środa, 20 marca 2013

Na imieninach u cioci

Nie zapowiadało się na burzę. W rzeczywistości było nawet niezwykle spokojnie – tuż po obiedzie wujek jak zwykle perorował coś na temat lokalnego samorządu, a jego siostra wtórowała mu rzucając zdawkowe uwagi, jakby na potwierdzenie.
Akurat czyściłem swój talerz kawałkiem bułki, gdy do pokoju powrócił dziadek z papierosa. Wyraźnie podenerwowany, rzucił jakieś przekleństwo pod nosem i rozsiadł się w swoim fotelu. Bez wątpienia chciał coś powiedzieć tak, żeby wszyscy słyszeli, ale się powstrzymywał. Ja również. Gdy drugi wujek - gospodarz imprezy - zaproponował wino, zgodziłem się, lecz cały czas odczuwałem pewien dyskomfort. Już mówię, dlaczego.
Od dłuższego czasu, jeszcze zanim wszyscy goście przyszli, trwała gorąca debata na tematy polityczne. Już nawet nie pamiętam kto pierwszy zaczął, ale po chwili wywiązała się zajadła, wielowątkowa i niekończąca się dyskusja. Rodzina znała już moje poglądy, dlatego nikt mnie o zdanie nie pytał, więc pozostało mi jedynie spokojnie przyglądać się dramatycznemu spektaklowi, a raczej przysłuchiwać się mu, nie uczestnicząc w nim. Trwało to i trwało.
Ponieważ wypita przeze mnie lampka wina nie została uzupełniona żadnym tańcem, żywą rozmową ani też czymkolwiek innym, wkrótce począłem nieco niedomagać. Zaczęło mnie kłuć w skroniach i od czasu do czasu bezwolnie ziewałem. W głowie zaczęły dudnić rzucane zewsząd słowa i frazy: „zabrali dotacje”, „polityka prorodzinna”, „kiepskie drogi”, „w szkołach nie uczą”, „powinni zbudować ten basen” itd. itp. Przez chwilę poczułem się jak na dyskotece, w której rolę migoczących efektów świetlnych odgrywali poszczególni członkowie rodziny, bombardujący mnie coraz to nowymi propozycjami uszczęśliwienia świata.
Jakoś tak nie wytrzymywałem i w końcu odważyłem się przemówić: „Zlikwidujmy państwo, to wasze problemy od razu się rozwiążą. Po co ta dyskusja?”
Oczy wszystkich członków rodziny nagle zwróciły się ku mnie (choć nie do końca – młodszy kuzyn ciągle zezował w kierunku komórki, którą trzymał pod stołem). Pierwsza przemówiła ciocia – gospodyni imienin. „Życie nie jest takie proste, jak ci się wydaje”. Powiedziała to kobieta, która całe życie przepracowała w urzędzie miejskim, a od codziennego jedzenia drożdżówek do kawy nabawiła się wrzodów żołądka. Biorąc pod uwagę fakt, że nigdy nawet nie spróbowała zająć się pracą w sektorze prywatnym, jej zapewnienie o złożoności ludzkiego życia i wyborów, jakie w nim się dokonuje, nabierało wyjątkowych rumieńców.
„Dokładnie, synu. W życiu nic nie jest tylko czarno albo białe. Naucz się dostrzegać odcienie szarości – to ważna umiejętność” - dołączyła się natychmiast druga ciocia. Ciocia, która zarabiała na swe utrzymanie pracując na państwowej kolei. Wykonywała tam jakieś prace biurowe, ale nikt, nawet jej mąż, nie był nigdy w stanie wyciągnąć od niej na czym te prace dokładnie polegały. Należała do jakiś związków zawodowych i wracała codziennie z pracy po drugiej tak umęczona, że do końca dnia miała siły tylko na oglądanie TVN24.
Gdy chciałem się jakoś odnieść do tych wypowiedzi, głos zabrał jej mąż – właściciel firmy budowlanej. „Słuchaj, jak byłem w twoim wieku, też byłem taki wojowniczy. Niektóre rzeczy człowiek uczy się rozumieć dopiero z wiekiem. Państwo musi istnieć, bo ktoś musi zadbać o najbiedniejszych”. Słowo „najbiedniejszych” natychmiast przywiodło mi na myśl najnowsze terenowe BMW wujka, które widziałem akurat kątem oka zaparkowane pod domem. 90% zleceń, jakie wykonywała firma wujka pochodziło z wygranych przetargów na budowę infrastruktury dla samorządów. Pieniądze na te przetargi dawała najczęściej Unia Europejska, której wujek bronił, pomimo raczej prawicowych poglądów. W dawnych czasach robił jeszcze zwykłe remonty, a nawet budował domy dla osób prywatnych, ale od kiedy załapał się na przetargi przestał być już „najbiedniejszy”.
Moje usta wydały już nawet pierwszy dźwięk riposty, gdy niespodziewanie wtrąciła się w połowie łysa kuzynka z kolczykiem w przegrodzie nosowej, przez co dałem radę wyartykułować tylko komiczny skrzek. „Neoliberalizm się skompromitował i pokazał, że wolny rynek nie działa.” Rzeczywiście, jako uczestniczka skrajnie wolnorynkowego programu Erasmus miała prawo do tego twierdzenia. Ponieważ studiowała na państwowym uniwersytecie, wiedziała najlepiej na czym polega zawodność nieskrępowanego rynku. Organizacja LGBT, w której działała, dostawała co roku kilkadziesiąt tysięcy złotych dotacji od państwa, więc chyba miała prawo powiedzieć, że w jej środowisku rynek nie działa.
Byłem już prawie o krok od przedarcia się ze swoją apologetyczną przemową, lecz wówczas babcia chytrze poprosiła mnie o przyniesienie z kuchni cukru oraz kilku łyżeczek. Wykorzystawszy moją nieobecność wypowiedziała jednak swoją opinię na tyle głośno, że słyszałem ją nawet w kuchni. „Nie dziwcie mu się. Człowiek zawsze musi żyć jakimiś swoimi ideałami. Ja też byłam kiedyś idealistką, ale życie nauczyło mnie twardo stąpać po ziemi”. Kochana babcia, zapomniała tylko dodać, że w ramach swojego idealizmu przepracowała połowę życia jako księgowa w państwowej elektrowni. Przez pewien czas pracowała też w prywatnych firmach, ale później zawsze z nostalgią wspominała okres pracy dla Lewiatana, gorąco polecając ją wszystkim dookoła jako najbardziej wygodną i najbardziej pewną.
„Słuchajcie...” - przedarłem się wreszcie kładąc cukierniczkę na stole, ale jednocześnie ze mną odezwał się kuzyn siedzący po drugiej stronie pokoju, a wszyscy jakby celowo odwrócili ode mnie wzrok i skierowali się w jego stronę. „Już przecież Arystoteles powiedział, że człowiek to zwierzę społeczne. Kto nie chce żyć w państwie, ten się sam wyklucza z narodowej wspólnoty.” „Pewnie!” - poparł go dziadek, dumny, że chociaż któryś z wnuków podziela jego konserwatywne poglądy. „Jak się komuś państwo nie podoba, to niech jedzie w Bieszczady!”. „Sam sobie jedź w Bieszczady i śpiewaj piosenki Wojtka Bellona” - pomyślało mi się, ale przez wzgląd na autorytet kochanego dziadka szybko odegnałem te myśli jak najdalej od siebie. Spojrzałem tylko na kuzyna, który kontynuował swoją myśl o narodzie i państwie i wówczas, po raz pierwszy w życiu, dostrzegłem w nim zwierzę. Tak - zwierzę podatkowe. Miał dwadzieścia parę lat, ale jak lew walczył o miejsce na liście wyborczej swojej ukochanej partii dotowanej z budżetu państwa. Mógł podjąć jakąś ciekawą pracę,a tymczasem niczym sęp pisał do urzędu miasta oraz do różnych ministerstw wnioski o dotacje na swoje polityczne projekty. Mógł wziąć życie za kark, ale jak fenek nasłuchiwał wszędzie lewicowych spisków uknutych przez służby specjalne.
Dałem się kuzynowi wypowiedzieć do woli, ale jego mowa była coraz bardziej nudna i niektórzy spośród gości zaczęli nawet wymieniać między sobą jakieś uwagi dając mu do zrozumienia, że powinien jak najszybciej skończyć. Kuzynka-LGBT była aż czerwona ze złości, ale bała się przerwać ze względu na dziadka, który zawsze torpedował jej zbyt daleko idące wypowiedzi. Cóż za męczeństwo!
Zrobiła się wreszcie chwila ciszy – za sprawą świeżo pokrojonego tortu, konsumowanego teraz przez wszystkich członków rodziny. Upatrzywszy w tym swoją szansę, zagaiłem: „Czy mogę się tylko krótko odnieść do waszych uwag?” Lecz wtedy przerwał mi tata, który zawyrokował: „A może skończmy z tą polityką, co? Może pogadajmy lepiej o sporcie?” - na co obydwaj wujkowie roześmieli się odpowiednio barytonem i basem. Byliśmy już faktycznie o krok od zmiany tematu, kiedy tata rzucił jeszcze na dokładkę: „Mój syn to chyba naprawdę ma jakąś obsesję – wszędzie widzi to swoje państwo. No dobra, a kto w końcu został prezesem PZPN? Ale afera z tym Stadionem Narodowym, co?”

PS. Wszelkie postaci fikcyjne. Sposób ich argumentacji niestety nie.

1 komentarz:

  1. Znam ten motyw ;p
    Na szczęście jeden ojciec w rodzinie jest osobą rozsądną i właśnie jestem po 4h sobotniej rozmowie przy kawce na temat potencjalnych ramifikacji w prywatnym systemie prawnym (sporo argumentów poszło z Pańskiej książki)
    Nie ma co się dołować i łopatologicznie tłumaczyć pewne rzeczy do znudzenia. Wytrwałości!

    OdpowiedzUsuń

Zaakceptowane zostaną wszystkie komentarze:
1) bez przekleństw,
2) nie obrażające nikogo.