wtorek, 10 stycznia 2012

Viktor Orbán - pusta nadzieja prawicy

Paweł Lisicki na swoim blogu żali się nad losem prawicowego premiera Węgier. Jego tekst stanowi pewien wyjątek na tle najczęściej spotykanych peanów na część tego "wielkiego męża stanu", gdyż autor przyznaje, że Orbán mógł nawet popełnić jakieś błędy (Rewizjonizm pełną gębą - czy Najwyższa Rada Pobożnych Socjalistów już o tym słyszała?). Lisicki nie pisze jakie, ale mogę tu pomóc. Po pierwsze, Orbán nie zrobił na ostatnim szczycie UE nic, dosłownie nic, co miałoby na celu opuszczenie tej struktury, choć Francuzi i reszta unijnej zgrai mówią już głośno o europejskim państwie. Po drugie, Orbán nie dokonał żadnej wolnorynkowej reformy (czyli np. likwidacji przymusowych ubezpieczeń społecznych lub banku narodowego, nie dokonał pełnej prywatyzacji transportu, szkolnictwa ani żadnej z setek innych branż), lecz skupił się na wpisywaniu do konstytucji Boga i przejęciu kontroli nad mediami. Ujmując rzecz nieco inaczej, Orbán przemeblował Węgry po swojemu, ale bałagan pozostawił taki, jakim go zastał.
Agencje ratingowe tną dziś Węgrom oceny, choć biorąc pod uwagę stopień ich upolitycznienia mogłyby to zrobić nawet jeśli nad Balatonem było lepiej niż w Dubaju. Prawda jest jednak taka, że dług publiczny przed lewicą zaciągał także sam Orbán i to w o wiele wyższym stopniu. (Na stronie mises.pl opisał to niedawno Maciej Bitner).
Ogólnie rzecz biorąc, Orbán to kiepska inwestycja pod względem nadziei na przyszłość. Lepiej związać je z wolnym rynkiem - on nigdy nie zawodzi.

Osobna kwestia, zaiste, to język Pawła Lisickiego. Jeśliby się mu przyjrzeć, łacno dostrzeglibyśmy mnóstwo archaizmów. Snadź marzy mu się sarmatyzm.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zaakceptowane zostaną wszystkie komentarze:
1) bez przekleństw,
2) nie obrażające nikogo.