolę szeregowego, zostaje spacyfikowany lub wyrzucony. Weźmy jako przykład takiego Ziobrę; facet myślał, że ma już w partii pozycję i że będzie nawet prezydentem i w pewnym momencie zaczął coś bąkać po przegranych wyborach, że trzeba dokonać jakichś zmian. Szus! i już go nie ma!
Wipler to cwana sztuka, ale też się łudzi (a nade wszystko łudzi swoje środowisko), że przekona Prezesa do bardziej liberalnej polityki. Hmm, ja w to, delikatnie mówiąc, nie wierzę. Prezes cieszy się, że w jego partii znalazł się taki młody człowiek, który pomaga mu wciąż mobilizować elektorat i pomoże mu zrobić karierę szeregowego pisowca, ale jeżeli tylko Wipler będzie starał się Kaczyńskiego dosiąść, Kaczyńskiego go natychmiast zrzuci z grzbietu i jeszcze kopytem potraktuje na pożegnanie.
Pytanie tylko: kiedy?
Zachęcam Was do wzięcia udziału w quizie: Kiedy Wipler zostanie spacyfikowany przez Kaczyńskiego? albo inaczej: Kiedy Kaczyński spłucze Wiplera do politycznej kloaki?
a) do 2013 roku
b) w latach 2013-2015
c) w latach 2015-2017
d) później

Tylko niech nikt nie pisze, że zapomniałem o opcji "nigdy", bo Wipler nie należy do takich, co by się zadowalali dreptaniem w miejscu.

Aha, a moja odpowiedź to b).