środa, 27 listopada 2013

W odpowiedzi Tomaszowi Telukowi



Gdy tylko przeczytałem tekst Tomasza Teluka krytykujący libertarian, postanowiłem zasiąść do mego złotego laptopa i napisać zdecydowaną ripostę.
            Nim podszedłem do swego mahoniowego biurka, przy którym bawiły się jeszcze moje dwa charty, musiałem zawołać służącego, aby wyprowadził je na spacer. Gdy uruchamiał się komputer, przyglądałem się rzeźbionym ornamentom na bokach klawiatury, którą kazałem specjalnie zamówić na północy Włoch. „W życiu liczy się tylko bogactwo, ale nikt oprócz nas, libertarian, tego nie rozumie” – pomyślałem sobie i przystąpiłem do pisania.
            Wkrótce w całym pokoju dał się słyszeć charakterystyczny łoskot moich złotych pierścieni uderzających o klawisze. Po kilku napisanych zdaniach urwał mi się jednak wątek, lecz na szczęście na ścianie naprzeciwko biurka miałem porozwieszane wielkie plakaty przedstawiające zdjęcia ludzkiej nędzy. Czarno-białe obrazy przedstawiały ubogich i tych, którym w życiu kompletnie nie wyszło. Ten miły dla każdego libertarianina widok przyprawił mnie o uśmiech na twarzy oraz przywrócił jasność umysłu. Pstryknąłem palcami i wróciłem do pisania.
            Szło mi teraz bardzo gładko, przede wszystkim dlatego, że jako libertarianin nie uznaję żadnych zasad, nawet zasad interpunkcji ani ortografii. O, gdyby mój polemista tylko wiedział, jak bardzo jestem nieposłuszny i niesubordynowany! Bywają takie momenty, że bezczelnie przechodzę na czerwonym świetle gdy nie jedzie żaden samochód, że jeżdżę więcej niż 90 km/h w terenie niezabudowanym, a nawet potajemnie nie płacę abonamentu radiowo-telewizyjnego. Lubię prowokować i gardzę tymi, którzy trzymają się zasad.
            Gdy razem z kolegami-libertarianami spotykamy się czasami, aby grać w piłkę, każdy z nas gra według własnych zasad. Może nie powinienem tego mówić, ale zawsze kończy się to chaosem, biedą i walką każdego z każdym. Ale nas, atlasów cywilizacji, takie rzeczy nie obchodzą. Jesteśmy egoistami i nie interesuje nas to, czy inni uznają, że strzeliliśmy bramkę, czy nie. Liczy się tylko to, co my myślimy, a nie jakiekolwiek zasady. Każdy ma prawo kopać piłkę tak, jak chce, a kto tego nie rozumie ten jest przebrzydłym zwolennikiem państwa!
            Wczoraj po piłce rozmawialiśmy w naszym libertariańskim gronie na temat nadchodzących obchodów święta pieniądza. Kolega, który jest wyższym kapłanem libertariańskiego egoizmu zaproponował, aby w czasie uroczystości oddać hołd naszemu skrywanemu idolowi – Barabaszowi. Facet miał przynajmniej jaja, a nie jak ci chrześcijanie, którymi gardzimy, tfu! Gdyby jeszcze ten cały Jezus pozwolił się bogacić, ale on się zupełnie nie znał na interesach. Z tego, co czytałem w pamiętnikach Barabasza, to chyba się ciesielką zajmował i taki z niego libertarianin.
            Ale dość tych dygresji, trzeba było dokończyć polemikę. Tak się rozpisałem, że zmuszony byłem odmówić prostytutki, gdyż my, libertyni…  to znaczy: libertarianie!, traktujemy naszą ideologię tylko i wyłącznie jako pretekst do totalnej rozpusty. Wkrótce zadzwonił też znajomy, z którym umówiłem się wcześniej na wyjazd do ośrodka pomocy społecznej w celu wyśmiania osób, które tam przychodzą. Był wściekły i mówił, że jeśli chcemy świata bez biedy i słabości, nie możemy odpuszczać takich okazji, ale gdy tylko mu powiedziałem, że odpisuje na polemikę największego znawcy i wroga libertarianizmu -Tomasza Teluka – od razu dał spokój.
            W końcu, powodowany pogardą dla cierpienia, napisałem tekst i wysłałem go do gazety. Buzujące mi w żyłach nienawiść i nieposłuszeństwo podpowiadały mi, że miałem rację. My, libertarianie, nigdy się nie mylimy i gotowi jesteśmy nawet pouczać sprzątaczki jak mają trzymać mopa zgodnie z naszą jedyną, słuszną ideologią, przy pomocy której chcemy tak naprawdę zniszczyć religię.
            Cholera, że też jeszcze nikt o nas nie nakręcił horroru!

środa, 20 listopada 2013

Ekumenizm a państwo





            Problem ekumenizmu zaczął się w momencie, gdy chrześcijaństwo zaakceptowało patronat państwa.
            Przez pierwsze trzy wieki po śmierci Chrystusa Kościół był organizacją zwalczaną przez państwo, a i ludzie Kościoła stronili od władzy. Idea ekumenizmu była wówczas rozumiana jako jedność wszystkich chrześcijan zamieszkujących Europę, Azję i Afrykę. Poszczególne kościoły lokalne zachowywały łączność z następcami św. Piotra oraz jedność wyznawanej wiary. Już wtedy istniały pierwsze herezje, lecz żadna z nich nie była w stanie się utrwalić, gdyż Kościół, jako instytucja prywatna, doskonale radził sobie z wszelkimi błędami doktrynalnymi. Relatywnie największą herezją był wówczas doketyzm, któremu jednak nie udało się nigdy zapuścić trwałych korzeni. Pozbawieni wsparcia ze strony ziemskich władców heretycy byli bezsilni i dlatego Kościół oczyszczał się z nich w dość sprawny sposób.
            Pierwsze poważne herezje, które przyczyniły się do dalszego nawarstwienia podziałów w chrześcijaństwie, pojawiły się dopiero po uczynieniu z chrześcijaństwa religii państwowej. Kościół był wciąż nominalnie jeden, ale za sprawą mariażu z władzą niemal w każdej dekadzie rozsadzały go od środka różnego rodzaju herezje. Praktycznie bez wyjątku herezje te były wspierane przez państwo. Cesarz Konstancjusz oficjalnie wspierał arianizm, który w pewnym momencie dominował nawet nad ortodoksją. Była to pierwsza wielka herezja, która swoją siłę czerpała właśnie ze wsparcia udzielanego przez państwo.
            W 395 roku Cesarstwo Rzymskie podzieliło się na dwie części, co miało niebagatelny wpływ na dalsze losy chrześcijaństwa oraz idei ekumenizmu. Gdyby Kościół nie przyjął państwowego patronatu, problemy, które wkrótce wynikły, prawdopodobnie nigdy by nie zaistniały. Jako organizacja stroniąca od państwa, mógłby z łatwością uniknąć wszystkich ciosów, które spadły na niego w kolejnych wiekach, lecz niestety górę wzięło mylne przekonanie, że chrześcijaństwo powinno być religią państwową. Kościół podzielił się więc na wzór władzy.
            Cesarstwo Zachodnie szybko upadło i dlatego chrześcijanie łacińscy byli przez kolejne wieki prawdziwym wzorem ortodoksji dla swych odpowiedników ze wschodu. Cesarze bizantyjscy aktywnie forsowali kolejne herezje: monofizytyzm, czy też ruch ikonoklastyczny. Gdy wpływy Cesarstwa Wschodniego w Italii całkowicie zanikły, a papiestwo zawarło wielki patronacki sojusz z Frankami tworząc nowe Cesarstwo, pojawiła się najważniejsza przesłanka do wielkiej schizmy. Błędna idea chrześcijaństwa jako religii państwowej zaowocowała tym, iż dwa wielkie „chrześcijańskie” państwa chciały zyskać wyłączność dla swego patronatu. Ostatecznie w 1054 roku doszło do trwającego podziału między chrześcijanami, który jednocześnie stał się matrycą kolejnych podziałów oraz zaczynem dla współczesnej mutacji idei ekumenizmu. Odtąd każdy władca potężnego państwa będzie chciał utworzyć własny kościół i w tym celu aktywnie wspierał twórców kolejnych herezji.
            Dopóki władza na zachodzie Europy była słaba, ryzyko zaistnienia nowych podziałów było znikome. Jednakże począwszy od XIV wieku narastały tendencje wzmacniające władze, których motorem napędowym byli późnośredniowieczni heretycy. Zapowiedzią nadchodzącej katastrofy była Wielka Schizma Zachodnia (1378-1417), kiedy to Francja rzuciła wyzwanie Cesarstwu chcąc przejąć rolę wyłącznego państwowego patrona Kościoła. Schizmę udało się na chwilę uciszyć, lecz powróciła niczym wezbrana fala wraz z Reformacją.
            Zasadniczym skutkiem Reformacji było pojawienie się setek nowych heretyckich wyznań i sekt, które walczyły ze sobą oraz z katolicyzmem skażonym akceptacją dla państwa o uczynienie z nich religii państwowych. Katolicy zachowali kontrolę w wielu krajach, lecz w wielu innych zwyciężyli kalwini i luteranie, którzy natychmiast przystąpili do utworzenia kościołów państwowych. Schizma z 1054 roku uległa fatalnemu w skutkach zwielokrotnieniu przede wszystkim dlatego, iż ludzkimi umysłami bez reszty zawładnęło przekonanie, iż wiara chrześcijańska może być pogodzona z instytucją państwa. Gdyby nie to przekonanie, żadna ze schizm najprawdopodobniej nigdy nie miałaby miejsca, gdyż heretyków nie broniliby władcy państw. Czemuż zresztą mieliby to czynić, gdyby ortodoksyjnym stanowiskiem chrześcijaństwa było zdystansowanie się od państwa? Reformacją Bóg wystawił chrześcijanom rachunek za wielki błąd, którego dopuścili się w 313 roku.
            Wziąwszy przykład z Zachodu, chrześcijanie wschodni dokonali kolejnej schizmy, tworząc w 1589 roku Patriarchat Moskiewski. Przyczyna była dokładnie taka sama – Moskwa chciała być nowym imperium, „nowym Rzymem”. Utworzenie polskiego kościoła państwowego postulowali nawet polscy Sarmaci, lecz na szczęście ich pomysł nie został zrealizowany. W wyniku tych wszystkich schizm jedność chrześcijan stała się wielkim mitem. W XVI i XVII wieku podzieleni chrześcijanie stoczyli na dodatek szereg krwawych wojen, przy pomocy których chcieli sobie udowodnić czyje państwo będzie rzekomo lepszym patronem wiary.
            Gdy już upuścili sobie nawzajem zbyt wiele krwi, zaczęli rozmyślać nad tym, w jaki sposób powstrzymać dalsze masakry i wojny. Rozwiązanie było proste: wystarczyło wycofać się z mylnego przekonania o możliwości pogodzenia ze sobą wiary i państwa, lecz zarażone statolatrią umysły tamtej epoki przystąpiły do ideologicznej ofensywy. Tak właśnie zrodził się współczesny ekumenizm, rozumiany jako idea łączności katolików z heretykami za wszelką cenę.
            Nowożytny ekumenizm zrodził się w krajach protestanckich, w których liderzy poszczególnych ugrupowań zauważyli z przerażeniem, że podziały w ich łonie coraz bardziej się nasilają, zaś Kościół katolicki pozostaje monolitem (szacuje się, że istnieje dziś aż 33 tysiące odmian protestantyzmu!). Zdawali sobie doskonale sprawę z tego, że podziały w ich własnym gronie osłabiają ich w konfrontacji z ortodoksją i dlatego podjęli intelektualną ofensywę. Podstawowym punktem tejże ofensywy była koncepcja zasadniczych prawd wiary, łączących wszystkie wyznania. Rozmaici teolodzy i filozofowie protestanccy wysuwali różnorakie propozycje tzw. minimum, w które każdy wierzyć powinien, bez względu na wyznanie („wszyscy wierzymy w jednego Boga” itd.). Chciano w ten sposób stworzyć kolejną platformę do dalszych podziałów, gdyż chrześcijaństwo zredukowane do kilku dogmatów dawałoby jeszcze większe pole do teologicznych nadużyć.
            Szczytowe zainteresowanie ideami ekumenicznymi w świecie protestanckim przed ich ponownym triumfalnym wypłynięciem na powierzchnię u schyłku XIX wieku miało miejsce tuż po Wojnie Trzydziestoletniej. Głównymi ośrodkami protestanckiego ekumenizmu stały się Moguncja i Hanower. Jednym z najsłynniejszych zwolenników idei połączenia różnych wyznań w jedno w oparciu o tzw. „minimum wiary” był luterański pastor Georg Calixtus (1586-1656). Głoszone przez niego poglądy spolaryzowały cały protestancki świat, otrzymując nazwę „synkretyzmu”. Podobne poglądy głosił także kalwiński duchowny John Dury (1596-1680), który w ramach swojego ekumenicznego zapału przyjechał nawet specjalnie do Niemiec, aby połączyć ze sobą kalwinów, luteranów i pozostałe odłamy protestantyzmu. Swoich apostołów ekumenizm miał też w Polsce, gdzie działali Bartłomiej Bythner (1559-1629), czy też Daniel Kałaj (? – 1681) – kalwińscy ministrowie. Pod wpływem ich działań w 1645 roku w Toruniu doszło nawet z inspiracji króla Władysława IV do tzw. Colloquium Charitativa, czyli braterskiej rozmowy wszystkich wyznań, lecz na szczęście nie udało się wówczas ustalić żadnego minimalnego zestawu prawd wiary.
            Podstawową przyczyną, dla której XVII-wieczny ekumenizm inspirowany przez protestantów nie zyskał trwałych podstaw było ich skupienie się na jedności wyznań protestanckich. Niechęć do wyznania rzymskiego była jeszcze wówczas zbyt silna, aby ekumenizm rozumiany jako jedność z heretykami mógł zyskać powodzenie.
            Jednakże u schyłku XVII wieku protestanccy teolodzy zyskali nowego sojusznika w postaci Gottfrieda Leibniza. Ów słynny matematyk (i niezbyt wybitny, choć niezmiernie modny filozof), był nominalnie luteraninem, lecz jak to na „racjonalistów” przystało, rzadko lub prawie w ogóle nie nawiedzał świątyń. Ten niezmiernie dumny filozof otwarcie stronił od religii opartej na prawdach wiary i w zamian postulował „religię filozoficzną”, która miałaby stanowić wspólny fundament dla wszystkich wyznań. Traktując swoje własne przemyślenia jako nadrzędne wobec dogmatów, którymi zresztą gardził, Leibniz zaangażował się w pewnym momencie w projekt bliźniaczo podobny do współczesnego ekumenizmu.
            W latach 60. XVII wieku nadworny filozof Elektora Hanoweru opracował więc zestaw tzw. „minimum dogmatycznego”, noszący nazwę Demonstrationes Catholicae, który później Elektor przedstawił papieżowi. Nawiązał także kontakty z katolickimi biskupami i duchownymi (jak choćby z Bossuetem), przekonując ich do konieczności stworzenia nowej, ekumenicznej religii. Gdy jego trwające kilka dekad wysiłki spełzły na niczym, tuż przed nastaniem XVIII wieku podjął nowy plan unifikacji protestantyzmu i prawosławia. W swoich działaniach był nieco osamotniony i dlatego nigdy nie udało mu się doprowadzić do obranego przez siebie celu, który, jak można się domyślać, miał potwierdzić jego wielkość jako myśliciela.
            Idee Leibniza nie zginęły jednak bezpowrotnie i podjęto je ponownie, gdy sytuacja geopolityczna uległa sporym zmianom. Na przełomie XIX i XX wieku duchowni i teolodzy protestanccy zrozumieli, że nadszedł czas na kolejną, tym razem decydującą ofensywę. Tym razem głównymi rzecznikami idei „redukcji dogmatycznej” byli m.in. anglikański duchowny George Bell (1883-1958) oraz szwedzki pastor Olaf Söderblom (1866-1931), którego uhonorowano nawet w 1930 roku Nagrodą Nobla. W 1948 roku w Amsterdamie założona została Światowa Rada Kościołów, do której na szczęście nie należy nadal Kościół Katolicki. Zgromadzeni w tej organizacji protestanci i przedstawiciele pomniejszych wspólnot wspólnie lobbują od tej pory na rzecz zaprószenia idei ekumenizmu w łonie Kościoła.
            To nie przypadek, że inicjatorami ruchu ekumenicznego byli protestanci oraz „racjonalistyczni”, zeświecczeni filozofowie. O ile Kościół katolicki od czasów Konstantyna żył w symbiozie z państwem, o tyle protestantyzm uczynił z religii służkę państwa. W krajach, gdzie protestantyzm uczyniono religią państwową, doszło do najliczniejszych aktów apostazji oraz zeświecczenia (czyli przejęcia przez państwo sfery oddziaływania Kościoła). Herezje Lutra, Kalwina, Zwingliego, czy też Serweta poczyniły wielkie zniszczenia w społeczeństwach żyjących zgodnie z ich nakazami, a następnie poszukiwały nowego gruntu do rozprzestrzenienia. Stąd właśnie dążenie do stworzenia nowej religii ekumenicznej, która dałaby podstawy do dalszych podziałów i herezji. Co jednak najważniejsze, główni ideolodzy ekumenizmu dążyli niezmiennie do tego, aby „nadzorcą” religii ekumenicznej było państwo – do tej idei namawiają także dzisiaj.
            Współcześnie ekumenizm bywa wspierany nawet przez wrogów Kościoła, którzy doskonale wiedzą, że fałszywa jedność, którą głosi ekumenizm, tak naprawdę jedynie wzmacnia podziały wśród chrześcijan. Tak właśnie czynili m.in. komuniści w Polsce, aktywnie wspierając wszelkie ekumeniczne tendencje w polskim Kościele. Tworzenie wspólnej płaszczyzny wiary nie pomoże przynieść jedności – ta może zostać przywrócona jedynie wówczas gdy obecne herezje utracą patronat państw. Największe wyznania chrześcijańskie, poza katolicyzmem, są bowiem do dziś religiami państwowymi (np. anglikanizm, luteranizm szwedzki, norweski i duński, czy też prawosławie). Od XIX wieku Kościół nie ma już swojego cesarstwa, które byłoby jego patronem, dlatego współcześnie, jak nigdy przedtem, pojawiła się szansa na samoczynne oczyszczenie się z herezji. Schizmatycy to czują i stąd właśnie ich ogromne wysiłki na rzecz propagowania idei ekumenizmu. Doskonale wiedzą, że jeśli teraz nie uda im się przypuścić ideowej ofensywy, ich własne wyznania czeka naturalna śmierć, szczególnie w obliczu postępującej laicyzacji świata zachodu – wywołanej właśnie przez mariaż z państwem.
            Zdecydowana większość dzisiejszych protestantów i prawosławnych pozostaje przy swoich wyznaniach także dlatego, że w ciągu ostatnich wieków stały się one niejako religiami narodowymi. Większość narodów świata ma swoje własne wyznanie, które traktuje jako element państwowej tożsamości i choć najczęściej niewiele jest osób je praktykujących, ludność szanuje je jako element konstytutywny swojego państwa.
Choć wielu osobom może się to wydać paradoksalne, to właśnie idea sojuszu tronu z ołtarzem oraz chęć uniwersalizmu religijnego pod patronatem potężnego władcy przyczyniła się do wystąpienia wszelkich schizm i większości herezji. Współczesny Kościół, który ponownie stał się organizacją prywatną i powszechną, stoi przed wielką szansą na odciągnięcie wielu chrześcijan od schizmatyckich wyznań. Musi tylko stanowczo odmawiać partycypacji w ekumenicznym ruchu oraz trzymać się z dala od państwa. Historia pokazuje, że Kościół doskonale samoczynnie oczyszcza się z większości błędów o ile tylko stroni od Lewiatana.

czwartek, 26 września 2013

Geniusz Jana Ludwika Wolzogena

Moja fascynacja myślą Jana Ludwika Wolzogena (1599-1661) wciąż rośnie. Co prawda nie przyłączam się do jego rozważań natury teologicznej (np. negacji istnienia Trójcy Św., ikonoklazmu, czy też postulatu liczbowej redukcji dogmatów), lecz poglądy, które głosił na temat relacji wierzącego do państwa są absolutnie przełomowe.

Bardzo cieszy mnie, że ktoś zadał sobie trud przetłumaczenia mojego tekstu na temat Wolzogena na język francuski (dostępny tutaj). (Oryginał polski dostępny tutaj). Jego libertariańska niezgoda na państwo była absolutnie przełomowa, choć Wolzogen wskazywał, że pierwotnie właśnie tak myślano. To wielka szkoda, że spośród jego pism na język polski przetłumaczono zaledwie nieliczne fragmenty. (Znających łacinę zachęcam do tłumaczenia).

Dziś zamiast moich własnych przemyśleń postanowiłem więc opublikować kilka genialnych myśli Wolzogena. (Wszystkie cytaty za: (red. i tł. Zbigniew Ogonowski, Filozofia i myśl społeczna XVII wieku, cz. I, PWN, Warszawa 1979).

"Kościół znajduje się wprawdzie wewnątrz królestwa; lecz nigdy (chyba) nie było prawdziwego Kościoła, jak tylko wewnątrz państwa niechrystiańskiego. Apostołowie, ewangeliści, prorocy, pasterze, doktorzy i starsi nie królowali w kościele ani nie królują przez sprawowanie władzy świeckiej, ale pomimo tego kierowali nim i nadal kierują."

"Przy pomocy mądrości przekazanej w Ewangelii mogą starsi w kościele należycie spełniać swój obowiązek, ponieważ tego rodzaju mądrość jawnie zawiera się w Ewangelii; królowie natomiast i sędziowie w królestwie nie mogą, ponieważ w Ewangelii nie ma zawartej żadnej wskazówki co do rządzenia państwem. Co zaś się tyczy rządzenia państwem, nie można było niczego podać dokładniej niż w Zakonie ustanowionym przez Boga za pośrednictwem Mojżesza. A odkąd Zakon został zniesiony, nie ma nic bardziej nieprzydatnego do politycznego i świeckiego rządzenia państwami, niż nauka Chrystusa".

"Nikomu nie wolno czynić przeciwnie, niż czynił Chrystus. Już zaś być małżonkiem, włodarzem, rzemieślnikiem, kupcem nie jest przeciwne temu, co czynił Chrystus, lecz tylko odmienne. Natomiast być królem, żołdakiem, i wrogów ścigać orężem oraz zabijać, jest w ogóle nie tylko odmienne, lecz nadto przeciwne uczynkom Chrystusa".

Wolzogen postulował nie tylko nieinicjowanie przymusu, ale i powstrzymanie się od wszelkiego przymusu, przez co znacznie podwyższył sobie moralną poprzeczkę. Ten element wykracza już poza libertarianizm, który przecież dopuszcza stosowanie przymusu w odwecie lub w obronie. Jednakże Wolzogen idzie jeszcze dalej:

"Że jednak owe środki zwyczajne i prawne, przez które by chrystianie unikali krzyża, nie są orężem, już zostało już wykazane. Mógł również Chrystus przez oręż, bądź ludzki, bądź boski, uniknąć krzyża, lecz nie chciał się nim posłużyć, by nas nauczyć, że nie jest on prawnym środkiem do uniknięcia krzyża. Na nas bowiem nie inaczej niż na Chrytsusa włożony jest obowiązek dźwigania krzyża na co dzień, a zatem nie inaczej niż on winniśmy się powstrzymać od broni"

- brzmi heroicznie i wypada postawić pytanie, czy Wolzogen rzeczywiście nigdy się nie bronił tak właśnie interpretując chrześcijaństwo. Bez względu jednak na to jego pacyfizm można ograniczyć do zasady nieinicjowania agresji - w moim przekonaniu jest to rozwiązanie bardziej zgodne z duchem Ewangelii.


wtorek, 24 września 2013

Państwo i jego wyznawcy.

Od lat mówi się, że Europa staje się coraz bardziej ateistyczna, a w ślad za nią także i inne regiony świata. To nieprawda - wielkim bogiem naszych czasów jest państwo, w które wierzy ogromna liczba ludzi, pomimo deklarowanej przynależności do innych religii, np. chrześcijaństwa, islamu, czy też buddyzmu. Oto kilka punktów, które pozwalają lepiej zrozumieć mój pogląd.

zbawienie - według wyznawców państwa jego wielkim dziełem jest zbawienie człowieka... przed nim samym. Każdy zwolennik państwa przekonuje, że bez Lewiatana panowałyby właściwe ludzkiej naturze chaos, terror i anarchia. Ludzką "grzeszną" naturę może zbawić tylko państwo ustanawiając swój monopol inicjowania przemocy. 

święci - każde państwo ma swoich świętych - swoich ojców założycieli i wielkich "mężów stanu". Np. w Polsce trwa wciąż walka o beatyfikację Piłsudskiego czy też Kaczyńskiego, lecz już dawno dokonano wyniesienia na ołtarze królów, np. Bolesława Chrobrego, Kazimierza Wielkiego itd. 

modlitwa - głoszenie wielkości państwa jest obowiązkowym elementem wszelkiego rodzaju uroczystości, np. rocznic, meczów sportowych, czasami także obrzędów kościelnych. Każdy wierzący w państwo czuje się w obowiązku oddać hołd wielkiemu dziełu pobierania podatków i stosowania środków przymusu w obliczu niewiernych, tj. libertarian. 

wiara w cuda - niewierzącym w potęgę i dobroć państwa każe się nieustannie wierzyć w cuda, które ono rzekomo dokonuje. Według przekazu religijnego państwo wspiera gospodarkę, pobudza inwestycje, zapewnia pokój i dobrobyt, pomaga biednym, rozdziela sprawiedliwość. Nikt nigdy nie widział tego na oczy, ale mimo to wiara w państwo jako sprawcę cudów nie ustaje. 

świątynie - każde państwo ma swoje własne świątynie, w których celebruje się "mężów stanu" i ich wiekopomne czyny dokonane dla zbawienia ludzkości. We Francji, czy też Rumunii rolę tą pełnią panteony, w Polsce Wawel i inne nekropolie oraz siedziby władzy. Czasami funkcję tą spełnia np. siedziba parlamentu, którą każe się odwiedzać dzieciom ze szkół.

święte pisma - w świecie zachodu świętymi pismami państwa są pisma chorych na przerost wyobraźni filozofów, jak np. Rousseau, Kanta, Hegla, Hobbesa, czy też współczesnych gwiazd bełkotliwej filozofii, które zawierają ideologiczne usprawiedliwienie instytucji państwa. Za publiczne spalenie ich dzieł nie spotka Cię kara tak, jak w islamie, lecz głoszenie idei godzących w płynący z nich przekaz zaciąga na Ciebie karę milczenia i ostracyzmu. 

religijni liderzy - przywódcy państw są bożyszczami tłumów, które błogosławią ich wypowiedziom. Wizyty prezydentów i premierów mają w sobie coś z peregrynacji świętych obrazów lub relikwii - ludzie okazują im szacunek w przekonaniu, że reprezentują ze sobą coś bardzo ważnego. 

święta idea państwa - państwo ma status świętości, która zawsze pozostanie czysta. To źli ludzie i złe partie wykorzystują Lewiatana do swoich niecnych celów, ale państwo zawsze będzie krystalicznie dobre i zasługujące na nowy start, pomimo wielomilionowych ludobójstw, rzezi i katastrof przez nie wywołanych. 

Dobro państwa dobrem najwyższym - dla dobra państwa ludzie są w stanie oddać życie na wojnie, zrzec się całego swojego dobytku oraz nieustannie godzą się na wzajemne wywłaszczanie wszystkich przez wszystkich. Przedkładają w ten sposób abstrakcyjne dobro państwa nad dobro drugiej osoby i dobro własne. To wymaga naprawdę wielkiego religijnego zapału. 


A jeśli chodzi o mnie, to nie potrafię wyznawać dwu religii naraz i dlatego odrzucam wiarę w państwo.

sobota, 7 września 2013

Dziś mówię, jak jest

To będzie krótki wpis, bo przecież to sobotni wieczór, a na dworze wciąż ponad 20 st.

Mariusz "Max" podbija serca polskich internautów. Profesjonalny videoblog, nagrywany z poczuciem humoru i pełen prawicowych treści, zapewniły mu naprawdę spory sukces. Przyznam, że ogląda się to z przyjemnością, tzn. biorąc pod uwagę umiejętności dziennikarskie itd.
Jest tylko jedno, WIELKIE, "ale". Otóż Mariusz "Max" nie kryje przed swoimi widzami, że po blog sięgnął dopiero wtedy, gdy mu władzuchna odmówiła dostępu do państwowej telewizji. Kolonko jest z tego powodu wściekły jak szerszeń, który dostał kapciem i szuka okazji, by się odgryźć. Czy słyszycie, ile w jego wypowiedziach sarkazmu, jak bardzo kpi z tych, którzy zakręcili mu kurek z podatkami?

Oto znak naszych czasów:  państwowy urzędnik, jakim przez lata był "Max", przechodzi do partyzantki, biorąc na sztandary prawicowe hasełka i stroi się w najbardziej niepoprawnie myślącego skurczybyka w internecie, który "mówi, jak jest". Przez lata, jeszcze jako nastolatek, oglądałem jego relacje z USA w TVP i wtedy jakoś dziwnie był potulny jak baranek. Chyba wyniuchał, że idzie zmiana władzy...

Panie Kolonko, skoro mówi Pan jak jest, to proszę choć raz powiedzieć, jak wielką ściemą jest państwowa telewizja, za którą Pan tęskni jak za ziemią obiecaną. Niech Pan powie co nieco o tej całej ściemie, w której Pan przez lata brał udział.

środa, 4 września 2013

Kwestia obuwnicza

Cały spór rozgorzał w momencie, gdy lewicowy minister obuwia, Mikołaj Podatkolub, ogłosił zamiar wprowadzenia głębokich zmian w wymiarze obuwniczym.
Zmiany te, które media nazwały wkrótce „szewską rewolucją”, były faktycznie daleko idące i w niczym nie przypominały dotychczasowych kosmetycznych zmian dokonywanych przez szefów resortu obuwniczego. Zgodnie z nowymi propozycjami od 1 stycznia nowego roku do 90% rabatu na nową parę butów miały być też uprawnione pary homoseksualne, do grona oficjalnych projektantów obuwia mieli być też dopuszczeni muzułmanie, a na butach oficjalnie zatwierdzonych do noszenia przez ministerialną Komisję Wygody i Dobrego Gustu mogły się odtąd pojawiać podobizny Che Guevary oraz sierp z młotem. Na dodatek z podeszew produkowanych co roku na potrzeby członków służby cywilnej miał zniknąć znak krzyża.
Rząd wiedział, że zmiany spotkają się z głośnym sprzeciwem opozycji, ale w obliczu spadających notowań oraz zarzutów, że staje się zbyt zachowawczy, postanowił przypodobać się lewicowym kręgom. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Następnego dnia „Gazeta Polska Codziennie” na pierwszej stronie grzmiała: „Lewicowy zamach stanu na buty”. W komentarzu redakcyjnym redaktor naczelny pytał: „Dziś przejmują kontrolę nad obuwiem; co będzie jutro? Liberalizacja wymiaru obuwniczego stanowi kolejny etap destrukcji ważnego sektora gospodarki. Wstępem do ostatnich zmian była dokonana przed dwoma dekadami dzika prywatyzacja Polskiego Obuwia. III RP wpierw porozkradała majątek narodowy, a teraz decyzją ministra Podatkoluba głośno rechocze z patriotycznych uczuć Polaków”.
Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej Jarosław Kaczyński grzmiał, że wyrzucanie Boga ze sfery obuwniczej to zamach na same podstawy chrześcijańskiej cywilizacji. „Liberalnym elitom może się wydawać” - mówił - „że dopuszczając do refundacji obuwia pary homoseksualne stają się bardziej postępowe i tolerancyjne. My tak rozumianej tolerancji mówimy stanowcze nie!”. Choć było to spotkanie dla mediów, obecni na nim członkowie PiS zareagowali burzą oklasków. „Będziemy walczyć tak długo, aż zwyciężymy!” - dodał „genialny strateg”.
Tymczasem w południe doszło też do incydentu, który przykuł uwagę wszystkich mediów. W czasie panelu dyskusyjnego zorganizowanego na gdańskim uniwersytecie minister Podatkolub został rzucony w głowę kaloszem przez grupkę ogolonych na łysko kibiców. Gdy zjawiła się policja, napastnicy krzyczeli wulgarnie „Le-wa-ku! Zostaw polski but!”. Wówczas głos zabrał premier Tusk, który stwierdził, że nie pozwoli na to, aby w Polsce panoszył się faszyzm. Zapytany o to, czy zmiany w wymiarze obuwniczym nie są zbyt daleko idące odpowiedział: „Polska jest demokratycznym krajem i dlatego nie możemy sobie pozwolić na to, aby tak ważna dziedzina, jak służba obuwnicza była zamknięta na poglądy i przekonania bardzo licznej części społeczeństwa. Państwowa służba obuwnicza to wielka zdobycz demokracji i musimy jej strzec, gdyż wolność nigdy nie jest dana raz na zawsze”.
Ponieważ sprawy zaszły już tak daleko, nikt nie zamierzał ustępować. Rozgorzała prawdziwa ideowa walka, która przetoczyła się przez całą Polskę. Środowiska patriotyczne poczuły się szczególnie dotknięte telewizyjnym show Kuby Wojewódzkiego, który pod koniec tygodnia zaprosił do swojego programu zaprzyjaźnionego z lewicą projektanta butów, aby następnie na oczach kilku milionów widzów spalić z nim parę urzędniczych butów z charakterystycznym krzyżem na podeszwie.
W odpowiedzi na to redakcja „Naszego Dziennika” wytoczyła Wojewódzkiemu proces o publiczne znieważanie symbolu religijnego. W weekendowym dodatku dziennik zamieścił też specjalny dodatek przedstawiający historię polskiego obuwnictwa. Dziennikarze ukazywali w nim bogate tradycje Rzeczpospolitej oraz przekonywali, że państwowa produkcja butów stanowi jedną z podstaw rodzimej tradycji. „Buty stanowią o naszej narodowej tożsamości” - przekonywał jeden z autorów dodatku - „dlatego nie możemy dopuścić do tego, aby lewicowe kręgi zawładnęły tak bardzo strategiczną dla Polaków dziedziną. Wyrzucanie Boga z butów oraz zastępowanie go lewicowymi bożkami to signum temporis. Nasza kultura oddala się od swych źródeł”.
Na nieco inną argumentację zdobył się tymczasem tygodnik „W Sieci”, który przedstawił na swych łamach krótką historię szycia butów z ekonomicznego punktu widzenia”. Autor jednego z tekstów przekonywał, że do czasu powołania państwowej służby obuwniczej oraz wprowadzenia obowiązkowej składki obuwniczej większa część ludzkości żyła bez butów. Jedno ze zdjęć w gazecie przedstawiało ubranego w wysokie skórzane buty przemysłowca z XIX wieku rozmawiającego z bosymi pracownikami. Podpis pod zdjęciem wyjaśniał: „Kapitalizm przyniósł postęp techniczny, ale jednocześnie wielkie kontrasty. W niektórych regionach Galicji wskaźnik bezobuwia wynosił aż 30%”. Tuż obok widniało też zdjęcie człowieka w meloniku na głowie, który jako pierwszy wprowadził składkę obuwniczą, dzięki której już w 1873 roku każdy mieszkaniec wsi miał przynajmniej jedną parę drewnianych chodaków.
Udający się na niedzielne msze Polacy zapoznawali się także z listem Episkopatu Polski, który w ostatniej części wyrażał ostrą dezaprobatę dla ostatnich posunięć rządu. Biskupi pisali: „Nasz kraj, który przez ponad tysiąc lat żył w zgodzie z Bogiem, próbuje dziś z nim walczyć. To smutne, że krzyż znika z naszych podeszew, a refundacja staje się dostępna także dla osób żyjących w związkach homoseksualnych. Zamiast cywilizacji miłości, do której wzywała nas papież Jan Paweł II, budujemy dziś cywilizację śmierci i liberalizmu”.
Tymczasem już następnego dnia temperaturę politycznego sporu jeszcze bardziej podgrzał Ruch Palikota, który ogłosił zamiar przekonania ministra Podatkoluba do likwidacji jakichkolwiek dotacji dla małżeństw katolickich. Do refundacji miały być uprawnione jedynie związki o charakterze niereligijnym, co członkowie partii uzasadniali koniecznością poszanowania zasady świeckości państwa. Zgodnie z propozycjami Ruchu 90% refundacji na obuwie przysługiwałoby tylko związkom cywilnym.
W internecie oraz niektórych gazetach pojawiły się wprawdzie głosy przekonujące, że państwo nie powinno w ogóle ingerować w rynek obuwniczy, a całe Ministerstwo Obuwia wraz z pobieraną na jego rzecz obowiązkową składką obuwniczą powinno zostać zniesione, lecz medialny mainstream nie poświęcił im zbyt wiele uwagi. Jan Pospieszalski nie zaprosił do swojego programu żadnego głosiciela tych właśnie poglądów, a jego goście przez prawie godzinę pomstowali na niszczycieli tradycyjnych, obuwniczych wartości. Jeden z nich przekonywał także, że refundacja obuwia dla par homoseksualnych będzie nadmiernie obciążała budżet, gdyż osoby homoseksualne bardzo często zmieniają partnerów.
A gdy kwestia obuwnicza nieco przycichła, na wokandę publicznego dyskursu politycznego trafiły inne kwestie: emerytur i rent, szkół, rolnictwa, służby zdrowia, transportu, telewizji i setki innych. I choć wydawałoby się, że granice absurdu i ludzkiej głupoty zostały już dawno przekroczone, zawsze znajdował się ktoś, kto podbijał stawkę, a tworzone na bieżąco pseudoproblemy rozpalały społeczeństwo do politycznej czerwoności.

I tak paplali i paplali, a państwo rosło w siłę.

niedziela, 1 września 2013

"Sieci" coraz bardziej idiotyczne

Jak już zapewne czytelnicy tego bloga wiedzą, co jakiś czas przyjaciel naszej rodziny przywozi nam pobożno-socjalistyczną prasę z ostatnich kilku tygodni. Zazwyczaj w weekendy mam okazję przeczytać co nieco, żeby być nieco na czasie z prawicowymi rojeniami.
Gazet typu "Sieci", "Gazeta Polska", czy też "Do Rzeczy" nie zaszczycę nigdy kupieniem ich w kiosku, gdyż są to gazety propaństwowe i żałosne w swojej czci dla tego, co podatkopochodne. Tak samo nie kupuję nigdy "Newsweeka", "Polityki", czy też "Wprost", bo treści są tam dokładnie te same, choć tylko przybrane w lewicowe ciuszki.

Spośród tych gazet na prawdziwe szczyty głupoty wznosi się od niedawna szczególnie jedna - "Sieci".
Na moim biurku leży właśnie numer 29 z 22-28 lipca 2013 roku i śmiem twierdzić, że jest to najbardziej idiotyczny numer w historii pisma. Pobożni socjaliści zeszli na prawdziwe niziny bałwochwalczej miłości dla państwa. Pozwólcie, że wysłowię się przy pomocy punktów:

1. Barbara Fedyszak-Radziejowska w tekście "Trzej uwodziciele, jedna bajka" przekonuje, że Tusk, Bauman i Korwin-Mikke są tacy sami i łączy ich... marksizm (!). Zawsze myślałem, że Magdalena Środa jest postacią groteskową, ale Fedyszak-Radziejowska ją zdecydowanie pobiła.

2. Andrzej Zybertowicz kończy swój żałosny felieton takim oto passusem: "Dziś rozbiorą nam KGHM. Jutro oddzielą Polaków od Kościoła. Pojutrze zapomnimy o Polsce".
Rzeczywiście, po prywatyzacji KGHM-u każdy prawdziwy Polak powinien strzelić sobie w łeb.

3. Janusz Szewczak (SKOK) podejmuje w tekście "Jak odzyskać banki" pomysł Łukaczenki, aby znacjonalizować banki i oddać je w ręce Szewczaków. Upss...  przepraszam! - chciałem powiedzieć: Polaków.

4. Krzysztof Czabański w tekście "Bój o media" pisze o tym, że PO niszczy publiczną telewizję i radio na co "nie może być zgody", "bo media te są nasze, to nasza obywatelska własność".
Niespełniony komuch.


Za sprawą "Sieci" w Polsce pojawił się pierwszy o tak dużym zasięgu tygodnik anty-rynkowy i antykapitalistyczny. "Polityka", czy "Newsweek" są lewicowe, ale nigdy nie znajdziemy tam aż takiego zagęszczenia tekstów szkalujących wolność gospodarczą oraz idee libertariańskie. "Sieci" stają się coraz bardziej antyliberalne, a lewica z chęcią przyjmuje etykietę "liberalizmu" i siłą rzeczy także niektóre idee liberalne.

Powtórzę jeszcze raz: SZMATA ZAŁGANA.

środa, 28 sierpnia 2013

Obłędny miesiąc

Kończący się sierpień upłynął wszystkim prawdziwym prawicowcom na dyskusji o Powstaniu Warszawskim, a ściślej rzecz ujmując o książce Piotra Zychowicza "Obłęd '44". Każdy szanujący się pobożny socjalista czuł się zobowiązany do opowiedzenia się po którejś ze stron konfliktu: bić się czy nie bić. Samemu dylemat jest oczywiście ogromnie ciekawy i istotny z punktu widzenia najnowszej historii - dzięki niemu można niczym na papierku lakmusowym odczytać nastawienie publicystów i polityków do wielu istotnych kwestii. Jednym słowem: temat rzeka.

Przy okazji nie kończących się dyskusji na temat Powstania można było jednak usłyszeć wiele zdumiewających argumentów, które są w stanie podnieść wyłącznie państwowcy. Otóż mieliśmy do czynienia z rozmaitymi rachunkami dotyczącymi liczby zmarłych cywilów, żołnierzy, uwolnionych z łagru dzięki Paktowi Majski-Sikorski, ofiar innych wywózek. Jednym słowem: państwowcy dokonywali przez ostatnie tygodnie rachunku matematycznego dotyczącego ludzkich istnień.

Co jednak najważniejsze, spór dotyczy kwestii, która według mnie nie posiadała prostego rozwiązania. Z jednej strony na pewno bowiem wywoływanie powstania z nadzieją na pomoc Sowietów było aktem skrajnej naiwności; z drugiej zaś bierne oczekiwanie na wejście Sowietów i ich wywózki także nie wróżyło żadnym pozytywnym rozstrzygnięciem. Wojna toczona przez państwa nigdy nie daje dobrych rozwiązań. Zawsze zmusza do położenia na szali tysięcy, a nawet milionów ludzkich istnień. "Wojna jest zdrowiem państwa" - jak mawiał Randolph Bourne. Dlatego właśnie tak wiele zdrowia można stracić na dyskusje na temat najbardziej właściwych decyzji odnośnie polityki państwa.

Dla państwowców kwestie dotyczące wojennych dylematów to ulubiona tematyka. Gdy toczą spory na ten temat, cała reszta świata usuwa się na bok, gdyż zwolennicy państwa uważają, że toczą "poważne" dyskusje na "poważne" tematy. Dają tym samym do zrozumienia, że m.in. libertarianizm to myślenie utopijne, gdyż nie stosuje się do sytuacji wojennych, gdy państwo musi zmobilizować siły całego kraju do obrony przed wrogiem.
Prawda jest jednak całkowicie odmienna. To libertarianizm jest realistyczny, gdyż od wieków poucza nieustannie, że państwo prowadzi do wojny; zaś państwowcy żyją utopistyczną ułudą, że państwo jest w stanie rozwiązywać realne problemy i zapobiec chaosowi.

Odpowiedzi na pytanie, czy trzeba było wzniecać Powstanie Warszawskie nie znajdziemy w wypowiedziach generałów i polityków czasów wojny ani też analizując sytuację geopolityczną 1944 roku. Tej odpowiedzi nie znajdziemy nigdy. Jedyne, co wiemy na pewno, to to, iż Polska nie powinna była prowadzić przez wcześniejsze wieki polityki ekspansjonistycznej oraz nie powinna była wzmacniać swojego państwa. Pobożni socjaliści nadal nie rozumieją, że XX-wieczne totalitaryzmy, które kosztowały życie miliony Polaków miały swoje źródło m.in. w ekspansji terytorialnej Władysława IV Wazy, likwidacji księstw dzielnicowych przez Kazimierza Wielkiego, etatystycznej polityce II RP czy też skrajnie centralistycznym ustroju I Rzeczpospolitej. Polska padła ofiarą wielkich ruchów wzmacniających potęgę państwa, które przez tyle wieków sama namiętnie podsycała. Gdyby Rzeczpospolita nie była w awangardzie ruchów centralizujących, być może sama nigdy nie padłaby ich ofiarą.

Pobożnym socjalistom być może wyda się to zbyt abstrakcyjne, lecz decyzje odnośnie Powstania Warszawskiego należało podejmować już wiele wieków wcześniej, gdy tworzyły się zalążki współczesnej potęgi państw. To żadna abstrakcja - każdy z nas wie, że gdy pewne procesy zostaną uruchomione, wówczas można się już właściwie tylko przyglądać. Państwo i toczona przez nie wojna są właśnie takim procesem.

Hekatomby Powstania i II w.św. można było uniknąć- ale wcześniej należało się wyrzec kilku wieków podbojów i bałwochwalczej czci dla państwa. Niestety, tego drugiego Polacy nie nauczyli się do dzisiaj.

czwartek, 8 sierpnia 2013

Prawicowy salon

Prawoskrętnym osobom bardzo często się wydaje, że termin "salon" odnosi się wyłącznie do lewicy, która rzekomo wszystko kontroluje, wykorzystuje służby, trzyma media itd itp. 
A według mnie na prawicy też istnieje salon i to bardzo dobrze okopany. Kto czyta "Najwyższy Czas!", ten wie, że raz na jakiś czas wypisuję tam kąśliwe teksty pod adresem pobożnych socjalistów. Jeden z ostatnich tekstów dotyczył pocztu pobożnych socjalistów, do którego zaliczyłem wielu mainstreamowych prawicowców. 
Otóż ten właśnie prawicowy mainstream dalece się wyalienował względem całej reszty prawicy, która głosi hasła wolnorynkowe, a w temacie libertarianizmu nabrał wody w usta. Osobniki typu Wildsteina, Semki, Sakiewicza, czy też Karnowskich potrafią zawodowo kwękać o tym, jak to wszędzie jest źle i lewica się panoszy, ale jednocześnie tak samo jak lewica całkowicie i zawzięcie marginalizują wszelkie wolnorynkowe i libertariańskie trendy na prawicy. Są w tym temacie równie zakłamani i fałszywi, co druga strona sceny politycznej. 
Dlaczego o tym teraz piszę? Ano bo wyszła książka Zychowicza "Obłęd 44", która powtarza tezę, z którą w "Najwyższym Czasie!" można się było zapoznać od co najmniej ćwierćwiecza z ust całego szeregu autorów. Jednakże prawicowy salon uznał, że właściwy moment na debatę przyszedł dopiero teraz, gdy książkę wydał Zychowicz. Co prawda "Obłęd 44" jest dostępny na najbardziej eksponowanych półkach największych księgarni w całym kraju, ale towarzystwo wzajemnej, prawicowej adoracji dalej bajdurzy o dominacji lewicy itd. 
Prawicowy salon  jest zbyt socjalistyczny i etatystyczny, żeby wspominać o jakichś wolnorynkowych oszołomach. Do opisu, jak bardzo pomyleni są wszyscy wolnorynkowcy oddelegowuje żółtodziobów (patrz: ostatni tekst z portalu wPolityce szkalujący JKM-a napisany przez jakiegoś studencinę). Prawicowy salon jest zbyt zakochany w państwie, aby mówić o jego demontażu i złu, które czyni. 
Najbardziej wśród prawicowego salonu irytuje mnie wciąż odgrywanie kopanej ofiary, podczas gdy całemu środowisku wiedzie się fantastycznie. Ma 3 dzienniki, 3 wiodące tygodniki, setki periodyków, własną partię z ponad 30% poparcia, a mimo to towarzystwo wciąż skomli, że "liberalny salon". 
W kolorowych gazetkach prawicowego salonu można poczytać o wszystkim: o słabym państwie, o Smoleńsku, o prezesie, o tym, jak Tusk jest zły, o gejach i Rosji, ale nikt nie pisze o kwestiach najważniejszych. Taka jest właśnie rola salonu.

sobota, 20 lipca 2013

Prawica nie jest i nigdy nie była wolnorynkowa

Szczyt sezonu ogórkowego, a mi się zebrało na wpis dotyczący pryncypiów. Nie wiem, czy to ma sens, bo i tak wszyscy siedzą teraz na plaży albo piją piwo w ogródkach, ale cóż mi zostało...

Zawsze gdy ktoś mówi, że prawica jest wolnorynkowa na moich ustach pojawia się uśmiech zażenowania, a gdy akurat nie wypada mi się śmiać, wówczas rechoczę na cały głos w środku swojej duszy.
Naprawdę? Prawica wolnorynkowa? Taka leseferystyczna?

Ludzie, błagam was, POKAŻCIE MI CHOĆ JEDNĄ W HISTORII PRAWICĘ, KTÓRA REALIZOWAŁA CAŁOŚCIOWY PROGRAM LIBERTARIAŃSKI!
Czegoś takiego nigdy nie było i nigdy nie będzie tak długo jak europejska prawica będzie prawicą. Nie można zresztą oczekiwać od koła, aby stało się kwadratowe.
Było już w historii wiele ruchów prawicowych, które były wolnorynkowe, ale jedynie w zestawieniu z lewicą lub innymi rządami prawicowymi. Natomiast prawica nigdy nie była leseferystyczna i wolnorynkowa, bo to się kłóci z jej pryncypiami silnego państwa z silną armią i trzymaniem pod kontrolą lewicy. Jedyne, co prawica potrafi w odniesieniu do wolnego rynku, to koniunkturalnie wykorzystać hasła z nim związane w celu naparzania się z lewicą. Ale w rzeczywistości idee wolnościowe ma głęboko gdzieś.

W Polsce prawica rządziła przez kilka wieków istnienia Rzeczpospolitej szlacheckiej. Było silne państwo, silna armia, katolicyzm jako religia dominująca, wojny z islamistami, biskupi w Senacie, wyrzucanie z państwa innowierców, ale wolności i wolnego rynku nie było w tym ani za grosza.
Przyszły rozbiory i szlachta stała się konserwatystami. Od Powstania Listopadowego coraz większą rolę zaczęły odgrywać ruchy narodowe, demokratyczne i socjalistyczne, które chciały uwłaszczenia chłopów oraz odzyskania niepodległości. Ponieważ szlachta poczuła się zagrożona, reprezentująca jej interesy prawica zaczęła usilnie zwalczać wszystkie ruchy powstańczo-narodowe i demokratyczne, a sama nieoczekiwanie przystroiła się w piórka leseferyzmu. Oczywiście żaden z prawicowych i konserwatywnych magnatów i szlachciców w ogóle nie myślał o jakiejkolwiek szerzej pojętej wolności gospodarczej i zmniejszaniu państwa, lecz na zasadzie sprzeciwu wobec rosnącej siły swoich przeciwników politycznych łgał, że jest za wolnym rynkiem.
Wykwitem tego typu myślenia są poglądy osób skupionych wokół JKM-a, który od niepamiętnych czasów nawiązuje do polskich XIX-wiecznych konserwatystów, których myśl stanowi intelektualne przedłużenie ideologii sarmatyzmu. Korwin kusi osoby o wolnorynkowych poglądach swoimi zapewnieniami o oddaniu dla idei wolnego rynku, lecz tak naprawdę chodzi mu o dyktaturę. Jej zachowanie byłoby dla niego ważniejsze niż jakakolwiek zasada wolnego handlu, czy też wolności słowa itd.

Wracając do głównej myśli: prawica nie może być wolnorynkowa z definicji, gdyż wolnorynkowcami są tylko libertarianie. Wolnorynkowość to tak naprawdę abolicjonizm - przekonanie, że państwo musi się wycofać ze wszystkiego, co się da. Tego przekonania nigdy nie zaakceptuje prawicowiec, gdyż programowo dąży on do wzmocnienia państwa, do silnych instytucji wojskowych, sądowniczych, policyjnych itd. Prawicowiec nigdy nie będzie abolicjonistą  i dlatego nigdy nie będzie wolnorynkowcem.

Wszystkie rzekomo prawicowe wolnorynkowe rządy w historii (Thatcher, Reagan, Franco, Pinochet itd.) tak naprawdę nie przyniosły żadnego epokowego urynkowienia. Ich wątpliwa gwiazda świeci, ale jedynie w zestawieniu z jeszcze gorszymi rządami. Wolnorynkowość, na jaką stać prawicę jest bardzo podobna do tej, którą reprezentuje czasami lewica. W Polsce najważniejsze reformy abolicjonistyczne w stosunku do PRL dokonali sami komuniści ...
Mogę się też założyć, że gdyby w Europie odwróciły się polityczne karty i rządy przejęłaby prawica w stylu Orbana, czy też Kaczyńskiego, która swoją retoryką ukradłaby na dobre socjalizm z rąk lewicy, wówczas to lewica, tak jak w XIX wieku na Zachodzie (poza Polską), byłaby bardziej wolnorynkowa i leseferystyczna.

Powtórzę jeszcze raz, żeby to było dostatecznie jasno zrozumiane: prawica nie jest i nigdy nie była wolnorynkowa.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Przemysł pogardy i przemysł wazeliniarstwa

Nic tak nie przyprawia pobożnych socjalistów o pewność, że znajdują się po rzekomo właściwej stronie politycznej barykady jak nienawiść, jaką okazują im bezbożni socjaliści. W minionym roku ukazała się nawet książka pt. "Przemysł pogardy" autorstwa Sławomira Kmiecika (przyznaję otwarcie: nie czytałem), która stanowi dokumentację wielkiej kampanii nienawiści, jaka spotkała Lecha Kaczyńskiego w czasie jego prezydentury oraz po katastrofie smoleńskiej. Publicystyka salonu pobożnych socjalistów skupia się na podobnej tematyce. Niemal w każdym numerze ich gazet można przeczytać co najmniej kilka tekstów o tym, jak wyjątkowo chamscy i pełni nienawiści są przedstawiciele drugiej strony sceny politycznej.

Nie przeczę temu, że lewica jest o wiele bardziej agresywna i nie przeczę też temu, że kampania zbiorowej nienawiści wobec braci Kaczyńskich ma w sobie coś z ataku zbiorowej histerii. Samo jednak skupienie się na nie mających końca atakach lewicy i katalogowanie ich do niczego nie prowadzi.
Był w moim życiu okres, kiedy mi także wydawało się, że ten nieustanny potok jadu płynący z ust lewicowych mediów i polityków stanowi dowód najwyższy na moralną wyższość prawicy i jej prawo do przejęcia władzy. Wydawało mi się to równie uczciwe, co współczesnej intelektualnej gwardii pobożnego socjalizmu. Skoro lewica zadaje wciąż ciosy poniżej pasa i aż zieje nienawiścią - myślałem - to znaczy to, że prawica jest moralnie lepsza i że spotyka ją to, co zawsze spotyka ludzi próbujących czynić dobro.

Tak, to prawda: prawica nie stosuje tych samych metod, ale chodzi jej o dokładnie o to samo, co lewicy. A mianowicie chodzi jej o moralne usprawiedliwienie państwa, tj. o przekonanie siebie i innych do tego, że stosując wobec innych przymus czynimy jednocześnie dobro.
Lewica argumentuje: wszyscy jesteśmy podli moralnie i niech tylko prawica nie zgrywa, że jest jakaś lepsza. Musimy ocalić świat przed dyktaturą tych, którzy mają się za tych bez winy,
Z kolei prawica argumentuje: źle czyni tylko lewica, a my mamy moralne prawo do rządzenia innymi. Udowodniliśmy to i udowadniamy wciąż, że państwo powinno być w naszych rękach.

Jakoś tak się składa, że ludzie zawsze wybierają jeden z tych dwóch uproszczonych schematów myślenia, ale tylko nieliczni, wyłącznie awangarda społeczeństwa jest w stanie pomyśleć: źle robi lewica, źle robi prawica, źle robię również ja sam, kiedy posługuję się państwem dla własnej korzyści. Tylko nieliczni są w stanie wyjść nieco głębiej i zrozumieć w czym rzecz.

Na tym głębszym poziomie nie ma tylko przemysłu pogardy i szlachetnych rycerzy, lecz przemysł pogardy i przemysł wazeliniarstwa, który polega na tym, że nie ma już chyba publicysty piszącego w nurcie pobożnego socjalizmu, który nie zadeklarowałby otwarcie, że "tylko Jarosław Kaczyński" jest w stanie obalić w Polsce postkomunizm. Skąd to przekonanie?

Chciałbym, żeby ktoś się poświęcił i wydał choć raz książkę o tym, jak wielką pogardę Kaczyński okazuje na każdym kroku wolnej przedsiębiorczości i wolnemu rynkowi. Tych wypowiedzi jest tyle, że starczyłoby na kilka tomów. Pomimo tego, kilka milionów Polaków wciąż czci go jak cielca, choć nie ma najmniejszych powodów, żeby żywić do niego coś więcej niż litość. Drugą stroną przemysłu pogardy jest przemysł wazeliniarstwa, przemysł przypodobania się politykowi o mentalności urzędnika, którego idee są do głębi chore. A tymczasem sam Kaczyński obraca sobie wszystkich wokół małego palca i wyrzuca do śmieci, kiedy przestają mu być potrzebni.

I jeszcze jedno: to nie lewica ponosi największą odpowiedzialność za utrwalanie postkomunizmu w Polsce. Według mnie głównym winowajcą jest Jarosław Kaczyński, jego sekta i środowiska, które wokół siebie zjednoczył. To właśnie oni stanowią największą i najbardziej zorganizowaną grupę Polaków konsekwentnie sprzeciwiającą się wycofaniu państwa ze sfery gospodarczej i społecznej. Jeżeli przyjrzeć się uważnie, to właśnie PiS jest najbardziej konsekwentną partią etatystyczną w Polsce. Partie lewicowe nie są o wiele lepsze, ale PiS bije je na głowę.

wtorek, 25 czerwca 2013

Publicyści jako moralni dezerterzy

Niedawno w Polsce gościł Hans-Hermann Hoppe. Zjawił się na sali konferencyjnej w momencie, w którym kończyło się jeszcze wystąpienie pewnego bardzo popularnego w Polsce prawicowego publicysty. Nastąpiła przerwa i wiele osób otoczyło publicystę, zadając mu mnóstwo pytań, a Hoppe siedział na uboczu praktycznie sam. Wówczas podszedłem do niego z kolegą, który opowiedział Hoppemu w skrócie, że przed chwilą grupka libertarian przyparła prawicowego publicystę do muru wykazując mu, iż akceptując państwo uznaje sprzeczność. Zasugerował też, że publicysta nie chciał przyznać libertarianom racji, gdyż bał się, że większość jego dotychczasowego dorobku publicystycznego okaże się pozbawiona wartości. Wtedy Hoppe powiedział: "Ale ja właśnie coś takiego zrobiłem! Zmieniłem poglądy na libertariańskie gdy miałem już tytuły uniwersyteckie."
(Wiem, wiem, wypowiadam się o Hoppem jak o pół-bogu, ale naprawdę go cenię).

Wydaje mi się, że w przypadku prawicowego publicysty, który w czasie pamiętnego wykładu wsławił się stwierdzeniem, że państwo musi być bo musi być ktoś najsilniejszy i tyle, a poza tym to nie powinniśmy dążyć do perfekcji, tylko do mierności, sprawa jest nieco bardziej złożona. Z pewnością boi się przyznać do wieloletniego błędu, ale istnieje jeszcze jedna przyczyna.

Akceptacja państwa w świecie dziennikarstwa i publicystyce to konkretne korzyści pieniężne. Wiem o tym, bo sam jestem publicystą. Gazet, w których można napisać tekst libertariański, a jednocześnie dostać za to pieniądze jest w Polsce 2-3. Gazet, w których można pisać tekst wyrażający akceptację dla państwa - kilkadziesiąt, jeśli nie więcej.
Uwierzcie mi, to nie kwestia tego, iż libertarian jest w Polsce mało. Publicysta nie jest tylko dziennikarzem, który pisze o faktach. Jego rolą jest kształtowanie opinii, przekonywanie do idei. Na wszystkich dziennikarzach spoczywa moralny obowiązek walki z państwem, który niestety odczytuje zaledwie malutka garstka z nich. Zamiast tego zdecydowana większość z nich decyduje się na aktywne popieranie państwa, z całkowitym pominięciem obowiązku przekonywania ludzi do tego, iż Lewiatan to zło. Dlaczego? Dlatego, że bardziej od prawdy wolą większą kasę. W świecie publicystyki obowiązuje bardzo istotne prawo: im bardziej abstrahujesz od państwa i zła z nim związanego, tym wyższa twoja wierszówka.

Prawicowi i lewicowi dziennikarze nie piszą tekstów antypaństwowych właśnie dlatego, że gdyby tak robili, ich pensje spadłyby do bardzo niskiego poziomu. 95% ludzi żyje z państwa i dzięki państwowym pieniądzom, dlatego nie chcą czytać w gazetach o tym, że robią coś złego. Nie chcą żadnych osób zakłócających ich samo-zadowolenie, nie chcą wyrzutów sumienia. O wiele bardziej preferują teksty, które wskazują, że winna jest lewica/prawica/Żydzi/ciemni katolicy/komuniści/mohery itd.

Dzisiejsi publicyści są dla mnie niczym więcej jak tylko moralnymi dezerterami, którzy zamiast przekonywać ludzi do idei zwalczania państwa piszą teksty pod publiczkę, która ani myśli zmieniać obecny stan rzeczy.
Prawicowy publicysta, który w odpowiedzi na zarzuty libertarian udzielał swoich żenujących odpowiedzi bał się także czegoś więcej niż przyznania do błędu. Jego największy lęk to lęk przed utratą pieniędzy z pisania tekstów abstrahujących od ogromu zła, jakie czyni państwo .


Tak - państwo to zło. Ale kto by o tym pisał, przecież lewica/prawica, Niemcy/polski ciemnogród, Palikot/Rydzyk ...

sobota, 22 czerwca 2013

Czuję się oszukany

W moich rodzinnych stronach, na obwodnicy Chojnic, doszło 13 czerwca do wypadku. Kierujący Skodą Superb ks. Wiesław Madziąg, proboszcz parafii Matki Bożej Fatimskiej w Chojnicach, zjechał na przeciwny pas jezdni i uderzył czołowo w nadjeżdżającego przeciwnym pasem Peugeota. Na miejscu zginął zarówno ks. Madziąg, jak i 22-letni mężczyzna. Wypadek spowodował chojnicki proboszcz, który był pod wpływem alkoholu.

Dlaczego piszę o tym zdarzeniu? Pamiętam czasy liceum, gdy ks. Madziąg stanowił dla moich sceptycznych wobec wiary kolegów i koleżanek ważny punkt odniesienia. Jak mamy być dobrymi katolikami (katolikami w ogóle?), skoro ks. Madziąg to pijak i jest z tego powodu regularnie zatrzymywany przez policję - sugerowali. Jako nastolatek wierzyłem wtedy, że być może do Pelplina (siedziby biskupa) nie docierają wszystkie informacje oraz łudziłem się, że sprawa wkrótce znajdzie swój finał.
Myliłem się.
W 2008 roku po kolejnym przypadku jazdy po pijanemu zabrano mu w końcu prawo jazdy, lecz niestety tylko na cztery lata. Byłem już wtedy na studiach i niespecjalnie śledziłem rozwój wydarzeń. Ponownie usłyszałem o nim dopiero teraz, gdy zabił niewinnego człowieka.

Pogrzeb zorganizowano szybko i już 18 czerwca do Chojnic przyjechali obydwaj pelplińscy biskupi: Kasyna i Śmigiel. Księdzu Madziągowi zorganizowano wielki i uroczysty pogrzeb, choć całe Chojnice wiedziały o jego alkoholowych wybrykach, a wszyscy zainteresowani wiedzieli już wówczas, że chojnicki proboszcz spowodował wypadek po pijanemu. Całkowicie "przypadkowo", dopiero po zakończeniu pogrzebu (gdy biskupi umknęli już do Pelplina) Prokuratura ogłosiła oficjalnie, że we krwi proboszcza były ponad 2 promile alkoholu - to niezwykle trudne badanie zajęło aż 6 dni! W kazaniu pogrzebowym bp Śmigiel powiedział, że o zmarłych mówi się tylko dobrze lub milczy.
- problem w tym, że złe słowa należy powiedzieć przede wszystkim o biskupach pelplińskich, którzy przez kilkanaście lat tolerowali jawne pijaństwo duchownego. Jakby tego było mało, ks. Madziąg najczęściej w przypadku zatrzymania go awanturował się z policjantami i całym światem, że go w ogóle raczyli zatrzymać. Przez te wszystkie lata Pelplin milczał i zmuszał katolików do świecenia oczami przed niewierzącymi, że wszystko jest w porządku. Kazał im żyć w złudnym przekonaniu, że nad wszystkim czuwa diecezjalny pasterz. Zamiast wysłać proboszcza na odosobnienie i leczenie, pozwolono mu gorszyć ludzi i odwodzić ich od wiary. Robiono to tak długo, aż w końcu zginął niewinny człowiek.

Przyczyn takiego stanu rzeczy należy szukać przede wszystkim w tym, iż spora część współczesnego duchowieństwa wykazuje najdalej idący konformizm względem władzy oraz lokalnych układów, których jest częścią. Ks. Madziag pił alkohol, lecz nie z kościelnym ani z gosposią na plebanii, tylko z ludźmi miejscowej władzy. To właśnie dlatego nie raz groził policjantom, że pozbawi ich pracy za zatrzymanie go. W Chojnicach uwił sobie przytulne gniazdko i było mu w nim zdecydowanie za dobrze jak na katolickiego kapłana. Zauważmy: rozbił się Skodą Superb - autem luksusowym, całkowicie zbędnym proboszczowi. Dlaczego nie jeździł Fabią? Może wtedy nigdy nie próbowałby wyprzedzać?

W czasie pogrzebu biskupi umiejętnie przenieśli uwagę na osobę zmarłego księdza, lecz tak naprawdę to na nich powinny być skierowane oczy wszystkich zainteresowanych. Minimum przyzwoitości wymagałoby, aby złożyli na ręce papieża rezygnację i poprosili o oficjalną pokutę dla siebie i swojej świty. Przez tyle lat pozwalali na wielkie zgorszenie, które teraz stało się tym większe, że zginął niewinny człowiek. Zastanawiam się, co musi teraz myśleć rodzina 22-latka. Nie daj Boże, że są to ludzie niewierzący albo sceptyczni wobec Kościoła - jak sprawić, żeby nie zwątpili w dobre intencje katolików?

Jeszcze bardziej irytuje mnie w tej sytuacji postawa mediów prawicowych i katolickich. Wszystkie nabrały wody w usta, choć ks. Madziąg był słynny na całe województwo. W diecezjalnym radiu Głos podano tylko zdawkową informację, nawet nie poinformowano, że ks. Madziąg był pijany: http://radioglos.pl/index.php/strona-gowna/wiadomoci/wiadomoci-z-regionu/3655-ks-wiesaw-madzig-nie-yje
Czemu to wszystko służy?
O całej sprawie w skali ogólnopolskiej mówiły tylko media lewicowe: TVN 24, Gazeta Wyborcza oraz Gazeta Pomorska. Tym razem Gwiazda Śmierci miała rację zadając retoryczne pytanie: "Czy ksiądz Madziąg pójdzie do nieba?"

Czuje się ogromnie oszukany całą sprawą księdza Madziąga. Jako katolik, jako osoba poddana władzy biskupiej, jako człowiek, który musiał świecić oczami za grzechy ks. Madziąga i biskupów pelplińskich. Czuję się oszukany tym bardziej, iż wszystko wskazuje na to, iż ks. Madziąg miał silna pozycję głównie ze względu na swoje kontakty z władzą. Nie wiem czyim dokładnie był kumplem oraz co na tym zyskiwali i nadal zyskują biskupi pelplińscy (może nie chcę wiedzieć?), ale wiem, że trzeba sprawę księdza Madziąga jak najbardziej nagłośnić. W przeciwnym razie gwarantuję, że w Chojnicach spora część osób na zawsze straci zaufanie do Kościoła i to nie ze swojej winy.

W tego typu sytuacjach, drodzy pobożni socjaliści, naprawdę cieszę się, że istnieje TVN24 i Wyborcza, bo z waszych mediów o śmierci Madziąga nie dowiedziałbym się chyba nigdy.