czwartek, 2 lutego 2012

Oburzeni piraci

Porozumienie ACTA to na pewno krok w złym kierunku, ale internetowe i dziennikarskie wynurzenia przeciwko własności intelektualnej towarzyszące jego wprowadzeniu to jeden z bodajże największych bełkotów ostatnich czasów.
    Wielkie spory współczesności mają to do siebie, że niemal bez wyjątku wytwarzają dwa wielkie zantagonizowane obozy, które nie widzą niczego poza sobą. W przypadku kontrowersyjnego porozumienia ACTA, świat medialnych komentarzy oraz facebookowych postów zamienił się w pole bitwy między zwolennikami i przeciwnikami specyficznie pojętej własności intelektualnej. Obrońcy nowych przepisów najczęściej powoływali się na konieczność ograniczenia piractwa, wskazując jednocześnie na pewne zagrożenia płynące z powierzenia państwu zbyt daleko idącej kontroli; z kolei przeciwnicy podjęli się obrony status quo, odwołując się do haseł niezależności Internetu. Ciężko jest osądzić, która ze stron jest w większym błędzie, ale na pewno zbyt mało powiedziano dotychczas o drugiej z nich, która nagle przystroiła się w pseudolibertariańskie piórka po to, aby bronić dokonywanej przez siebie kradzieży.
    To smutne, że do chóru obrońców ordynarnego piractwa dołączył nawet Robert Gwiazdowski („Pretekst dla cenzora”, Rzeczpospolita z dnia 24 stycznia 2012). W jego komentarzu pojawił się typowy dla naszych czasów argument: „Jak ktoś ukradł rower, to ktoś już go nie ma, a ma ktoś inny. A jak ktoś "ściągnął" grę, to jej twórca ma ją nadal”. Logika takiego rozumowania poraża, lecz niestety posługuje się nią spora część libertarian. Z tego samego toru myślenia korzysta także ogrom innych osób, które o libertarianizmie bynajmniej nigdy nie słyszały, lecz poszukują dobrze brzmiącego uzasadnienia dla najpospolitszego przestępstwa naszych czasów, czyli kopiowania nagrań i programów bez zezwolenia twórcy.
    Cały problem z własnością intelektualną obecny jest już w samej tej nazwie. Intelekt to sfera myśli, których nie można posiadać. Ekonomia wyraża się jasno, że własnością mogą być tylko przedmioty rzadkie (fizyczne), więc niefortunne jest samo sformułowanie, które sugeruje, że myśli mogą podlegać prawu własności. Zamiast o własności intelektualnej powinniśmy mówić o własności nośników twórczości intelektualnej. Dopiero takie sformułowanie problemu może przynieść właściwe jego rozwiązanie.
    Żadne nagranie lub program komputerowy nie może istnieć na zasadzie myśli, lecz w sposób konieczny powiązane jest z pewnym określonym nośnikiem fizycznym. Każdy właściciel takiego nośnika fizycznego ma więc prawo zadecydować, co się z nim stanie. Może zachować swój program dla siebie, udostępnić tylko rodzinie lub przyjaciołom albo też sprzedać innym z zastrzeżeniem, żeby go nie kopiowali. Najważniejsze, by zaakceptował to kupujący. Niestety, właśnie tego nie rozumieją pseudolibertarianie walczący przeciwko ACTA oraz, co trzeba stwierdzić z przykrością, wielu autentycznych libertarian. Kopiowanie nośnika wbrew woli osoby go sprzedającej jest zwykłym przestępstwem. Upieranie się przy tym, że kopiowanie nie narusza niczyich praw własności ma tyle samo sensu co upieranie się przy stwierdzeniu, że wchodząc bez pozwolenia do muzeum nikogo nie okradamy, bo przecież słynne obrazy i rzeźby wciąż stoją na swym miejscu. My ich nie zabieramy, tylko sobie na nie patrzymy.
    Szkopuł w kwestii własności nośników twórczości intelektualnej tkwi w tym, że jest ona chroniona przez najgorszą z możliwych firm – czyli państwo. O tym, jak przyjazne dla klienta i elastyczne do ludzkich potrzeb są państwowe urzędy i przedsiębiorstwa nie trzeba zbyt wiele opowiadać. Państwo zwyczajnie nie potrafi dostosować się do wymogów naszego cywilizacyjnego rozwoju, lecz mimo to próbuje za wszelką cenę udowodnić, że jest inaczej.
    Wolny rynek to tętniąca życiem złożoność, w której potrzeby każdego z nas są zaspokajane przez gotowych do współpracy klientów. Z kolei państwo oznacza zawsze sztywną administrację, lekceważącą zmieniające się nieustannie potrzeby społeczeństwa. Tak właśnie ma się rzecz w dziedzinie stanowienia prawa, które wciąż pozostaje pod fatalną opieką państwa. Niczym zarządca PRL-owskiego baru mlecznego, Lewiatan nie dostosowuje się do złożonych potrzeb ludzi zapisujących swoją twórczość intelektualną na różnego rodzaju nośnikach, lecz ustawia wszystkich po kątach, a na dodatek dostarcza kiepskiej jakości usługi. Najczęściej państwa wymyślają jeden schemat praw autorskich dla całego kraju i w mają w nosie to, że ktoś chciałby, aby jego nośniki były dystrybuowane w nieco odmienny sposób.
    Stąd właśnie biorą się porozumienia w stylu ACTA, które stanowią wykwit państwowego monopolu w dziedzinie ochrony praw własności. Celem tego porozumienia jest właśnie ustanowienie globalnej standaryzacji ochrony tzw. własności intelektualnej. Tymczasem problem z ochroną własności nośników twórczości intelektualnej polega nie na ustaleniu prawidłowych odgórnych zasad dla liczącej 7 miliardów mieszkańców kuli ziemskiej, lecz na nieobecności wolnego rynku w dziedzinie ich ochrony. Zamiast tysięcy firm konkurujących o jak najlepsze zabezpieczenie własności swoich klientów, na świecie istnieje kartel liczący sto kilkadziesiąt państw, które zupełnie nie radzą sobie z ochroną własności. Prawa własności nośników twórczości intelektualnej są dziś tak kiepsko chronione właśnie dlatego, że konkurencja w tej dziedzinie jest tak kiepska, a właściwie nieobecna.
    Za sprawą nieudolności państwa piractwo stało się dziś tak powszechne, że w opinii większości nie jest żadnym przestępstwem. Serwisy internetowe oferujące bezprawnie skopiowane pliki są dziś na tyle rozpowszechnione, że reklamują się na nich nawet firmy, które są tam okradane (!). Bardzo często słyszy się, że kopiowanie np. plików muzycznych bogatych artystów nikomu nie szkodzi, gdyż i tak są bardzo bogaci. Inny koronny argument piratów to słynne: „Na prawach autorskich i własności intelektualnej zyskują wielkie korporacje”. Ludzie zmieniają zdanie w tej kwestii dopiero w tych rzadkich przypadkach, kiedy… sami stają się okradanymi twórcami.
    Powszechne popełnianie przestępstwa nie sprawia jednak, że do niego nie dochodzi, choć pewnie ciężko to zrozumieć w czasach, kiedy przemoc stosowana przez państwo stała się naszym chlebem powszednim. Położyć kres dzisiejszemu piractwu można jedynie wprowadzając wolny rynek w usługach ochrony prawa własności, lecz tego nie chce żadna ze stron: ani przeciwnicy, ani zwolennicy ACTA. Pierwsi z nich pragną zachowania obecnego stanu rzeczy, który rzekomo chroni wolność – ale w jaki sposób łamanie cudzego prawa własności może się przyczyniać do większej wolności? Z kolei drudzy w celu ratowania swoich zysków opowiadają się za narzuceniem ścisłej kontroli, wiedząc przy tym doskonale, że silne państwo jeszcze bardziej się umocni. Na całym sporze najlepiej i tak wychodzi samo państwo, gdyż jego winy nie dostrzega niemal żadna ze stron, a przynajmniej nie tam, gdzie ona naprawdę leży.
    Szum związany z ACTA to tak naprawdę płacz nad rozlanym mlekiem. Kontrola Internetu oraz nieuczciwe wykorzystywanie państwa do ochrony marek, znaków towarowych oraz patentów trwa już w najlepsze od wielu lat. O tym, czym były i są polskie protesty najlepiej świadczy to, że część z nich przenosiła się ostatecznie za sprawą członków klubów Gazety Polskiej pod siedzibę PO, tak jakby tylko właśnie ta partia popierała państwowy monopol w dziedzinie ochrony praw własności.
    Problem z należytą ochroną prawa własności nośników twórczości intelektualnej będzie się z biegiem lat coraz bardziej nawarstwiał. Bez wolnego rynku w tej dziedzinie twórcy będą starali się coraz ściślej współpracować z państwem, a zwykli ludzie intensyfikować wszechobecne dziś piractwo. Ucierpi na tym rozwój cywilizacji, który może zostać zablokowany poprzez znikome zyski w dziedzinie twórczości intelektualnej, spowodowane kiepską ochroną oraz wysokimi kosztami generowanymi przez państwo. Obecny impas może sprawić, że świat przestanie iść do przodu, a przedsiębiorcy i twórcy stwierdzą, że zamiast rozwijać nowoczesne technologie i kulturę bardziej opłaca się wykonywać stare i prymitywne zajęcia, w których nie ma tak kiepskiej ochrony prawa własności. Już dziś stoimy przed wyborem: albo cywilizacja, albo państwo.

1 komentarz:

  1. "Każdy właściciel takiego nośnika fizycznego ma więc prawo zadecydować, co się z nim stanie. Może zachować swój program dla siebie, udostępnić tylko rodzinie lub przyjaciołom albo też sprzedać innym z zastrzeżeniem, żeby go nie kopiowali. Najważniejsze, by zaakceptował to kupujący. Niestety, właśnie tego nie rozumieją pseudolibertarianie walczący przeciwko ACTA oraz, co trzeba stwierdzić z przykrością, wielu autentycznych libertarian. Kopiowanie nośnika wbrew woli osoby go sprzedającej jest zwykłym przestępstwem"

    Nie tyle przestępstwem, co złamaniem umowy. Ale już nie jest złamaniem umowy, a tym bardziej przestępstwem (w libertariańskim sensie tego słowa), jeśli ktoś inny, kto żadnej umowy nie zawierał, zrobi na swoim komputerze kopię na podstawie tej kopii zrobionej przez osobę łamiącą umowę i przez nią udostępnionej. Taki ktoś w żaden sposób nie styka się już z nośnikiem stanowiącym własność twórcy / producenta. Tak jak napisałem w swoim artykule:

    "odrzucenie koncepcji „własności intelektualnej” jako sprzecznej z tradycyjnym rozumieniem własności nie pozbawia jednak artystów, dziennikarzy, programistów, wydawców książek, firm fonograficznych, wytwórni filmowych czy korporacji produkujących software możliwości chronienia swych interesów przy pomocy odpowiednio skonstruowanych umów. Dziennikarz pisząc artykuł do gazety ma prawo otrzymać wynagrodzenie na podstawie umowy o dzieło. Autor powieści ma prawo zawrzeć umowę z wydawcą dającą mu prawo do określonego procentu zysków ze sprzedanych książek. Producent oprogramowania – np. Microsoft – ma prawo sprzedawać swoje produkty pod warunkiem, że nabywca nie wykona kopii tego oprogramowania ani nie udostępni go w takim celu innym osobom – a jeśli ten warunek zostanie złamany, domagać się od niego odszkodowania czy kar umownych. Tak samo producent filmów, książek czy nagrań muzycznych. Wszystko to jest możliwe w systemie prawnym szanującym tradycyjne prawa własności.
    Nie jest w nim natomiast możliwe ściganie i wysuwanie roszczeń wobec ludzi, którzy takich umów nie zawarli – jeśli Kowalski kupi płytę CD z muzyką pod powyższym warunkiem, a następnie udostępni ją przez Internet Nowakowi (używając oprogramowania w rodzaju Kazaa albo eMule), to Nowak nie będzie mógł być ścigany za wykonanie kopii na własnym komputerze. Ale Kowalski będzie mógł być pociągnięty do odpowiedzialności za kopię Nowaka".
    http://liberalis.pl/2007/03/15/jacek-sierpinski-o-tak-zwanej-wlasnosci-intelektualnej-i-patentach-na-oprogramowanie/

    Proponuję też zapoznać się z artykułami Mateusza Machaja i Stephana Kinselli:
    http://www.opcjanaprawo.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=2260:o-wasnoci-intelektualnej&catid=131:-nr-945-wrzesie-2005-&Itemid=10
    http://mises.pl/blog/2012/02/02/machaj-ekonomia-i-polityka-wlasnosci-intelektualnej/
    http://www.miasik.net/articles/kinsella.html
    http://mises.pl/blog/2012/01/29/255/

    OdpowiedzUsuń

Zaakceptowane zostaną wszystkie komentarze:
1) bez przekleństw,
2) nie obrażające nikogo.