piątek, 1 czerwca 2012

Bajka dla pobożnych socjalistów


Pewnego dnia w Polsce doszło do przełomu. W ludziach jakby coś pękło i nagle świat polityki zmienił się nie do poznania. Najstarsi, którzy pamiętali jeszcze czasy PRL, nie mogli się nadziwić temu, co teraz widzieli na własne oczy.
Wszystko zaczęło się od tego, że pewnego dnia premier Donald Tusk zwołał konferencję prasową, na której przyznał, że od początku swojej kadencji nie dokonał żadnych istotnych reform oraz że wcale nie prowadził liberalnej polityki gospodarczej, tylko na wskroś socjalistyczną. Bijąc się w piersi złożył u prezydenta swój wniosek o rezygnację, który został natychmiast przyjęty. Zanim jednak to uczynił, zobowiązał się do jak najszybszego odzyskania z rąk Rosjan wraku prezydenckiego Tupolewa, przepraszając wszystkie rodziny ofiar oraz Jarosława Kaczyńskiego za swoje haniebne zachowanie w latach tuż po katastrofie.
Wkrótce po tym nieoczekiwanym wydarzeniu Waldemar Pawlak i Wojciech Olejniczak ogłosili, że ich przystąpienie do polityki było wielkim błędem oraz że zamierzają wrócić na swoje gospodarstwa i pracować fizycznie do końca życia. Janusz Palikot ze łzami w oczach oraz w worku pokutnym wybrał się na pieszą pielgrzymkę do Santiago de Compostela, stwierdzając wcześniej publicznie, że bardzo żałuje swoich uczynków. Jakby tego było mało, Generał Czesław Kiszczak ostatecznie przyznał się do zarzucanych mu win oraz poddał dobrowolnej karze więzienia. W całym kraju liczne były przypadki byłych tajnych współpracowników SB, którzy dobrowolnie ujawniali swoją ciemną przeszłość i zwalniali się z pracy.
Z dnia na dzień takie partie, jak: SLD, PO, PSL, czy też Ruch Poparcia Palikota całkowicie straciły elektorat, a na ulicach ludzie głośno narzekali, jak bardzo byli naiwni wcześniej na nie głosując. „Gazeta Wyborcza” straciła czytelników, a „Polityka” musiała zmienić profil na magazyn dla miłośników podróży, gdyż felietonów Daniela Passenta nie chciała czytać nawet Janina Paradowska. Jurek Owsiak zamknął się w sobie i zgłosił się do pracy w „Caritasie” jako wolontariusz. Zygmunt Bauman ogłosił w swojej nowej książce, że przechodzi na pozycje konserwatywno-katolickie oraz poddał swojego zmarłego kolegę, Leszka Kołakowskiego, surowej krytyce za zamęt, którego dokonał w ludzkich głowach swymi niebezpiecznymi teoriami.
Książki wydawane wcześniej przez „Znak” i „Krytykę polityczną” nagle straciły czytelników; próbowano je sprzedawać na tanich książkach, ale i tam nikt nie był nimi zainteresowany. Ostatecznie sprzedano je na makulaturę, gdzie trafiły także wszystkie numery „Newsweeka”, których obecność na swoich półkach wszystkie biblioteki uznawały za hańbę. Ludzie spontanicznie zdejmowali ze swych domów tabliczki z nazwami ulic noszących imię peerelowskich generałów, Jacka Kuronia oraz jubileuszy ustanowienia PRL. Wszystko odbywało się w sposób pokojowy, a ustępujący z mediów oraz spółek skarbu państwa lewicowcy zamieszczali w ogólnopolskich gazetach przeprosiny za swoje wieloletnie naganne zachowanie oraz za zaprzepaszczenie kilkudziesięciu lat rozwoju. Następnie, w akcie pokory, poddawali się dobrowolnej karze lub też odchodzili na zawsze z życia publicznego ku uciesze większości społeczeństwa.
Zaskoczona wpierw nagłą implozją lewicy, prawica przystąpiła do objęcia rządów w kraju. W aparacie państwa miejsce zepsutych i obarczonych balastem niegodziwej przeszłości ludzi lewicy zajęli byli opozycjoniści, ich rodziny oraz ludzie mogący poszczycić się świadectwem wysokiej moralności oraz kultury osobistej. Przyrodzona im uczciwość oraz troska o dobro wspólne sprawiły, że urzędy stały się miejscem przyjaznym oraz chętnie uczęszczanym, a wypełnianie dokumentów dawały autentyczną radość. Stanie w kolejce w państwowym urzędzie stało się wkrótce jedną z ulubionych rozrywek zarówno starszych, jak i młodzieży.
Za sprawą ludzi uczciwych i wierzących państwo przestało prowadzić statystyki i zaczęło odgadywać intencje konsumentów tak, że zawsze dostosowywało się do aktualnych potrzeb całego społeczeństwa. Rynkowa wycena dóbr i usług przestała być potrzebna, gdyż mądrzy i roztropni mężowie stanu opracowali doskonały system odgadywania prawdziwych pragnień i potrzeb ludności. Główny Urząd Statystyczny przeszedł do historii, gdyż naród wreszcie stał się wspólnotą, w której indywidualne korzyści nigdy nie przesłaniały troski o dobro wspólne. Ceny przestały być dla producentów głównym narzędziem zdobywania informacji o opłacalności produkcji, a zamiast tego zaczęto posługiwać się empatią.
Na czele Narodowego Banku Centralnego stanął pobożny i uczciwy specjalista, który, niczym Hanna Gronkiewicz-Waltz, ustalał wysokość stóp procentowych odwołując się do Ducha Świętego. Jednakże banki, odczytawszy właściwie ten wielki znak czasu, wspaniałomyślnie przestały korzystać z pożyczek banku centralnego oraz zobowiązały się do zachowywania stuprocentowej rezerwy depozytowej, a swoje przyrzeczenie wypełniały sumiennie i bezkompromisowo. Ponieważ lewica nie miała już wpływu na życie publiczne, wszystkie kredyty były udzielane jedynie z własnych oszczędności banków, a nie cudzych środków. Jakiekolwiek odstępstwa od tej reguły spotykały się z natychmiastowym ostracyzmem całego środowiska.
Wzajemne zrozumienie oraz życzliwość, które udzielały się wszystkim od czasu wielkiego przełomu sprawiły, że ludność bardzo chętnie płaciła podatki. W niektórych miastach dochodziło nawet do protestów przeciwko zbytniej pobłażliwości urzędów skarbowych. Wspólnota wyznawanych wartości oraz przekonanie o słuszności pobierania podatków wytworzyła w ludziach autentyczne przekonanie, że podatki naprawdę służą dobru wspólnemu. Niektórzy obywatele przekazywali nawet państwu darowizny w postaci oszczędności całego życia, gdyż kierowało nimi przekonanie, że sami nigdy nie wydaliby pieniędzy tak dobrze, jak ono.
Wspólna płaszczyzna kulturowa oraz więź historyczna, które umożliwiły rządzącym oraz obywatelom otwarty dialog na najbardziej pilne tematy społeczne przyczyniły się do historycznego porozumienia w sprawie właściwej skali budżetu oraz jego bilansu. Dzięki temu nadwyżki budżetowe były przekazywane na dalekosiężne inwestycje służące dobru nie tylko obecnie żyjących, ale też i przyszłym pokoleniom. Wszystkie państwowe projekty zaczęto wykonywać na czas, a żadna złotówka na nie przeznaczana nie trafiała do kieszeni nieuczciwych oportunistów. Ulice przestały się korkować, pociągi spóźniać, a na chodnikach należących do państwa nigdy nie znajdowano odtąd dziur.
Na państwowych uczelniach oraz w szkołach wszystkich szczebli młodzież zaczęła uczyć się dla dobra ojczyzny, a jakość nauczania rosła pomimo braku realnego rynku na usługi edukacyjne. Państwowa służba zdrowia pracowała bez wytchnienia, nie popełniając żadnych błędów lekarskich i dbając bez żadnych różnic o każdego pacjenta, choć jej wynagrodzenie nie było uzależnione od wyników ich pracy, tylko od wysokości ustalanej przez ministerstwo składki ubezpieczenia. Ze szkół, szpitali oraz uniwersytetów zniknęły łapówki, gdyż wprowadzono w życie doskonały program nadzoru oraz kontroli, który raz na zawsze zażegnał niebezpieczeństwo przekupienia państwowego urzędnika. Choć wcześniej wydawało się to nieprawdopodobne, teraz wszyscy na własne oczy widzieli, jak po odsunięciu od władzy wszystkich tych Kwaśniewskich, Urbanów i Frasyniuków państwo zaczęło nagle działać nienagannie, gdyż problemem nie było ono jako takie, tylko niemoralni politycy i niekompetentna służba cywilna.
Ponieważ z życia politycznego usunięci zostali wszyscy ci, którzy dotąd mu szkodzili, państwo przestało być przymusem i stało się dobrowolne. Podatki nie były już podatkami, tylko dobrowolnymi składkami na rzecz wspólnoty narodowej, która realizowała „interes narodowy” oraz „dobro wspólne”. Krajem rządzili mądrzy i dalekowzroczni przywódcy, którzy potrafili przewidywać przyszłe zdarzenia, a rządząca ekipa zobowiązała się, że jeśli jej posunięcia okażą się mylne, za ewentualne straty odpowie sama ze swojego majątku.
Wkrótce za Polakami podążył cały świat, który uwolnił się od ryzyka kryzysów finansowych, a wszędzie zapanowały pokój i harmonia. Ponieważ ludzie spełniali wszystkie obywatelskie cnoty oraz nie ufali libertariańskim agitatorom namawiającym pokątnie do wolnego rynku, państwo wreszcie zaczęło właściwie funkcjonować i po wielu tysiącach lat zaczęło wreszcie przynosić dobre owoce. Widząc to, ludzie masowo odchodzili od własności prywatnej. Wreszcie pewnego dnia właściciel ostatniego prywatnego przydrożnego baru, który najdłużej opierał się z przystąpieniem do państwowej wspólnoty mienia i wartości, zamknął swój interes, a cały kraj urządził z tej okazji huczny bal, któremu nie było końca. Prywaciarz dostał od państwa etat, a wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

1 komentarz:

  1. Dobra bajka, dostarczyła mi dużo radości :)

    "... ludzie spełniali [...] nie ufali libertariańskim agitatorom namawiającym pokątnie do wolnego rynku"
    Szkoda, że to jest jedyny realny fragment bajki.

    OdpowiedzUsuń

Zaakceptowane zostaną wszystkie komentarze:
1) bez przekleństw,
2) nie obrażające nikogo.