czwartek, 27 września 2012

Czarny PR sofistów

Los sofistów stanowi żywy dowód na potwierdzenie tezy, że najlepsze umysły i najbardziej niezależne jednostki są najczęściej spychane przez społeczeństwo na margines przy współudziale kiepskich myślicieli.
Przez setki lat sofiści byli w kulturze europejskiej synonimem umysłowego cwaniactwa oraz relatywizmu. Zgłębiający filozofię poznawali ich jako bałamutnych antagonistów platońskich dialogów lub też twórców sofizmatów, które cierpliwie rozwiązywał Arystoteles. Choć słowo „sofista” wywodzi się z greckiego słowa „mądrość”, niezależni filozofowie dorobili się jednoznacznie negatywnego PR-u, który przetrwał w kulturze popularnej nawet do dziś.
Najbardziej znanym sofistą był Protagoras, autor powtarzanego częstokroć powiedzenia: „Człowiek miarą wszechrzeczy”, za sprawą którego stał się uosobieniem relatywizmu i subiektywizmu. Na miano to oczywiście zasłużył, głosząc po raz pierwszy w historii filozofii poglądy, które stały się chlebem powszednim współczesnego świata uniwersyteckiego. Niewiele lepszy w tym względzie był Gorgiasz, który twierdził, że nic nie istnieje. Dziwne to były poglądy, tym bardziej, że ktoś je musiał wypowiadać, a więc na pewno istniał Gorgiasz, ale argument ten do niego ponoć nie przemawiał.
Błędem byłoby jednak stwierdzenie, że sofiści sprowadzali się wyłącznie do karykaturalnych poglądów Protagorasa i Gorgiasza. Przeprowadzone w XX wieku badania nad myślą sofistów dowiodły niezbicie, że sofistom zawdzięczamy naprawdę wiele. Nauczając młodzież kładli nacisk na wszechstronne wykształcenie, m.in. na poznanie matematyki, retoryki, czy też muzyki. Nie wszyscy sofiści byli też sceptykami i relatywistami. Niestety, na ich temat nie dowiemy się niestety nigdy zbyt wiele, gdyż ich dzieła najczęściej nie dotrwały do czasów współczesnych. U innych autorów ich poglądy oraz postawy są najczęściej pokazywane w jednoznacznie pejoratywnym świetle, choć przez pewien czas świadczone przez nich usługi cieszyły się sporą popularnością.
Jednym z głównych autorów zepchnięcia sofistów na margines był Platon. Ojciec komunizmu i autorytaryzmu zwalczał sofistów na wszelkie możliwe sposoby. Jak powszechnie wiadomo, Platon (tak jak Arystoteles), wywodził się z ateńskiej oligarchii, a filozofią zajmował się głównie dlatego, że była to podówczas główna intelektualna rozrywka sfer wyższych. Mając zapewniony dochód dzięki instytucji państwa, krytykował jednocześnie sofistów za pobieranie pieniędzy za naukę filozofii. Sofiści wywodzili się najczęściej ze sfer niższych: przykładowo, Protagoras był tragarzem, który jednak miał się dorobić na świadczeniu usług pedagogiczno-wychowawczych majątku większego niż słynny rzeźbiarz Fidiasz. Fakt ten doprowadzał do szału Platona, który ubóstwiał państwo i chciał, aby nauka filozofii była uprawiana za „darmo” - tj., aby zajmować się nią mogli tylko i wyłącznie ludzie zamożni i z wyższych sfer rządzących państwem.
W ten sposób Platon dał początek filozofii instytucjonalnej, tj. uprawianej za podatki oraz przez beneficjentów podatków. Instytucjonalni filozofowie traktują się z wyższością i gardzą ludźmi, którzy próbują uprawiać naukę niezależnie. Platon szczycił się tym że nie pobierał za nauczanie filozofii żadnych opłat, ignorując kompletnie fakt, że mógł oddawać się swojej pasji tylko i wyłącznie dzięki odpowiedniej pozycji społecznej uzyskanej dzięki państwu. Dzisiejsi naśladowcy Platona z państwowych uczelni również podkreślają, że studia filozofii powinny być „bezpłatne”, gdyż zajęcie to jest rzekomo zbyt szczytne, aby podlegało wycenie pieniężnej. Chcą w ten sposób podkreślić wyjątkowość prowadzonego przez siebie zajęcia.
Tak naprawdę jednak nauczanie filozofii to zajęcie jak każde inne. Ludwig von Mises był wobec oderwanych od rzeczywistości rynkowej naukowców wyjątkowo krytyczny: „Filozofowi wydaje się, że zgłębianie zagadnień filozoficznych jest zajęciem tak wzniosłym i szlachetnym, że nie wolno go traktować na równi z jakąkolwiek inną pracą zarobkową. Profesor czuje się dotknięty tym, że za swoje filozofowanie otrzymuje wynagrodzenie; za obraźliwe uważa przypuszczenie, że zarabia pieniądze jak rzemieślnik czy wyrobnik. Sprawy finansowe są dla niego zbyt przyziemne; filozof badający doniosłe zagadnienia prawdy i absolutnych wiecznych wartości nie powinien zaprzątać sobie głowy problemami ekonomicznymi” - pisał urodzony we Lwowie ekonomista.
Szkoła Platona – Akademia – stała się oficjalną uczelnią filozoficzną, która dzięki wsparciu państwa przetrwała wiele stuleci. Z kolei dzieła sofistów najczęściej niszczono (m.in. za sprawą Platona i jego uczniów, którzy nie znosili konkurencji) lub lekceważono. Tak stało się m.in. z pismami Protagorasa, które podburzeni Ateńczycy spalili na stosie w centrum miasta.
Oficjalni filozofowie utrzymywani przez państwo są zatem programowymi przeciwnikami wolności, gdyż gdyby urynkowić ich własną dziedzinę, straciliby wszystkie honory oraz źródło utrzymania. Na uniwersyteckie sale wykładowe nie wpuszcza się myślicieli libertariańskich, gdyż ich przesłanie podkopuje sens istnienia samego państwowego uniwersytetu. Największe honory przypadają za to głosicielom najbardziej niedorzecznych teorii, jak choćby współcześnie postmodernistom, czy też neomarksistom.
Choć Protagoras i Gorgiasz dokonali wiele, aby sofiści zyskali miano wichrzycieli, którzy za duże pieniądze są w stanie udowodnić, że kwadrat jest okrągły, wielu sofistów przedstawiało niezwykle ciekawe koncepcje. To właśnie sofiści jako pierwsi przełamali autokratyczny model społeczeństw greckich państw-miast podkreślając, że żaden człowiek nie rodzi się z „naturalną” predyspozycją do rządzenia innymi (szczególnie ta idea musiała zaboleć Platona). Nikt inny jak właśnie sofiści po raz pierwszy zdemaskowali prawo (tj. prawo stanowione przez państwo) jako narzędzie krępowania silnych i dobrych przez kiepskich i słabych. A jeśli dołączymy do tego osiągnięcia w dziedzinie teorii edukacji, wówczas okaże się, że sofiści byli postaciami negatywnymi przede wszystkim w opinii Platona.
Sofiści nie zaginęli wraz z Gorgiaszem, Antyfontem, czy Hippiaszem, lecz funkcjonują do dziś. Obok zniesmaczonych ideą wolnego rynku profesorów państwowych uczelni działa całe mnóstwo ludzi posiadających ogromną wiedzę, lecz lekceważonych i zbywanych jako obskuranci ze względu na funkcjonowanie poza podatkowym krwiobiegiem. Ich przemyślenia i teorie nigdy nie zyskają powszechnego uznania, gdyż przed nazwiskiem brakuje im tytułu prof. czy też dr hab. Państwowa akademia czasami na drodze wielkiego wyjątku jest w stanie dopuścić, aby do panteonu mędrców dołączył ktoś spoza swojego zaklętego światka, lecz są to bardzo rzadkie przypadki.
Wielu spośród największych libertariańskich myślicieli w historii funkcjonowało właśnie tak, jak greccy sofiści: nauczali za pieniądze, z dala od oficjalnych instytucji państwa. Im także przyprawiono etykiety wichrzycieli oraz obskurantów, choć tak naprawdę to oni przyczyniali się do prawdziwego rozwoju świata idei. Nie inaczej jest też dzisiaj: najwięcej ciekawego do powiedzenia mają najczęściej ci, których można znaleźć jedynie na rozmaitych blogach, rzadko odwiedzanych witrynach internetowych lub też pismach o skromnym obiegu.
Najbardziej wymowną ilustracją schematu, w jakim funkcjonuje uprawiana za podatki filozofia są opinie świata nauki na temat Murraya Rothbarda. Zadałem sobie trud i sprawdziłem, co na temat jego teorii sądzą filozofowie oraz ekonomiści z państwowych uczelni w Polsce i na całym świecie. Lista zarzutów, jakie się mu stawia jest równie długa, co absurdalna: postulowanie materializmu, hipertrofii wolności, chęć zrealizowania utopijnego raju na ziemi, oddawanie wolnemu rynkowi religijnej czci, amoralizm, ekonomizm, wolterianizm i antyklerykalizm oraz przypisywanie sobie wszechwiedzy na temat przyszłości. Autorów tych zarzutów nie przytoczę dla dobra ich samych. Powyższe zarzuty pokazują wyraźnie, że stosunek świata państwowych naukowców do myślicieli niezależnych oparty jest na tym samym uprzedzeniu, które żywił niegdyś Platon. Gdyby dzieła Murraya Rothbarda uległy nagle zniszczeniu i musielibyśmy zrekonstruować jego poglądy na podstawie relacji państwowych filozofów, moglibyśmy odnieść wrażenie, że ich autorem musiał być nihilista, choć w rzeczywistości był nim wspaniały obrońca wolności oraz rzecznik absolutnie obowiązujących praw moralnych.
Gdyby usługi filozoficzne podlegały swobodnej konkurencji, mielibyśmy do czynienia ze wspaniałym rozkwitem umysłowym. Świat zdominowali jednak współcześni Platonowie, którzy wynoszą się ponad tych, którzy pragną bardziej uczciwego świata. Tworzą górnolotnie brzmiące teorie, których jedynym celem jest tak naprawdę zachowanie własnej pozycji oraz zapewnienie sobie dochodów przy pomocy państwa. Oby wreszcie nastała epoka sofistów.

niedziela, 23 września 2012

Rodzina Murraya Rothbarda w Polsce

W miniony czwartek w Poznaniu na spotkaniu gościł Marcin Chmielowski, nasz czołowy polski libertarianin. W swoim referacie wspomniał o dobrze znanym fakcie, że Murray Rothbard pochodził z Polski oraz że na Mazowszu wciąż żyją ludzie z nazwiskiem Rothbard. Postanowiłem sprawdzić to przy pomocy portalu moikrewni.pl.
Poniżej trzy mapy stanowiące dowód na to, że polscy krewni Rothbarda wciąż żyją. Ich nazwiska trochę się zmieniły, ale tylko nieznacznie. Najwięcej z nich mieszka w powiecie sochaczewskim oraz warszawskim, choć osoby o nazwisku Rotbart zawędrowały nawet w okolice Szczecina, Wrocławia, czy też Gliwic.



środa, 19 września 2012

Ziemkiewicz gada jak Miller

Niedawno miał miejsce krótkotrwały comeback Rafała Ziemkiewicza do "Najwyższego Czasu!". Artykuł, który z tej okazji powstał, trafił właśnie na witrynę nczas.com (tutaj).
Ziemkiewicz ma dar lekkiego i przejrzystego pisania, którego mu niezmiennie zazdroszczę. Zdecydowana większość publicystów wypada przy nim blado i przyciężkawo właśnie ze względu najego  niebanalną umiejętność pisania. Gorzej co do treści, bo Ziemkiewicz nieustannie żyje mitem II RP jako kraju, który wprawdzie miał swoje problemy, lecz był znacznie lepszy niż obecny twór polityczny.
RAZ wychwala po raz kolejny ogromne przedsięwzięcia państwowe II RP - budowę Gdyni oraz Centralnego Okręgu Przemysłowego. W jego mniemaniu były to wiekopomne osiągnięcia, na które nie stać III RP i jej skorumpowanych elit.
Gwoli przypomnienia: budowę Gdyni i COP poprzedziła monstrualna kradzież podatkowa na społeczeństwie. Zawieszono wymienność złotówki oraz narzucono ścisłą kontrolę przepływu walut z zagranicą. Kreowany na bohatera bandyta Eugeniusz Kwiatkowski zrealizował swoje wielkie plany, ale tylko i wyłącznie kosztem ogromnego dodruku pieniądza. Gdyby nie II wojna światowa, II RP w ciągu kilku lat ugrzęzłaby w bagnie hiperinflacji, która zresztą wystąpiła w sierpniu//wrześniu 1939 roku. Można sobie mówić o zrodzonej gdzieś w oparach wódki pitej w Magdalence III RP co się chce, ale pod względem polityki pieniężnej jest od II RP zdecydowanie lepsza!
O tym wszystkim niedługo będzie można przeczytać w mojej książce pt. "Monetarna historia Polski", która powinna ukazać się za kilka tygodni nakładem Wydawnictwa Prohibita.

Ziemkiewicz nie zadał sobie trudu, aby sprawdzić, jak sfinansowano budowę Gdyni i COPu. Dla niego liczy się rozmach i siła narodu (państwa), którą rzekomo demonstruje okradając obywateli przy pomocy inflacji.
Niedawno pomysł utworzenia trzech nowych ośrodków przemysłowych rzucił były aparatczyk PZPR Leszek Miller, który chciałby, aby państwo zainwestowało w rozwój m.in. jego matecznika - Łodzi i Trójmiasta. Panie Ziemkiewicz - teraz już wiemy na kogo głosować! Porzuć Pan nadzieję odrestaurowania Narodowej Demokracji; z Millerem zbudujemy nową Polskę!

czwartek, 13 września 2012

Sądy zawisłe od podatków

"Gazeta Polska Codziennie" dokonała dziennikarskiej prowokacji. Dziennikarz zadzwonił do prezesa Sądu Okręgowego w Gdańsku podając się za pracownika Kancelarii Premiera, aby zdemaskować rzekomą niezawisłość sądu oraz pokazać, jak funkcjonuje tzw. wymiar sprawiedliwości w sprawie, w którą zamieszany jest syn Tuska oraz całe PO. Polecam to nagranie (dostępne tutaj) przede wszystkim ze względu na to, że możemy na nim usłyszeć państwo przy wyłączonym mikrofonie. Jeden z moich kolegów zezłościł się na mnie niedawno za to, że wspieram separatystów z Kosowa, gdyż twierdzi, że Armia Wyzwolenia Kosowa to w istocie mafia i organizacja przestępcza. Odpowiedziałem mu, że mafią jest każde państwo, choćby Rzeczpospolita Polska. Na nagraniu słychać przecież wyraźnie, że procedury procedurami, prawo prawem, ale jak Pan Premier (herszt mafii) ma jakąś ważną sprawę, to wszystko przestaje się liczyć.
Brawo, Gazeto Polsko! Za takie nagrania jestem wam niezwykle wdzięczny.

Problem zaczyna się jednak w momencie, w którym komentatorzy gazety zaczynają wyprowadzać wnioski. Wg nich problemem nie są państwowe sądy jako takie i państwowa ingerencja w rynek usług sądowniczo-ochronnych, lecz wredna Platforma. Wszystkim pobożnym socjalistom polecam zadać sobie następujące pytanie: Od kogo zależy wynagrodzenie prezesa Sądu Okręgowego: od satysfakcji klientów sądu czy od premiera Tuska? Jak można liczyć na to, że państwowy sąd będzie kiedykolwiek niezawisły skoro o jego istnieniu i dotacjach decyduje rząd? Jak sąd można liczyć na uczciwość i rzetelność sądu, skoro zabronione jest mu sądzenie największej organizacji przestępczej w kraju (czyli państwa)?
I dalej: czy mam być tak naiwny żeby wierzyć, że podobnych telefonów nie wykonywała nigdy kancelaria Jarosława Kaczyńskiego? Czy Lech Kaczyński albo Zbigniew Ziobro kiedykolwiek chcieli prywatyzacji usług sądowniczych (jakiejkolwiek)?
No tak, zapomniałem. Niezawisły znaczy dla prawicowców: prawicowy. Jak my będziemy rządzić, to sędziowie wespną się na wyżyny obiektywności i niezależności, ukarzą wszystkich przestępców, a ludzie na ziemi znów staną się braćmi.

czwartek, 6 września 2012

Korwin, czyli myśliciel niepełnosprawny umysłowo

Korwin znów chlapnął. (poczytaj tutaj).
Jego partia dziękuję losowi, że to nie środek kampanii, bo znów by w sondażach była depresja.
Tym razem jego korwinowatość raczyła zauważyć m.in., że "Jeśli chcemy, by ludzkość się rozwijała, w telewizji powinnismy ogladac ludzi zdrowych, pieknych, silnych, uczciwych, madrych - a nie zboczeńców, morderców, słabeuszy, nieudaczników, kiepskich, idiotów - i inwalidów, niestety."
Na usta ciśnie się kąśliwa uwaga: to czemu, p. Korwin-Mikke, pchasz się ciągle do telewizji?

Od kilku lat powtarzam nieustannie, że nikt bardziej nie przyczynia się w Polsce do wiecznej obstrukcji ruchu libertariańskiego niż Janusz Korwin-Mikke. Od ponad trzydziestu lat JKM powtarza swoje bzdury o niepełnosprawnych, dyktaturze, darwnizmie społecznym, cybernetyce, demokracji; jest arogancki i zacietrzewiony i robi wszystko, żeby ludzie myśleli, że wszyscy wolnorynkowcy to tacy sami aroganci jak on. Korwin ma od zawsze grono swoich zwolenników, którzy przełkną, niestety, nawet najgorszą bzdurę, jaka wyjdzie mu z ust. Tych ludzi nic nie jest w stanie wybudzić z hipnozy, w którą ich wprowadził.

Sam jestem publicystą w piśmie, które on sam założył i co tydzień widzę, jak Korwin i jego duch sprawia nieustannie, że "Najwyższy Czas!" odbierany jest jako pismo kołtunów i dla kołtunów. Niby JKM nie jest już właścicielem pisma, ale obecny właściciel panicznie boi się w nim cokolwiek zmienić. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że ludzie kupują "Najwyższy Czas!" nie dla mnie, lecz właśnie dla Korwina i Michalkiewicza oraz że równie dobrze całe pismo mogłoby się składać wyłącznie z ich felietonów i okładki, ale świadczy to wszystko o fatalnym w skutkach uroku, jaki Korwin rzucił na polskich libertarian. To w jego umyśle zrodziła się chora idea łączenia wolnego rynku z dyktaturą, karykaturalny mizoginizm i paternalizm. Tysiące ludzi odwiedza codziennie jego blog, aby dowiedzieć się, co JKM myśli na każdy temat, choć jego przemyślenia stoją na żenująco niskim poziomie. Ludzie w Polsce utożsamiają wolny rynek z Korwinem, choć w rzeczywistości jego poglądy to mieszanina jakiegoś chorego faszyzmu i konserwatyzmu.

Najgorsze zaś jest to, że żadna bzdura, która wyjdzie z jego ust nie jest w stanie na tyle zirytować wolnorynkowców, aby go wreszcie odrzucić i wyraźnie odciąć się od jego poglądów.

poniedziałek, 3 września 2012

Socjolodzy o libertariańskich skłonnościach

Nim socjologia przekształciła się w naukę podporządkowaną statystyce, na uczelniach całego świata można jeszcze było spotkać naukowców, którzy zgłębiali prawdziwe oblicze państwa. Wielu z nich dochodziło do jednoznacznie libertariańskich wniosków, choć dziś niewiele osób chce o tym pamiętać.

Przyczyn, dla których potulna dziś socjologia jeszcze w XIX w. wypowiadała kontrowersyjne tezy, szukać należy w nieokreślonym charakterze, jaki wówczas posiadała. Na uniwersytetach nie istniały jeszcze katedry socjologii, gdyż rozmaici naukowcy i filozofowie przecierali dopiero szlaki dla nowej dziedziny wiedzy, uprawiając ją często poza światem uniwersyteckim. Nauka uprawiana na peryferiach podatkowej aorty uniwersytetu ma o wiele większe skłonności do dążenia do prawdy, dlatego więc sporo dziewiętnastowiecznych socjologów uważało Lewiatana za instytucję jednoznacznie negatywną.
Źródeł libertariańskich skłonności wśród niektórych socjologów należy doszukiwać się w zrodzonej we Francji idei podboju jako źródła państwowych elit. Francja poznała smak krwawej rewolucji i dzięki temu na własne oczy mogła doświadczyć tego, jak bardzo pod względem etnicznym zmieniły się struktury władzy. Dzięki takim osobom, jak Charles Dunoyer, czy też Oliver Saint-Simon powstało pojęcie "klasy", które później do swego mizernego systemu zawłaszczył sobie Karol Marks. W pierwotnym rozumieniu terminem tym określano dwie antagoniczne grupy ludzi: żyjących z podatków oraz płacących podatki. Rzeczywistość społeczna była przez Dunoyera rozumiana jako nieustanny podbój dokonywany przez klasę wyzyskiwaczy (państwo) na klasie poddanych (społeczeństwo).
Wątki te wykorzystał polski socjolog Ludwik Gumplowicz, który stworzył własną koncepcję państwa, konfliktu oraz klas. Gumplowicz był z pochodzenia Żydem urodzonym w Krakowie, który należał wówczas do Monarchii Austro-Wegierskiej, w której skład wchodziło wiele narodowości. Posłużywszy się faktami z historii, sformułował teorię współczesnego państwa jako organizacji powstałej w wyniku podboju jednych narodów przez drugie. Klasycznym przykładem była wspomniana Monarchia, oparta na supremacji Węgrów oraz Austriaków. Węgrzy zjawili się w Europie późno, lecz zdołali podporządkować sobie słowiańskie plemiona, tworząc dla nich arystokrację.
Według Gumplowicza taki sam rodowód mają wszystkie państwa, które powstały na drodze agresji dokonanej na słabszych plemionach przez te silniejsze. Najpierw państwo (czyli zinstytucjonalizowana przemoc) posiadało kształt grup rodzinnych, w których władzę sprawowali starsi. Rodziny rosły jednak w liczbie i tworzyły plemiona. Wówczas plemiona zaczęły na siebie napadać i eksterminować siebie nawzajem. Prawdziwy przełom nastąpił jednak dopiero wówczas, gdy zamiast zabijać wrogów, zwycięzcy przystąpili do ich eksploatacji. Dla Gumplowicza zmiana ta stanowiła kamień węgielny państwa takiego, jakim znamy je współcześnie. Podbój stanowi zasadę istnienia państwa, które żywi się nieustanną grabieżą: wpierw dominowała chęć zniewolenia, dziś kluczowe są podatki.
Ponieważ jednak dwie klasy: zwycięzców i poddanych żyją obok siebie, nieuniknione jest stopniowe zacieranie się dzielących je różnic. Po jakimś czasie obydwie grupy tworzą nową wspólnotę, którą jest naród. (Klasycznym przykładem jest tu Anglia, w której język inteligencji i wyższych sfer bazuje w sporej mierze na francuskim, którym władali Normanowie, zaś język klas niższych posiada przewagę słownictwa typowo germańskiego, którym posługiwali się podbici Sasi.)
Charakterystyczne w myśli Gumplowicza było to, iż nie pozostawiał żadnych złudzeń co do rzekomej sprawiedliwości, jaką miałoby według większości osób zapewniać państwo. Prawo jest wtórne wobec państwa, gdyż to ono ustala je dla wszystkich poza sobą, bez względu na normy moralne. Sensem wszystkich wydarzeń związanych z państwem jest próba zdominowania jednych przez drugich, a nie szczytne cele, które są przy okazji deklarowane.
Gumplowicz, pomimo głoszenia tak wywrotowych tez, nie zawędrował ostatecznie na pozycje typowo libertariańskie. Na przeszkodzie stanęły być może jego deterministyczne poglądy, które skłoniłhy go głoszenia poglądu, iż państwo stanowi fundament cywilizacji. Deterministyczny materializm, który głosił socjolog z Krakowa, zawiera w sobie zawsze fatalizm, gdyż człowiek jest w tej wizji skazany na swój los. Według Gumplowicza państwo, pomimo swojej haniebnej genezy, stanowi pewien proces kulturotwórczy, poza którym nigdy nie będziemy w stanie funkcjonować.
Równie radykalne tezy głosił Franz Oppenheimer, który bezsprzecznie wzorował się na Gumplowiczu. O ile bowiem Polak funkcjonował wyłącznie w świecie niemieckojęzycznym, o tyle Oppenheiemer, który wyemigrował do USA, stał się nieco bardziej znany szerszemu światu. Oppenheimer przejął po Gumplowiczu teorię podboju jako czynnika państwotwórczego i rozwinął wątek charakteru wspólnej egzystencji zwycięzców oraz zwyciężonych. Najważniejsza teza rozważań Oppenheimera była taka, iż istnieją wyłącznie dwa możliwe sposoby zdobywania własności: przy pomocy środków ekonomicznych i politycznych. Pierwszy z nich jest typowy dla społeczeństwa wolnorynkowego, opartego na współpracy. Z kolei drugi cechuje państwo i jego reprezentantów. Stosowanie środków politycznych maksymalizuje przemoc w społeczeństwie oraz jest typowy dla grup, które od zarania ludzkości dążyły do podbicia innych oraz żerowania na nich. Koncepcja ta została później podjęta przez Alberta Jaya Nocka, autora libertariańskiego klasyka "Państwo - nasz wróg".
Nieco bardziej ograniczone wątki libertariańskie można znaleźć także w dziełach takiej socjologicznej sławy, jak Herbert Spencer. Jego teorie były zlepkiem wielu rozmaitych idei, takich jak: utylitaryzm, ewolucjonizm, czy też darwinizm, lecz pod względem politycznym obecnych było u niego wiele zdrowych elementów z tradycji sięgającej jeszcze Johna Locke'a. Swoje libertariańskie inklinacje Spencer zdradził przede wszystkim w książce: "Man versus the State", w której przekonywał, że państwo wcale nie jest instytucją niezbędną oraz że można je zastąpić instytucjami opartymi na dobrowolnym współdziałaniu wolnych jednostek. Jednostka jest pierwotna wobec społeczeństwa i jego woli oraz ma prawo żądać, aby państwo nie wtrącało się w jej losy.
Libertariańskie wątki były i są obecne także u innych socjologów, choć bez wątpienia nie w takim stopniu, jak u Gumplowicza, czy też Oppenheimera. Na pewno jednak wraz ze stopniową instytucjonalizacją nauki o społeczeństwie stały się nieporównanie rzadsze. Obecnie do grona najważniejszych socjologów zalicza się m.in. Maxa Webera, który jest autorem kilku mylnych, choć bardzo przydatnych dla uniwersyteckiego establishmentu teorii. Najważniejsze z nich to teza o rzekomych protestanckich korzeniach kapitalizmu oraz usilne forsowanie ideału nauki rzekomo wolnej od wartościowania.
Dziś socjologia państwa nie interesuje już prawie nikogo, gdyż jej rozwijanie oznacza przecież występowanie przeciwko jedynemu sponsorowi socjologów - państwu. Warto jednak pamiętać o pionierskich latach, gdy pasjonaci nowej nauki tworzyli teorie inspirujące ruch libertariański.
O socjologii państwa warto pamiętać także z innego powodu. Ruchy państwotwórcze wszak nie ustały, a historia ma dalszy bieg. Czymże innym był przecież PRL, jeśli nie inwazją dokonaną na Polakach przez lud sowiecki? Na naszych oczach powstaje właśnie nowe państwo - Unia Europejska, która mozolnie buduje swoje kadry identyfikujące się ze swoim sponsorem. "Europejczycy" mają mieć swoją kulturę, swój hymn oraz swoje własne organizacje. Czy znajdzie się socjolog, który opisze tę inwazję?