wtorek, 11 czerwca 2013

Czarna masa

Pani Krysia jak co dzień szła na zakupy do osiedlowego sklepu. Sąsiadka wspomniała jej wcześniej, że przywieźli jakiś dziwny towar, więc zżerana przez ciekawość pędziła pomiędzy blokami, aby jak najszybciej przekonać się sama w czym rzecz.
Gdy weszła, sklep był prawie pusty. Przy ladzie stał jedynie starszy pan, który kupował papierosy i kawior. Pani Krysia powiedziała wesoło „Dzień dobry!”, a jej dobra znajoma-ekspedientka odpowiedziała jej uśmiechem. Już ponad pięćdziesięcioletnia Pani Jadzia, która pracowała za ladą od prawie trzydziestu lat, umiała doskonale wyczytać z ludzkiej twarzy jakie zakupy zrobią jej klienci. Wpatrując się w swoją dobrą znajomą dobrze wiedziała, że przyszła, żeby zobaczyć nowy towar, o którym w ciągu dnia zrobiło się już na osiedlu głośno. Mimo to, udawała, że zupełnie tego nie widzi.
Starszy pan pożegnał się i wyszedł, więc Pani Krysia mogła wreszcie podejść do lady.
- A ja to samo, co zwykle: szynka parmeńska, kozi ser i masło – zaczęła.
Pani Jadzia momentalnie zgarnęła z półek towar i włożyła go do plastikowej torby. - Coś jeszcze?
- Hmm... Może da mi Pani trochę tych małży i jeszcze tak 20 tych belgijskich pralinek.
-Taaa... i co jeszcze? – Pani Jadzia uśmiechała się pod wąsem czekając, aż koleżanka spyta wreszcie o nowy towar.
- Zielińska mówiła, że macie jakiś nowy towar, ale nie potrafiła powiedzieć co to jest. Wie Pani o co jej mogło chodzić?
Ekspedientka bez słowa ruszyła na zaplecze i wróciła z dużym czarnym pudłem, które postawiła na samym środku lady. - Wczoraj wieczorem przywieźli – powiedziała.
- A co to jest? - spytała Pani Krysia?
- Państwo. Mogę otworzyć, jak Pani chce.
Nie czekając na odpowiedź koleżanki podniosła wieko pudła i razem spojrzały do środka. Ujrzały czarną jak smoła masę, która kotłowała się niczym podgrzewana na ogniu. Im dłużej się w nią wpatrywały, tym bardziej stawała się przerażająca. Zaczęły się w niej pojawiać dziwne, wykrzywione ludzkie kształty, które krzyczały w niezrozumiałych językach i błagały o litość. W pewnym momencie w pudle pojawił się płomień, który buchnął prosto w twarz kobietom. Pani Jadzia i Pani Krysia szybko odsunęły się i zamknęły wieko, po czym spojrzały na siebie.
- A to co u licha? - spytała klientka.
- A to Pani mnie pyta?! Przywieźli i tyle.
- A ile to kosztuje?
- Ono samo decyduje o cenie.
- Jak to? - spytała z niedowierzaniem Pani Krysia.
- Handlowiec powiedział, że nie ma na to jednej ceny; jest ustalana indywidualnie. I jak już się raz to kupi, to nie można tego sprzedać, tylko trzeba cały czas na nowo to opłacać.
- Ale ile trzeba będzie dopłacać?
- Nie wiadomo, to zależy.
- A od czego zależy?
- Od państwa!
- A co to daje? - Pani Krysia nie dawała za wygraną.
- To państwo decyduje co ci się należy. Mogą ci dać co chcą, ale mogą też nie dać nic.
- A jest na to jakaś gwarancja? Co się stanie, jak nie będzie działać?
- Nie ma. Jak się popsuje, będzie Pani musiała zapłacić z własnej kieszeni.
- A skąd ja w ogóle będę wiedziała, że to nie działa, skoro nie wiadomo nawet co to daje?
- No widzi Pani, Pani mnie pyta?
- Dziwne... - westchnęła Pani Krysia. - A co ja mam z tym państwem robić?
- Słuchać.
- A czy państwo będzie mnie słuchało?
- Tylko wtedy, kiedy ono będzie chciało – odrzekła sucho Pani Jadzia.
- A jeśli się nie będę zgadzała z tym, co będzie chciało państwo, to do kogo mogę się zwrócić?
- Do państwa!
- Pani Jadziu, ja rozumiem, że Pani zachwala swój towar, bo Pani kierownik kazał, ale czy to Pani zdaniem ma jakiś sens?
- Kobieto, powiem szczerze – żadnego. Ale ten handlowiec ponoć zbija na tym kokosy i jeździ Mercedesem. Coś w tym musi być.
- No dobrze, ale czy ja tego draństwa nie będę mogła później po prostu wyrzucić do kosza?
- To nie takie proste. Jak Pani to kupi, to się wszędzie rozejdzie ta czarna masa. Będzie u Pani w pracy, w domu, u dzieci w szkole. Będzie zajmowała ludziom fabryki, hotele, drogi... Będzie narzucało opłaty za wszystko i będzie chciało decydować o wszystkim: o Pani życiu zawodowym, osobistym, o pani światopoglądzie. Będzie miało swoje placówki wszędzie i będzie miało swoich pracowników na każdym kroku, którzy będą go bronić. Ponoć nawet to do głowy potrafi człowiekowi wejść, że później jak głupi mówi, że to jest dobre, że bez tego nie idzie żyć, że to musi wszystko kontrolować. Jak jakaś zaraza. To nie jest takie łatwe.
- To niech Pani powie, Pani Jadziu, po co ja mam to brać? Co mi to da za korzyść?
- Prawdę mówiąc to żadnej, chyba że Pani lubi żyć cudzym kosztem. No wie Pani, inni na Panią pracują, Pani udaje, że Pani pracuje, a na koniec i tak muszą się z Panią podzielić. Jest tego mniej do podziału niż normalnie, bo się dużo ludzi opieprza i nic nie robi, ale za to ci najwięksi cwaniacy żyją jak króle.
- Jak tam kto lubi, ale mi się to jakoś nie widzi. Takie życie by musiało być skrajnie nieuczciwe i niesprawiedliwe. Każdy walczyłby z każdym o byle co, zamiast ze sobą konkurować o klientów. Panowałoby prawo pięści, bo człowiek straciłby wszystkie możliwe sposoby pokojowego oddziaływania na innych ludzi.
- Racja, racja.
- No i bieda by musiała być straszna – mówiła dalej Pani Krysia - bo pieniądze nie szłyby do najlepszych wytwórców i dostawców usług, tylko do tych, co by się potrafili dobrze ustawić i wykorzystać innych. Jak sobie to wyobrażę, Pani Jadziu, to aż mi ciarki przechodzą po plecach. Brr!!
W tym momencie z czarnego pudła zaczął się wyłaniać jakiś ciemny, podłużny kształt. Niczym wąż zaczął pełznąć po ladzie, lecz Pani Jadzia w porę go zauważyła i mocnym ciosem łapką na muchy przegoniła go z powrotem do czarnej masy.
- Pani widzi jakie to wredne! Już dziś dwa razy chciało uciec, diabelstwo jedne!
- Niech to Pani pilnuje i jak najszybciej odda do hurtowni.
- Też bym chciała, ale kierownik się uparł.
- Tego nikt nie kupi. Trzeba być złym albo nienormalnym, żeby to zrobić – westchnęła Pani Krysia. - No, to niech mi Pani jeszcze da tylko to francuskie wytrawne wino z 1936 i lecę z powrotem do domu.
- Razem będzie sześć pięćdziesiąt osiem.
Pani Krysia położyła na ladzie banknot dziesięciu złotych wyemitowany przez bank „Pewność”, a na ten widok Pani Jadzia powiedziała od razu:
- O, widzę, że Pani trzyma teraz swoje srebro w „Pewności'?
- Nie, to męża banknot, ja mam tylko banknoty „Gwarancji”, bo tylko im ufam, że nie dadzą kredytu z mojego depozytu.
- Racja, aż strach pomyśleć co by się stało, gdyby władzę nad pieniądzem przejęło to czarne pudło – zamyśliła się Pani Jadzia.
- Daj Boże, żeby do tego nigdy nie doszło.

2 komentarze:

  1. Pani Jadzia uśmiechała się pod wąsem...
    Dobre!

    OdpowiedzUsuń
  2. Zajrzałem tu znów przy okazji i widzę, że pan Jakub nie ruszył się z miejsca ani o centymetr. Widać jakie czasy, tacy ludzie. Chyba już dawno nie było wojny w naszych okolicach i stąd te wszystkie nieporozumienia. Do ludzie z 20-lecia międzywojennego pan Jakub by ze swoimi tezami nie dotarł. Do następnego pokolenia również. Dobrze, że ostatnio nie było wojny, dobrze, że jak na razie się nie zanosi. Szkoda tylko, że ludzie tego nie rozumieją. No cóż nie można mieć wszystkiego.
    Acha a pani Jadzia zanim przyjęłaby banknot banku "Pewność" musiałaby najpierw sprawdzić aktualny kurs wymiany i dodatkowo pobrać jeszcze prowizję tak samo jak dziś robią to kontory. Są sklepy nawet w Poznaniu które akceptują płatność w EURO, informując przy kasach jaki jest aktualnie ich kurs wymiany a przy granicy to praktycznie są wszystkie sklepy. Ale do pewnych ludzi po prostu to nie dociera ... a szkoda bo mają o sobie wysokie mniemanie.

    OdpowiedzUsuń

Zaakceptowane zostaną wszystkie komentarze:
1) bez przekleństw,
2) nie obrażające nikogo.