wtorek, 15 grudnia 2015

Mini-almanach obiektywistycznych świrów




            Stało się. Do Polski zaczęli przybywać przedstawiciele amerykańskiego Instytutu Ayn Rand wraz ze swoimi chorymi ideami.
            Przedstawianie po raz kolejny na tym blogu Ayn Rand i jej pokracznych idei mija się z celem, warto jednak mieć na uwadze to, iż choroba moralności i człowieczeństwa, zwana także obiektywizmem, niestety wciąż ma się dobrze i żyje w umysłach wielu osób. Część z tych osób przybywa nawet do Polski ze specjalnymi wykładami – warto więc wiedzieć, z kim mamy do czynienia.
            Murray Rothbard był chyba jednym z niewielu (jedynym?) normalnych nowojorskich Żydów, którzy poświęcili swoje życie naukom o człowieku. Zeświecczona społeczność żydowska tej wielkiej metropolii zrodziła już całe zastępy wywrotowych lub lewackich intelektualistów, by wymienić tylko Hannah Arendt, Thomasa Nagela, czy też Noama Chomsky’ego i ciężko w niej znaleźć normalnych libertarian. O wiele łatwiej znaleźć można za to obiektywistów, czyli zwolenników groteskowych poglądów Ayn Rand.
            Przez wiele rolę „świętego Piotra” religii obiektywizmu pełnił Nathaniel Branden. Zmarł w 2014 roku i na szczęście nie przyjedzie już do Polski. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało: Blumenthal, ale postanowił je zmienić za namową samej prorokini Rozumu. Branden przeczytał powieść Rand „Źródło” w wieku 14 lat i był, jak sam mówił, „zahipnotyzowany”. Rzeczywiście, było w tym coś z hipnozy, gdyż po kilkuletniej wymianie korespondencji Rand zadzwoniła wreszcie do niego i gdy miał 20 lat uczyniła z niego swojego seksualnego partnera. Co ciekawe, zanim tak się stało Rand zorganizowała wspólne spotkanie z swoim małżonkiem oraz żoną młodego Nathaniela, na którym wyjaśniła wszystkim, że zgodne z rozumem jest to, aby ich romans pozostał niezakłócony.
            Nathaniel Branden był psychoterapeutą, który mniej więcej od początku lat 70. zaczął publikować swoje własne prace cieszące się pewnym uznaniem w środowisku. Nie jestem specjalistą od psychologii i dlatego nie potrafię wypowiedzieć się na temat ich wartości, lecz sporo wątpliwości budzi jego pogmatwane życie moralne a także fakt, iż prowadziwszy swego czasu terapię Murraya Rothbarda zdradzał wszystkim członkom randowskiej sekty tajemnice i sekrety, które powierzał mu Mr Libertarian. Tego typu zachowania są dyskredytujące w środowisku terapeutów – być może jednak nie w środowisku zbuntowanych atlasów.
            Branden sypiał z Ayn Rand mniej więcej 9 lat, lecz wówczas poznał młodszą i piękniejszą, dlatego został wydalony z samego jądra Rozumu (dlatego zresztą zajął się przede wszystkim psychologią). Wówczas miejsce Brandena (niekoniecznie w łożu Ayn Rand) zajął Leonard Peikoff, krewny Brandenów z Kanady.
            Rosyjska Żydówka uczyniła z Peikoffa swojego prawnego i intelektualnego spadkobiercę. Ten wziął sobie jej wolę do serca, gdyż w 1985 założył wspomniany instytut noszący jej imię, który niestrudzenie uświadamia wszystkich chętnych o tym, że kilka dekad temu po Nowym Jorku kroczyła wielka filozof nauczająca o tym, że „fakty to fakty”, czy też, że „A jest A”.
            Leonard Peikoff to „myśliciel” tyleż kuriozalny, co nawet groźny. Jak wiadomo, obiektywiści gardzą altruizmem (a przynajmniej go „nie cenią”). Założyciel Instytutu Ayn Rand pokazał na czym polega to przekonanie w praktyce gdy po wybuchu wojny w Iraku w 2003 roku żalił się w czasie wystąpień publicznych, że opinia publiczna niepotrzebnie przejmuje się losem cywilów, którzy ginęli w czasie walk (!). Jako zwolennik wojen prowadzonych przez amerykańskiego Lewiatana uważał zresztą, że USA powinno od razu uderzyć na Iran i czynił z tego powodu wielkie wyrzuty prezydentowi Bushowi.
            Peikoff i inni randyści (obiektywiści) nie potrafią nigdy wytłumaczyć jak pogodzić głoszony przez nich indywidualizm z wyrażaniem poparcia dla wojen prowadzonych przez USA o dostęp do surowców, lecz najwyraźniej to dla nich nie problem. Tego typu problemów nie dostrzegała także nigdy sama Krynica Racjonalności. Bardzo często można także odnieść wrażenie, że randyści popierają wszystko to, co leży w interesie państwa Izrael – co nie dziwi jeśli uwzględnimy narodowość większości najważniejszych obiektywistów.
            Peikoff to także zdecydowany zwolennik aborcji, przy czym jego poparcie przybiera wręcz absurdalne intelektualnie kształty. Otóż założyciel Instytutu Ayn Rand uważa, iż tak naprawdę to zwolennicy aborcji są pro-life, ponieważ zakaz aborcji zmusza kobietę do poświęcenia jej życia (!). A tymczasem, jak wskazywała Sama Ona, dzieci nie posiadają żadnych praw dopóki się nie urodzą.
            Jako ciekawostkę warto także przedstawić bezmiernie śmieszne poglądy Peikoffa na temat Świąt Bożego Narodzenia, z którymi można zapoznać się na jego stronie peikoff.com. Otóż, przekonuje randysta, wszyscy powinniśmy dążyć do tego, aby pozbyć się Chrystusa z obchodów Świąt i skupić się na Świętym Mikołaju, który w przeciwieństwie do Nazaretańczyka jest... kapitalistyczny. Chrystus okazuje innym łaskę oraz bezwarunkową miłość – największe grzechy obiektywistycznej religii – a Gwiazdor daje prezenty tylko tym, którzy byli dobrzy, a nie źli.
            Wystarczy już chyba słów na temat założyciela Instytutu Ayn Rand – i tak poświęciliśmy mu o wiele więcej uwagi, niż na nią zasługuje.
            Leonard Peikoff na szczęście nigdy nie odwiedził Polski, lecz dwukrotnie (a może i więcej razy) z wykładami gościł już w naszym kraju dyrektor wykonawczy Instytutu Ayn Rand – Yaron Brook. Brook nie jest wprawdzie Żydem z Nowego Jorku, ale Żydem z Izraela, co w najlepszy sposób tłumaczy jego wielkie zaangażowanie w zastosowanie zasad randowskiego egoizmu do polityki zagranicznej (wojennej) Stanów Zjednoczonych oraz Izraela. Otóż zdaniem Brooka, a także Peikoffa i innych, w polityce zagranicznej USA powinny się kierować własnym interesem, gdyż moralne jest właśnie to, co jest zgodne z wolą jednostki.
            Podstawowy problem związany z takim poglądem polega na tym, że USA nigdy nie były ani nie zostaną wychwalaną przez obiektywistów pod niebiosa jednostką, lecz będą zawsze stanowiły kolektyw. Na dodatek kolektyw, który pobiera ogromne podatki na rzecz coraz większych zbrojeń, choć przecież obiektywiści deklarują się jako zwolennicy kapitalizmu. Brooka to jednak nie zraża.
            Naczelny obiektywista to osoba dobrze czująca się w publicznych wystąpieniach. Gdy się wypowiada, można niekiedy odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z charyzmatycznym pastorem. Wydaje się, że to nie przypadek. Brook to były pracownik izraelskich służb specjalnych, człowiek doskonale przeszkolony w swoim fachu. Istnieje wiele powodów by sądzić, że Yaron Brook został specjalnie wynajęty przez państwo Izrael lub amerykańskie służby do tego, aby urabiać młode osoby zainteresowane libertarianizmem do wyrażania poparcia dla wojen prowadzonych przez USA i Izrael. Tłumaczyłoby to także, dlaczego Instytut Ayn Rand dysponuje tak sporymi środkami na promocję własnych idei.
            Brooka cieszy, że po śmierci Rothbarda libertarianizm w Stanach Zjednoczonych stał się mniej „anarchistyczny”, a przez to mniej nakierowany na realizację libertariańskich ideałów. Cele Brooka i jego obiektywistycznych kolegów są bowiem o wiele bardziej prozaiczne: chcą urobić libertarian do udzielenia masowego poparcia amerykańskiej maszynie „obiektywnych” i zgodnych z „egoistycznym interesem” amerykańskiego narodu wojen. Kto nie wierzy, niech sprawdzi jak często Brook i jego koledzy pojawiają się w republikańskich mediach, które jednocześnie zakazują wstępu libertarianom spod znaku Murraya Rothbarda. Przy okazji pragną także przekonać wszystkich, że religia jest nieracjonalna i że prawdziwy libertarianin powinien nią gardzić.
            Do niniejszego małego almanachu mógłbym jeszcze zaliczyć oczywiście m.in. Alana Greenspana, który zasady randowskiego obiektywizmu realizował jako naczelny nadzorca taśmy drukującej pieniądze w amerykańskim banku centralnym. Jego przypadek to chyba najbardziej wyrazisty dowód na to, jak bardzo pozbawiony moralnych fundamentów jest obiektywizm oraz jego zwolennicy.
            Niestety - Instytut Ayn Rand i jego przedstawiciele powoli penetrują już polskie środowisko libertarian. Przyjeżdżają z wykładami, przysyłają książki, udzielają wsparcia. Można mieć tylko nadzieję, że polscy libertarianie rozpoznają w nich w porę hochsztaplerów i płatnych agentów oraz dostrzegą, jak bardzo groteskowe są poglądy obiektywistów.

Jakub Wozinski


sobota, 24 października 2015

Odpał projektu open borders






Dziś na blogu zamieszczam zdjęcie przedstawiające grupkę osób o libertariańskich skłonnościach, które właśnie wcielają w życie program "open borders".

Jak bowiem wszystkim "prawdziwym" libertarianom wiadomo, każdy "prawdziwy" libertarianin powinien być za całkowitym otwarciem granic, bo przecież państwowe granice to etatyzm, socjalizm i czyste zło. Jedynym wyjątkiem jest tu tradycyjnie zły, okropny i do bólu prawicowy Hans-Hermann Hoppe, który ze względów strategicznych opowiada się za zamykaniem granic przed pewnymi osobnikami. Na zdjęciu widać zresztą, że mamy do czynienia z rodakami Hansa, którzy wyraźnie wstydzą się tego, że im taką "siarę" robi i dlatego chcą pospiesznie pokazać, jak bardzo są tolerancyjni.

Na poziomie czysto teoretycznym z "prawdziwymi" libertarianami się zgadzam: tak, państwowe granice to zło i trzeba je zlikwidować. Podstawowy problem z ich argumentacją jest natomiast taki, że kompletnie nie radzą sobie z aplikacją swojego libertarianizmu do otaczającej ich rzeczywistości. Osobno wypowiem się na ten temat niedługo także na portalu Libertarianin.org.

Swoje stanowisko w temacie państwowych granic przedstawiłem niedawno także w ramach debaty: "Filozofia libertariańska a państwowe granice", jej zapis można obejrzeć tutaj:
https://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=VCj0MWgdsp0
https://www.youtube.com/watch?v=HJ63SkXZ7xs&feature=player_embedded


Zamieszczone tu zdjęcie to nie żart: skoro granice mają być otwarte, a nie etatystycznie i socjalistycznie zamknięte, to jakim prawem państwa posiadają w ogóle armie, które bronią granic? Jeśli "prawdziwy libertarianin" chce otwarcia wszystkich granic TERAZ oraz pragnie zlikwidować służby graniczne, to jakim prawem - pytam - zgadza się na istnienie państwowej armii? Jakim prawem jakikolwiek przedstawiciel państwa zastępuje drogę przedstawicielowi innego państwa, gdy ten dokonuje agresji? Zwolennik odpałowej teorii open-borders powinien bez wahania odpowiedzieć, że nie ma takiego prawa. A jeśli uważacie, że imigracja obywateli oraz migracje uzbrojonych armii to co innego, to kto ma prawo decydować co jest czym? Czy nie przypadkiem jakiś państwowy urzędnik? Szczególnie, gdy wojnę nowoczesną prowadzi się dziś właśnie przy użyciu zjawiska imigracji.
Konsekwencje takiego stylu myślenia są nie tyle absurdalne, co groźne.


Moi drodzy adwersarze, bez urazy, ale uważam, że mocno błądzicie. Znam Was i wiem, że leży Wam na sercu świat wolny od ograniczeń narzucanych przez państwo, ale zachowajcie odrobinę zdrowego rozsądku.

niedziela, 11 października 2015

Nauka, filozofia i libertarianizm

Dziś będzie trochę filozoficznie.

Zacznę od tego, że do dzisiejszego wpisu skłoniło mnie powszechne w społeczeństwie darzenie słowa "nauka" zbyt wielką czcią, całkowicie jej nienależną. Istnieją w języku takie sformułowania, jak "ludzie nauki" albo "wybitny naukowiec", które stosowane są ilekroć chcemy komuś udzielić prestiżu związanego z działalnością intelektualną. Tymczasem sformułowania "ludzie filozofii" albo "wybitni filozofowie" nie cieszą się już równym prestiżem. Żyjemy wszak w epoce, w której zwyciężyła oświeceniowa propaganda, zgodnie z którą najlepszą i najpewniejszą wiedzą jest wiedza naukowa, a nie filozoficzna. Współcześni filozofowie są najczęściej cenieni przez pozostałych intelektualistów jedynie o tyle, o ile są "filozofami nauki", czyli pozytywistami, którzy przyjęli rolę służebną wobec nauk przyrodniczych i z rozmaitych osiągnięć fizyki, biologii, astronomii i chemii posłusznie klecą teoryjki na temat "filozoficznej analizy wielkiego wybuchu", "ewolucji gatunków" itd. itp.

Zanim wyjaśnię dlaczego nie darzę filozofii pozytywistycznej oraz współczesnej zbyt wielkim szacunkiem, odniosę jeszcze tylko całe zagadnienie do kwestii zakłamania języka w społeczeństwie rządzonym przez państwo. Od kiedy bowiem kradzież państwa przestaje być nazywana kradzieżą, a nazywa się ją niesieniem pomocy społecznej, dbaniem o dobro wspólne, czy też troską o rację stanu, semantycznemu przeobrażeniu ulega cały język. Państwo wyzyskuje wszystkich, lecz każe swoje czynności nazywać służbą (służbą zdrowia, publiczną itd. itp.), państwo tworzy bezrobocie, lecz jednocześnie mówi, że zapewnia ludziom pracę, państwo twierdzi, że zapewnia ludziom ochronę, a jednocześnie zakazuje posiadać broni - zawsze jest dokładnie odwrotnie niż mówi Lewiatan, który jest oparty na wielkim kłamstwie.

To "przesunięcie semantyczne" wpływa oczywiście także na samą filozofię, która obecnie jest w ogromnej mierze sponsorowana przez państwo. Filozofia została przez państwo zneutralizowana, a na jej miejsce wstawiono naukę (czyli nauki przyrodnicze). Dlaczego? Ano dlatego, że nauki przyrodnicze nie są w stanie zakwestionować sensu istnienia państwa - one tylko mierzą, liczą, obserwują i stawiają hipotezy. Filozofia obejmuje także etykę, a tą "nauka" uznała za persona non grata i w sporej mierze usunęła ze świata "intelektualnych wyżyn".
Wydaje się, że współczesny człowiek bardzo łatwo zaakceptował prymat nauki. Znam wiele osób, które uważają, że właśnie prowadzą najbardziej zaawansowaną filozoficzną debatę, tak naprawdę rozprawiając o tym, jak to było z wielkim wybuchem. Jeszcze więcej znam zaś osób, które przy pomocy nauki odrzucają wiarę w Boga, co jest już dość specyficznym intelektualnie zabiegiem - tak jakby nauki przyrodnicze mogły kiedykolwiek coś w kwestii istnienia Absolutu powiedzieć.

Czym zatem jest filozofia? Proszę nie zrozumieć moich rozważań jako zbyt butnych, ponieważ sam z pokorą uznaję to, iż uprawianie filozofii nie zawsze wychodzi mi w sposób poprawny oraz nie unikam błędów w tej dziedzinie. Wydaje mi się jednak, że filozofię uprawiało poprawnie stosunkowo niewiele osób w historii - zdecydowanie mniej, niż się powszechnie uważa.
Platon był ciekawym literatem, lecz tak naprawdę jako pierwszy w sposób systematyczny filozofię uprawiał Arystoteles. To właśnie on jako pierwszy w sposób spójny i rzeczowy przedstawił podstawową prawidłowość filozofowania, czyli to, co Murray Rothbard ujął mniej więcej tymi słowy: aby dana teza miała sens, należy wykazać, że jej zaprzeczenie pociągałoby za sobą absurd. Filozofia zaczęła się od Zachęty do filozofii, Metafizyki, Analityk wtórych i innych prac Arystotelesa. Od tego czasu praktycznie do dziś filozofują według mnie wyłącznie ci, którzy przyswoili sobie jego postulaty i - świadomie lub mniej świadomie - kontynuują tradycję poszukiwania pierwszych, niedowodliwych przesłanek oraz wniosków, które jesteśmy z nich w stanie wyprowadzić. Do tej tradycji zaliczał się tradycyjny tomizm, tomizm współczesny oraz... libertarianizm w wydaniu Hoppego i Rothbarda. Nie miejsce tu na pełne wyjaśnienie jak do tego doszło - próbę ukazania tej zaskakującej kontynuacji tradycyjnej filozofii przedstawiłem w swoich książkach "A priori sprawiedliwości. Libertariańska teoria prawa" oraz "Antropologia libertarianizmu".

Czym w praktyce różni się filozofia od nie-filozofii? Otóż nie-filozof wymyśla wpierw ciekawą, pięknie brzmiącą i równie fascynującą hipotezę, np. że mogłoby istnieć coś takiego jak "zasłona niewiedzy" albo "fałszywa świadomość", a następnie wokół niej tworzy skomplikowaną narrację (nieraz wielotomową), która tworzy otoczkę wielkich i doniosłych przemyśleń.
Z kolei filozof, zanim w ogóle wypowie jakąś tezę, sprawdza wpierw, czy jej zaprzeczenie pociągałoby za sobą absurd. Naukowiec nigdy tak nie pracuje: on stawia tezy na podstawie tego, co ktoś wcześniej zmierzył, przeliczył, zaobserwował, zbadał. Nie osiągnie nigdy stopnia precyzji i siły dowodu filozofa, lecz zawsze tylko pewne uprawdopodobnienie.

Tak przedstawiona filozofia musi się wydawać bardzo nudna. Nie posługuje się przecież żadnymi pięknymi literacko teoriami, nie posiłkuje się zaskakującymi i niecodziennymi metaforami, lecz jest bardzo przyziemna ("człowiek posiada sam siebie" "szukając przyczyn nie można iść w nieskończoność" - to nie brzmi szałowo, czyż nie?). Co więcej, filozofia nie będzie nigdy szczególnie zainteresowana wynikami najnowszych badań fizyków ani biologów, lecz będzie zawsze powtarzała te same, wydawałoby się puste twierdzenia. W filozofii nie można odcisnąć swojego indywidualnego piętna, bo jako taka jest bezosobowa. Nie zmieścimy w nich wzniosłych metafor i epitetów - zawsze będą tylko "suche zwroty". Może dlatego jest dziś tak niepopularna?

Aby jednak zachować pewien balans, chciałbym wyraźnie podkreślić, że Murray Rothbard nie był wybitnym filozofem. Najwięcej uwagi poświęcał ekonomii, która nie jest nauką przyrodniczą, lecz nauką humanistyczną, ale jednak nauką. Naukom humanistycznym bliżej do filozofii niż naukom przyrodniczym, niemniej jednak ekonomia w sporej mierze bazuje nie na filozoficznych prawdach koniecznych, lecz na pewnych typowo empirycznych tezach. Wielką zasługą Rothbarda było jednak to, że był jak na ekonomistę "nieprzyzwoicie" świadomy filozoficznie i zadał sobie trud, aby poczytać co nieco na temat św. Tomasza z Akwinu i Arystotelesa, dzięki czemu dostrzegł na czym polega filozofia i umieścił swoje rozważania na temat prawa własności w najlepszym z możliwych teoretycznie kontekstów.. Wiele osób często zarzuca Rothbardowi to, że w "Etyce" nie rozwinął pojęć "natury", czy też "prawa naturalnego". Ja nie mam mu tego za złe: wg mnie przemawiała przez niego pokora wobec liczącej ponad 2 tys. lat tradycji. Każdy, kto ma wątpliwości na temat pojęć natury, czy też prawa naturalnego, powinien zaopatrzyć się w dzieła Tomasza i Arystototelesa. Rothbard zaglądał do ich dzieł - a ile osób zadaje sobie dzisiaj ten trud?

Na koniec uzupełnię swoje rozważania jeszcze jedną uwagą: nie jestem wrogiem nauki jako takiej. Wręcz przeciwnie, uważam, że jej rozwój jest imponujący. Niemniej jednak, jej rola jest stuprocentowo służebna. Zadaniem nauki jest dostarczenie technicznej wiedzy dotyczącej rozmaitych wycinków rzeczywistości. Na tej zasadzie ekonomia pomaga nam zrozumieć procesy społeczne związane z wymianami, a biologia przebieg rozmaitych procesów w przyrodzie ożywionej. Ponad nimi wszystkimi jest jednak filozofia, która jednak powinna być uprawiana niezależnie wobec jakiejkolwiek nauki, gdyż ma swoją własną metodą oraz inny przedmiot badawczy. Dla libertarian dobra wiadomość jest taka, że etyka społeczna zalicza się właśnie do samej elity, czyli filozofii, a nie nauki.

sobota, 3 października 2015

2 Krowy

Kilka tygodni temu po Internecie krążyły śmieszne obrazki z 2 krowami. Schemat ten jest stary jak świat, ale niezwykle cenny jeśli chodzi o pokazywanie różnic między rozmaitymi stanowiskami w zakresie polityki i światopoglądów. (Gdyby ktoś jakimś cudem nigdy o tym nie słyszał, wspomnę tylko, że np. komunista zabiera ci 2 krowy, a potem każe stać w kolejce po mleko, a socjalista zabiera jedną krowę i każe ci tworzyć z sąsiadem spółdzielnie produkcyjną itd. itp.)
W amerykańskiej wersji schematu z 2 krowami jako synonim normalności pojawia się tzw. "tradycyjny kapitalizm", w ramach którego wpierw masz krowę, potem sprzedajesz jedną z nich i kupujesz byka, a potem tworzysz stado, sprzedajesz i żyjesz na emeryturze z wypracowanego dochodu. Wszystko pięknie, choć rodzą się pytania o to, co autor miał na myśli mówiąc "tradycyjny kapitalizm". Zapewne ten XIX-wieczny kiedy to wolny rynek stworzyły wielkie imperia kolonialne.



Ponieważ ten blog powstał po to, aby zwalczać herezję prawicowości, postanowiłem posłużyć się schematem 2 krów do wyjaśnienia na czym polega wielki błąd myślenia w kategoriach konserwatywno-liberalnych, czy też tzw. państwa minimum.
Otóż libertarianin do 2 krów odniósłby się tak: Ty masz 2 krowy, ja mam trzy, nasz sąsiad nie ma żadnej, a koleś z drugiej wsi ma tylko jedną. I tak jest OK dopóki żaden z nas nie będzie kradł drugiemu krowy ani mleka.
(Libertarianina, jeśli nie chce być posądzony o ekonomizm, nie powinno obchodzić to, czy ktoś swoje krowy rozmnoży, czy zarżnie - przekonywanie do korzyści finansowych płynących z naszego ustroju to wabik na lewicowców, którzy ZAWSZE będą mieli egalitarystyczne ciągoty).

A co powiedziałby konserwatywny-liberał/wyznawca państwa-minimum? Powiedziałby mniej więcej tak:
Ty masz 2 krowy, ja mam trzy, nasz sąsiad nie ma żadnej, a koleś z drugiej wsi ma tylko jedną. Niech nikt nikomu nie zabiera żadnej krowy, ale musimy przecież pobierać podatek w postaci 5 litrów mleka dziennie, aby utrzymać nasze wojsko i sądy do ewentualnych sporów o krowy. To nasze państwo-minimum będzie miało ogromny zysk ze sprzedaży podatkowego mleka, dzięki czemu nasza armia będzie mogła podbijać inne ziemie i tam narzucać nasze rządy i bardzo minimalne przecież obciążenia podatkowe. Państwa lewicowe będą mniej wydajne ekonomicznie, bo w nich ludziom odbiera się całe krowy, a u nas własność to przecież rzecz święta - my okradamy jedynie z mleka i dzięki temu nasza gospodarka jest wydajniejsza. A to, że nasza armia stacjonuje w iluś tam państwach świata to nie jest już nic złego, my przecież wszędzie niesiemy wolność w postaci niskich podatków narzucanych tylko na mleko.

Ktoś mógłby powiedzieć, że nie każde państwo prawicowe realizujące zasady minimalnych podatków nakładanych "na mleko, a nie na krowy" jest od razu imperium, jednakże doświadczenie historyczne pokazuje, że każde państwo kierujące się liberalną wewnętrznie polityką gospodarczą na ogół wygrywa konfrontację z państwami opartymi na daleko idącej interwencji w rynek. (Swoją drogą, wg mnie ta właśnie obserwacja to chyba drugi, po koncepcji apriori argumentacji, najważniejszy i najbardziej doniosły element teorii Hansa-Hermanna Hoppego).

I tak właśnie dochodzimy do wniosku, że libertarianizm polega na tym, żeby zostawić cudze krowy, a w szczególności ich mleko w spokoju.

wtorek, 8 września 2015

Kukułcze jajo USA





         Uchodźcy z Bliskiego Wschodu przedostają się do Europy Zachodniej dokładnie tymi kanałami, którymi życzą sobie Stany Zjednoczone.
            Nie ma chyba obecnie Polaka korzystającego z mediów społecznościowych, który w ten, czy inny sposób nie odwołałby się do kwestii napływających z Bliskiego Wschodu osób, szukających w Europie azylu. O uchodźcach mówią wszyscy i wszędzie, gdyż po raz pierwszy we współczesnej historii Polski problem ludności islamskiej zalewającej od kilku dekad Stary Kontynent dotknął bezpośrednio także Polski, mającej wedle unijnych dyrektyw przyjąć nawet 10 tysięcy uchodźców.
            Polacy, zgodnie z tradycją, podzieli się na dwa obozy: pro- i antyimigrancki. I choć racja wydaje się być po stronie osób występujących przeciwko przyjmowaniu obcych kulturowo uchodźców, wydaje się, że w całym sporze górę biorą ostatecznie amerykańskie władze, które starannie zaplanowały całą sytuację i ogromnie cieszą się z tego, że Europa destabilizuje się ideowo i politycznie.
            Przede wszystkim, mało kto zadaje sobie pytanie, dlaczego uchodźcy napływają właśnie przez terytorium Węgier, a wcześniej Serbii i Macedonii. Osoby organizujące przerzut nie czynią tego bez namysłu. Skoro celem są Niemcy, Francja, czy Włochy, dlaczego trasa „migracji” biegnie przez właśnie przez Węgry? Do Niemiec można się przecież dostać co najmniej kilkoma alternatywnymi trasami.
            Bardzo często zapomina się, że nielegalny przerzut ludności do krajów bogatego Zachodu to dobrze zorganizowany interes, którym nie zajmują się przypadkowi ludzie. W tym konkretnym przypadku przerzut został z całą pewnością zlecony przez Państwo Islamskie (ISIS), które pragnie w ten sposób dokonać „eksportu” swojej mahometańskiej rewolucji politycznej do krajów Europy Zachodniej.
            Jest bardziej niż zastanawiającą kwestią to, że uchodźcy uciekający przed ISIS-em nie zbiegają np. na Półwysep Arabski. To prawda, że od krajów Półwyspu Arabskiego dzieli ich właśnie ISIS, lecz przecież istnieją szlaki pozwalające na okrążenie tych terytoriów. A jeśli nawet przyjmiemy tłumaczenie, że sunnici z Syrii i Libanu nie chcą uciekać do szyitów Arabii Saudyjskiej, pozostaje wciaż jeszcze kilkadziesiąt innych państw na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej, w których spotkać można wielomilionowe populacje sunnitów. Kwestią oczywistą jest to, że w krajach tych nie można liczyć nawet na ułamek pomocy socjalnej, jaka czeka w Europie, lecz Europa jest odległa, a przerzut trwa dość długo. Prawdziwi uchodźcy myślą przede wszystkim o ocaleniu życia, a dopiero później o docelowym miejscu spędzenia reszty życia. ISIS bardzo zależy więc, aby uciekinierzy zalewali Europę i ją destabilizowali.
            Obecnie dominuje przekonanie, że Państwo Islamskie powstało w wyniku wielu fatalnych błędów, jakich Amerykanie dopuścili się na Bliskim Wschodzie, wszczynając wojny, ingerując w politykę wewnętrzną tamtejszych krajów oraz próbując zaszczepić demokrację na islamistycznym gruncie. Jest w tym wszystkim nieco prawdy, lecz o wiele bardziej prawdopodobna wydaje się hipoteza, że ISIS jest tworem samych Amerykanów, którzy przy jego pomocy starają się osiągać różnego rodzaju cele polityczne.
            Pierwowzorem ISIS-u była Al-Kaida, której głównym sponsorem była przez lata Arabia Saudyjska i amerykańskie służby specjalne. Stany Zjednoczone to najpotężniejsze w historii imperium, które politykę podbojów gospodarczych realizuje przy pomocy „spontanicznych” ruchów społecznych i terrorystycznych, które jednak co jakiś czas się zużywają. Dlatego właśnie na początku 2014 roku pojawiło się wcześniej nikomu nie znane Państwo Islamskie, które pomogło odłożyć do lamusa zużytą Al-Kaidę, która wcześniej posłużyła jako pretekst do inwazji na Afganistan oraz globalnej „wojny z terroryzmem”.
             W 2011 roku w Syrii wybuchła inspirowana przez USA wojna domowa, którą w mediach próbowano przedstawiać jako wyraz buntu przeciwko krwawym rządom Hafiza al-Asada. W rzeczywistości jednak konflikt ten był karą dla dyktatora, który nie chciał dopuścić do zaistnienia kluczowego z punktu widzenia USA interesu w postaci gazociągu, który miałby przebiegać od Turcji (połączonej systemem gazociągów z Europą Zachodnią) przez terytorium Syrii, Jordanii aż do Morza Czerwonego. Na pograniczu Syrii, Izraela i Jordanii odkryto w 2009 roku bardzo bogate złoża gazu, którego wydobyciem nie mogły się przecież zgodnie z amerykańską racją stanu zająć miejscowe kraje.
Za al-Asadem ujęła się Rosja, która straciłaby wówczas sporą część rynku w Europie. Co ciekawe, bojownicy Państwa Islamskiego zdążyli już nawet publicznie ostrzec państwo rządzone przez Putina, że on także jest ich wrogiem. ISIS nie jest więc żadnym spontanicznie powstałym organizmem, lecz sterowanym z Waszyngtonu i przez Waszyngton finansowany projektem mającym na celu umożliwienie realizacji rozmaitych celów.
            Po zakończeniu II wojny światowej podobną rolę spełniał Związek Radziecki, który przecież nie tylko powstał przy pomocy amerykańskich pieniędzy (finansowaniem rewolucji zajmował się m.in. bank Kuhn&Loeb oraz liczne niemieckie banki), lecz później w został reanimowany w 1941 roku przy pomocy mamucich dostaw broni i surowców dokonywanych przez Alaskę i Syberię. Do 1991 roku Sowieci stanowili dla amerykańskiego imperium najbardziej bagatelny pretekst do tego, aby co roku kolonizować ekonomicznie i militarnie kolejne państwa na świecie. W niektórych krajach faktycznie istniały ogniska zapalne komunizmu, lecz w wielu z nich zostały bardzo zręcznie podsycone i podrasowane przez CIA. Cały Zachód kibicował USA, które walczyło z „imperium zła”.
            Po upadku ZSRR nowym i naczelnym wrogiem Stanów Zjednoczonych stał się bogaty w ropę świat islamski, w którym służby specjalne Wujka Sama wprowadziły w życie dobrze przećwiczoną strategię w postaci finansowania skrajnych grup, podsycania atmosfery zagrożenia, przy pomocy zamachów terrorystycznych lub innych aktów przemocy oraz tworzenia w mediach atmosfery powszechnego przeświadczenia, że tylko amerykańskie wojsko i państwo jest w stanie ochronić „nas” przed czającym się wszędzie zagrożeniem. ISIS doskonale spełnia swoje zadanie, a medialność dokonywanych przez niego egzekucji skłania ku opinii, że to dobrze przeszkoleni fachowcy.
            Rzecz jasna, ISIS zachowuje pewną niezależność, a być może nawet do pewnego stopnia wymknął się spod kontroli Waszyngtonu i CIA dokładnie tak, jak bolszewicy wymknęli się spod kontroli po rewolucji październikowej. Ostatecznie jednak siła militarna tego państwa jest niczym wobec potęgi USA, a jego sfera wpływów rozciąga się z dala od terytorium zamieszkałego przez Amerykanów.
            Bliski Wschód jest za to blisko Europy, co jednak jest dla USA nawet korzystne, gdyż ich własna potęga oparta jest na imperium walutowym dolara. Wspólna waluta europejska stanowi wciąż największe zagrożenie dla waluty amerykańskiej, dlatego z punktu widzenia amerykańskiego państwa zawirowania wewnętrzne w Europie – mateczniku dawnych imperiów – są do pewnego stopnia korzystne.
            Zasadniczo jednak Stany Zjednoczone ogromnie zyskują na obecnej sytuacji przede wszystkim na polu psychologicznym i ideowym. Obawiający się fali imigrantów i terrorystów Europejczycy ze zgrozą obserwują bierność i głupotę miejscowych rządów, które udają, że napływający na Stary Kontynent dżihadyści są pokojowo nastawieni do świata. W odróżnieniu od europejskich państw, amerykański Lewiatan wydaje się być ogromną potęgą, która na Bliskim Wschodzie dokonywała już dziesiątek skutecznych interwencji militarnych i która jako jedyna będzie w stanie powstrzymać mahometańską nawałę. Stany Zjednoczone chcą, by cała kultura Zachodu widziały w nich obrońcę cywilizacji.
            Na taki właśnie efekt psychologiczny liczy amerykańskie państwo – czy chcemy czy nie jesteśmy obecnie tylko pionkiem na jego szachownicy.

Jakub Wozinski


czwartek, 20 sierpnia 2015

Antropologia libertarianizmu - czyli moja nowa książka



Kilka dni temu ukazała się mój ebook pt. "Antropologia libertarianizmu" (można go nabyć tutaj).

Książka ta to moja praca doktorska, którą obroniłem w lutym tego roku na KUL-u. Pisanie pracy naukowej na uniwersytecie posiada swoje wady i zalety. Wadą jest konieczność zachowania pewnego stylu i formatu pracy, lecz zaletą konieczność konfrontowania swoich własnych przemyśleń z promotorem pracy, posiadającym o wiele większe doświadczenie i wiedzę. Swoje dotychczasowe książki pisałem na własną rękę, lecz w tym wypadku byłem w pewnym sensie za rękę prowadzony.

O tym, dlaczego praca powstała na KUL-u, a nie gdzie indziej, pisałem już na tym blogu oraz wyjaśniam to we wstępie do nowej książki. Tu chciałbym tylko dopowiedzieć, że napisanie pracy było motywowane przede wszystkim następującymi czynnikami:
- chciałem pokazać, że libertarianie (a ściślej: rothbardianie) nie są wcale filozoficznymi ekscentrykami i nowinkarzami, lecz antropologiczny fundament ich propozycji jest bardzo "tradycjonalistyczny", spójny i dobrze opisany;
- chciałem pokazać, że libertarianizm (rothbardianizm) to pełnoprawna filozoficznie idea i tą pracą zaznaczyć obecność Rothbarda w polskim świecie akademickim (a ściślej: wśród filozofów) - to przecież jeden z kluczowych myślicieli w historii!;
- chciałem wskazać miejsce ekonomii w szeregu - moim zdaniem to ciekawa i pasjonująca nauka, lecz posiada o wiele mniejszy ciężar gatunkowy niż etyka;
- i wreszcie chciałem powiązać pojęcia z zakresu teorii libertariańskiej z najważniejszymi pojęciami filozoficznymi. Zamierzałem pokazać, jak libertarianizm realizuje dobro wspólne, dlaczego nie jest apoteozą egoizmu, dlaczego nie jest ani idealizmem ani materializmem itd. itp.

Podsumowując: książką tą chciałem uzupełnić rozważania niektórych libertarian, którzy czasami piszą tak, jakby poza ich teorią nie istniała żadna, licząca kilka tysięcy lat tradycja filozoficzna. Libertarianizm jest według mnie bardziej klasyczny od najbardziej klasycznej filozofii w tym sensie, że zachowuje konsekwencję w rozumowaniu tam, gdzie inni czynią całkowicie niezrozumiały wyłom teoretyczny dla państwa.

Brzmi to wszystko bardzo poważnie, ale w rzeczywistości praca jest napisana językiem przystępnym i zrozumiałym. Jestem zwolennikiem opinii, że nawet najtrudniejsze zagadnienia filozoficzne można (i powinno się) przedstawiać prostym i zrozumiałym językiem.

Zapraszam do lektury!

piątek, 26 czerwca 2015

Lista 100 Wprost

Kupiłem dziś sobie "Wprost", żeby zobaczyć jak się ma polski "kapitalizm".
To bardzo miłe, że na liście pojawiają się czasem "polscy królowie butów" albo "polscy królowie okien", ale reszta listy to już rasowi "biznesmeni" i "ludzie sukcesu". "Prywatni" przedsiębiorcy.
- na pierwszym miejscu tradycyjnie Kulczyk, który przez ostatni rok wzbogacił się o sprywatyzowany przy współpracy z PO Ciech;
- Graża Kulczyk też niczego sobie, w końcu dostała po rozwodzie spory posag;
-  na 39 miejscu Krzysztof Suski - inwestujący w nieruchomości, rynek energetyczny, telekomunikacyjny, a w wolnych chwilach spotykający się z prostytutkami w "Sowie i przyjaciołach";
- Solorz-Żak podpiera swoje imperium zyskami z elektrowni w Pątnowie-Koninie, w której akcje także nabył dzięki bliskim kontaktom z władzą;
- dwaj Rosjanie z J&S wciąż nie biednieją;
- Walter i Wejchertowie (łącznie 6 osób na liście) ze swoim medialnym imperium to w zasadzie Ministerstwo Propagandy, więc nie rozumiem, dlaczego uwzględniono ich w ogóle na tej liście;
- właściciele Newagu, Solarisa i innych Telefonik z głodu nie umierają, bo samorządy wciąż zgłaszają popyt na autobusy, pociągi i kable. Ktoś powie, że to nie ich wina, że tylko państwo kupuje produkowane przez nich produkty; ale czy ktoś zabrania im działalności w innej branży?
- chyba z 10 osób na liście to ludzie związani z "rynkiem" farmaceutycznym w Polsce, na którym liczba pozwoleń, koncesji oraz poziom współpracy z urzędnikami jest bodajże najwyższy spośród wszystkich branż. Choć państwowa służba zdrowia to jeden wielki kompleks eugeniczny, nie słyszałem, aby choć jeden z milionerów na liście wspomniał choć słowem, że należałoby sprywatyzować ten cały burdel. 

Jaki wolny rynek, tacy milionerzy.




PS. Wpis po edycji - pomyliłem się i przypisałem wcześniej związki intymne Krzysztofowi Suskiemu i Dominice Kulczyk, która uprawiała w "Sowie i przyjaciołach" seks nie z Suskim, lecz z Piotrem Wawrzynowiczem. Przepraszam za wprowadzenie w bład

wtorek, 9 czerwca 2015

Poezja budżetowa

A w maju
Zwykłem jezdzić, szanowni panowie,
Na przedniej platformie tramwaju!
Za unijne pieniądze kupionego
Cudnie wyposażonego
Miasto na wskroś mnie przeszywa!
Wokół cuda budżetowe:
Nowy Urząd Marszałkowski
betonowa Brama Poznania
z Mdm-u bloki nowe!
Gwiazdki mrugają z EFS-u
tu znów parada Schumana
Młoda matka z US-u
Karmi dziecię na swych kolanach
Wesoło mi, piana z pyska leci
Gdy widzę idące do szkoły
sześcioletnie dzieci!
Wytatuowany transwestyta
nie przeszkadza mi tu
bo już za dwa tygodnie
dostanę zwrot PIT-u
Tramwaj staje na światłach
A obok w samochodzie
katecheta mknie do szkoły
powiedzieć dzieciom za podatki
"Szczęść Boże"

Z radości ludzie pieją
Gwar nabiera impetu
"Dajcie więcej hajsu!"
Skąd?
- Z budżetu! Z budżetu!

czwartek, 4 czerwca 2015

Legenda prawicy namiętnym drukarzem pieniędzy

5 czerwca mija 11 rocznica śmierci Ronalda Reagana.
Nie muszę chyba nikomu opowiadać, jak wielką estymą cieszy się do dziś wśród wielu prawicowców ów 40. prezydent USA. Wedle panującego dziś mitu Reagan miał obalić komunizm, deregulować, obniżać podatki i być niemalże najbardziej wolnorynkowym politykiem XX wieku.
2 lata temu napisałem do Najwyższego Czasu tekst odbrązowiający Reagana (czytaj tutaj), lecz nigdy dosyć uświadamiania i pokazywania prawdziwej natury tegoż polityka.

Otóż mało kto z prawicowych wielbicieli Pana Reagana zdaje sobie sprawę z tego, że przez większość czasu, gdy rezydował w Białym Domu naciskał na szefa FED, Paula Volckera, aby jeszcze bardziej obniżał stopy procentowe. Parafrazując: REAGAN NACISKAŁ NA BANKSTERA, REZYDENTA WALL STREET NA STANOWISKA SZEFA BANKU CENTRALNEGO, ABY TEN DRUKOWAŁ WIĘCEJ PIENIĘDZY.
Panowie kłócili się o to aż do 1987, gdy Reagan nie odnowił Volckerowi kadencji i dlatego wybrał sobie posłusznego i chętnego do dodruku Alana Greenspana. Gdy tylko na urząd przyszedł do Fed-u. od razu zaczął się karnawał łatwego pieniądza, który skończył się wraz z bańką dot.com.

Warto także wspomnieć, uprzedzając wszystkie rocznicowe słowa zachwytu nad Reaganem, iż był on - takim samym jak wszyscy inni prezydenci USA od ponad wieku - wiernym sługą i marionetką bankierów. To właśnie Reagan mianował na sekretarza skarbu szefa (zmiecionego w czasie kryzysu z 2008) Merrill Lynch, Donalda Regana, zapoczątkowując tym samym żałosną tradycję zgodnie z którą najbardziej wpływowy w danym momencie bank dostaje urząd sekretarza skarbu i urządza gospodarkę pod siebie. Ronald Reagan nie był wprawdzie ze wschodniego wybrzeża, ale szybko otoczył się bankierami, np. Walterem Wristonem z Chase, który był jednym z jego głównych doradców. To właśnie dlatego w czasie prezydentury Reagana Chase rozrósł się aż tak gwałtownie.

Czy ktoś coś mówił o wolnorynkowej rewolucji Reagana?

czwartek, 28 maja 2015

Czytam szmatę załganą (czyli subiektywny przegląd "Do Rzeczy")

Biorę do ręki tygodnik "Do Rzeczy".

Na okładce Marek Migalski, były europoseł PiS, który ponoć wydał książkę pokazującą, jak to władza jest zepsuta. A ściślej to nie władza, tylko PO oczywiście, bo w PiS-ie i Polsce Razem to sami mężowie i mężyce stanu siedzą.
W lewym górnym rogu Piotr Semka zwycięstwem Andrzeja Dudy zwiastuje wiosnę prawicy. Jeśli Duda i jego socjalny program to ma być wiosna, to ja już wolę, żeby był zima.
Za to w lewym górnym rogu Rafał Ziemkiewicz i jego aaaa.... [ziewanie] 1145 z rzędu artykuł o Salonie aaa... [ponowne ziewanie]

Na stronie za okładką reklama Alior Banku. Oczywiście cała ekipa "Do Rzeczy" twierdzi, że u nich nikt nie wykupuje żadnych reklam bo wszystkie są wykupywane w salonowych mediach, ale dalej znajdziemy też reklamy Empiku, Volvo (wiecie, takie samochody dla prekariuszy), apartamentów na Solcu... Ogólnie mówiąc: bieda aż w trawie piszczy, pewnie za chwilę z braku kasy upadną.

Na stronie 6. Piotr Semka mężnie staje w obronie programu Jana Pospieszalskiego w TVP. O tym, że TVP trzeba zlikwidować bo jest stacją państwową, biedak, raczej już w swoim publicystycznym życiu nie wspomni...

Na stronie 12. wielkie na całą stronę zdjęcie redaktor Kamili Baranowskiej. Przekaz ma być taki, że "widzicie, w naszym prawicowym piśmie też mamy młode dziewczyny z długimi nogami, a nie tylko samych starych pierników, którzy przy wódce psioczą na salon", ale co z tego skoro dalej już tylko Łysiaki, Ziemkiewicze, Goćki i inne Semki?  No dobra, może się trochę czepiam, dajmy im szansę.

Na stronie 14. jedyna ciekawa rzecz w całym piśmie: "Młodzi wykształceni z wielkich ośrodków". Ale tu już powoli formuła się kończy - dlaczego nie zaczniecie się w końcu nabijać z prawicy?

Od strony 16. Cezary Gmyz i spalona budka pod ambasadą Rosji. Niby pięknie, ale dlaczego drogi Redaktor wypuścił to w czasie wyborów?  Pamiętam dobrze, jak cała prawica "jechała" po Michniku, że wypuścił taśmy z aferą Rywina dopiero po wyborach, żeby nie zaszkodzić SLD. To jak to w końcu jest, kiedy powinno się ujawniać tego typu afery? Od razu, czy czekać na właściwy moment?

Dalej czas na zapowiedziany na okładce tekst Ziemkiewicza o Salonie. Tu jest już gorzej niż w "Szansie na sukces" - ciągle te same mordy, ten sam styl narracji. Aaaa... [ziewanie]

Na 34. stronie jakaś Magdalena Pinkosz wypisuje bzdury na temat tzw. "służby zdrowia" - młodzi lekarze wyjeżdżają za granicę i niedługo nie będzie miał kto leczyć. Sraty-taty, sraty-taty, ale ani słowa o tym, że być może winien jest socjalizm w służbie zdrowia. Winni są co najwyżej politycy PO, którzy nic nie robią. Boże, skąd się ta kobieta urwała?

Od 45. strony leci przez kilkanaście stron chyba fragment powieści Migalskiego, w której żali się, że nie może zrobić kariery na państwowym uniwersytecie. Nie rozumiem o co mu chodzi; przecież poszedł w politykę i w końcu żyje z podatków - o co ten cały krzyk?

Potem czas na przegląd filmów i książek. Same nudy na pudy - w tym promocja książek kolegów redakcji. Chciałbym choć raz w życiu zobaczyć w "Do Rzeczy" recenzję jakiejś libertariańskiej pozycji - mógłby być nawet Milton Friedman .
Ale czego ja chcę, głupi...

Potem nieodżałowany Terlik jedzie po watykańskiej nominacji pewnego dominikanina, który ma problemy z właściwym stosunkiem do homoseksualizmu. To akurat dobry tekst - generalnie Terlik zawsze dobrze pisze jak porusza tematy dotyczące stricte wiary. Gorzej jak się bierze chłop za politykę..

Dalej zaczynają się teksty o kuchni, motoryzacji, zdrowiu itd. Czas zamykać gazetę.

Pod koniec jeszcze Jadzia Staniszkis z mocnym akcentem: tekst o Pcimiu.  (serio!!) 
Masakra - nie wiem jak wy, ale ja to bym się wstydził pisać o Pcimiu nawet jakby tam anarchokapitalizm panował:) :) :)

No i na sam koniec Waldemar Łysiak. Sam nazwał mnie w zeszłym roku "naczelnym zamulaczem Najwyższego Czasu!", ale jakimś cudem to on po raz 2589 chyba (któż to zliczy?) "jedzie" po Salonie. I co gorsza, znów po tych samych osobach, co zawsze: Szymborska, Tuwim, Mrożek, Konwicki...
Ta sama "Moda na Sukces" co u Ziemkiewicza.



No i dobrze. Skończony przegląd gazety.
Ale gdzie tu jakikolwiek tekst o kwestiach najbardziej istotnych, o kwestiach najbardziej palących? Coś o abolicjonizmie? O secesji? O wyzysku podatkowym? O wyzysku pieniężnym? O wielkim projekcie eugenicznym zwanym też czasami państwową służbą zdrowia?

Rzucam więc szmatę załganą i wracam do swoich zajęć.



piątek, 8 maja 2015

Kandydaci antysystemowi - żart roku

W niedzielę wybory i tym wszyscy żyją, choć przecież wydarzenie to posiada całkowicie marginalne znaczenie z punktu widzenia wolności.
Niestety, czuję się ogromnie zawiedziony tym, że tak wiele osób z mojego najbliższego otoczenia, które zawsze deklarowały się jako libertarianie, toczą zaciekłe spory o to, na kogo oddać swój głos. Nie tylko czuję się zawiedziony, ale i smutno mi, że dziesiątki napisanych artykułów, godzin spędzonych na rozmowach, czy też wspólnie komentowanych lektur wolnościowych wciąż nie nauczyło ludzi, których znam tego, że wybory prezydenckie powinny libertarian obchodzić tylko i wyłącznie w takim zakresie, w jakim dają okazję do wystawienia swojego kandydata, który będzie propagowała libertariańskie hasła. Takiego kandydata już nie ma (czy był w ogóle??), więc teraz czas zająć się czymś bardziej pożytecznym.

Najbardziej boli mnie jednak, że tak wiele osób daje się zwieść argumentom głoszącym, iż w obecnych wyborach startują "kandydaci antysystemowi". Wybaczcie, ale brzmi to na tyle nierozsądnie, że pozostaje tylko i wyłącznie śmiech. A raczej śmiech przez łzy, bo do grona tych kandydatów zalicza się JKM-a, Brauna, Wilka, Kowalskiego, czy też Kukiza.
Ludzie, wytłumaczcie mi proszę, na czym polega ich antysystemowość?!

Pozwólcie, że wyjaśnię o co mi chodzi przy pomocy metafory państwa jako grupy oprychów, która regularnie daje po mordzie swoim obywatelom. Lewica mówi, że dobrze jest lać tylko po prawym policzku, a prawica po lewym - ale i tak obydwie formacje są za tym, żeby lać po mordzie. W gronie prawicy i lewicy znaleźć można także tych, którzy uważają, że lać mordzie trzeba aż do utraty przytomności (komuniści) oraz tych, którzy uważają, że lać po mordzie trzeba tylko w pierwszy piątek miesiąca (zwolennicy państwa minimum). Jak by jednak na całą sytuację nie spojrzeć, wszyscy chcą zachowania systemu lania po mordzie, bo uważąją, że bez tego ludzkość by sobie nie poradziła.
Panowie Braun, Wilk, czy też Korwin-Mikke łudzą wyborców, że jeśli właśnie będą ludzi lali po mordzie w pierwszy piątek miesiąca, to będzie wspaniale - ale ja przecież nie chcę, żeby mnie ktoś lał po mordzie!
Co więcej, z ich zapowiedzi wynika jednak, że lanie po mordzie w pierwszy piątek miesiąca nie starczy, bo przecież armii trzeba będzie sprawić broń atomową (a to kosztuje), a i sama armia ma mieć z milion żołnierzy (oj, dostanie się ludziom po mordach). Polska ma być przecież "silna", a jak ma być taką bez odpowiedniego treningu w laniu po mordzie na swoich obywatelach?

Dlatego jest mi osobiście obojętne, czy będę dostawał w mordę z prawej czy lewej strony - jeśli wszyscy kandydaci uważają, że mam dostawać. Mam swoją godność i nie będę nikomu pomagał kpić z samego siebie.

O wiele ważniejsze wybory czekają na nas na co dzień: każdego dnia musimy wybierać między moralnym pójściem na skróty, które oferuje państwo oraz libertariańskim pójściem pod prąd. Na każdym ręku ktoś oferuje państwowe dotacje, granty, posady, wykorzystanie znajomości, intelektualne kompromisy z państwowym fałszem - to właśnie na tym odcinku rozgrywa się realna batalia o wolność, a nie w wyborczym cyrku zdominowanym przez socjopatów.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Typologia libertarian



Po typologii lewicowców i prawicowców czas wreszcie na typologię libertarian.
          
Jedyny – liczy się tylko jego wola, bo niby czemu miałby się do czegoś dostosowywać? I tylko mu nie mów, że istnieje jakaś obiektywna rzeczywistość, bo on ją ma tam, gdzie się plecy kończą – a czemu by nie? Nawet prawa własności go nie obowiązują, bo odkrył prawdziwą wolność i nawet nie próbuj mu jej ograniczać. 

Komputer-świat – cała własność intelektualna to jeden wielki szit, przecież wszystko idzie ściągnąć w internecie i jakoś nie ma z tym problemu. Przecież jak zostawisz płytę na ławce w parku, a ja ją sobie skopiuję i odłożę, a ty ją później znajdziesz, to wszystko gra: ty wciąż masz swoją płytę, a ja mam swoją. Poza tym świat nie stanie się libertariański, dopóki ludzie nie zaczną korzystać z bitcoinów i wolnego oprogramowania. 

Nowa Lewica – Rothbard go irytuje, bo to był przecież najzwyklejszy w świecie prawicowiec i naprawdę nie wiadomo, czemu ludzie tak się nim ekscytują. Co on niby zrobił specjalnego? A już najgorszy to jest Hans-Hermann Hoppe, bo to przecież zwykły prawicowy faszysta (czytałeś, co on pisał o gejach?). Poza tym libertarianizm powinien dążyć do walki z GMO, korporacjami oraz do zalegalizowania małżeństw homoseksualnych. 

Naukowy – libertarianizm to radykalna w swoich wnioskach teza głosząca, że państwo jest instytucją niemoralną, ponieważ łamie prawa własności i właśnie dlatego pracuję na państwowej uczelni i utrzymuję się z podatków, żeby tę doktrynę badać. 

Austriak – lewacy są w błędzie, bo nigdy nie czytali „Ludzkiego działania’, a przecież wielki austriacki ekonomista Ludwig von Mises już dawno zaorał socjalizm. Libertarianizm jest lepszy od innych systemów społecznych, bo wolny rynek daje większą wydajność, a Mises wielkim ekonomistą był.

Racjonalista – państwo istnieje przede wszystkim dlatego, że ludzie praktykują religię i dlatego religię trzeba zwalczać. Religia nie jest racjonalna, przeszkadza ludziom w racjonalnym myśleniu, które mogłoby im pomóc odrzucić państwo. To nic, że Kościół utrzymuje się w sporej mierze z dobrowolnych datków wiernych – jest szkodliwy, bo jest nieracjonalny.

Agorysta – słuchaj, jest sprawa: napisałem niedawno taki program, który generuje wirtualną walutę w oparciu o punkty zdobyte w Diablo trójce (ale musisz być naprawdę dobry, żeby się dorobić). Jak byśmy się zebrali jeszcze z moim kumplem z gimnazjum i twoim kuzynem ze Śląska, to byśmy sobie nawzajem płacili przy pomocy mojej waluty i w ten sposób stworzylibyśmy szarą strefę. A jak uda nam się namówić jeszcze więcej ludzi z osiedla to później obalimy państwo.

Jamaica – ci, którzy są przeciwko ziołom, najczęściej w ogóle ich nie palili. Jestem przeciwny państwu, bo ono zakazuje miękkich narkotyków, choć przecież np. alkohol pochłania więcej ofiar. A przecież jak palisz zioło, to widzisz świat zupełnie inaczej, czujesz taki pokój w środku, że ci nawet do głowy nie przychodzi, żeby popierać państwo. Dasz jeszcze bucha?

Komunikacyjny – ludziom się wydaje, że państwo jest potrzebne, a przecież gdyby wyłączyć na wszystkich skrzyżowaniach w mieście sygnalizację świetlną, to przecież ludzie by sobie poradzili i to jest najlepszy dowód na to, że państwo nie powinno istnieć. 

Forumowicz – nie zgadza się z nikim, bo właśnie na tym polega wolność jednostki. A zresztą, co ty wiesz o libertarianizmie, skoro nigdy nie czytałeś wpisu Rodericka T. Longa na jego blogu z grudnia 2001 roku? 

Prawicowy synkretyk – jestem libertarianinem, czytałem kilka książek Rothbarda i uważam, że państwo to zło, ale w najbliższych wyborach będę głosował na Kukiza. Poza tym tak jak Ziemkiewicz uważam, że Polska powinna mieć silne państwo. Generalnie jednak opowiadam się za konserwatywną monarchią – no bo jak, ktoś musi przecież stanowić prawo i budować drogi, prawda?

Wozinski – państwo jest złe, państwo jest złe, a jakby jeszcze ktoś o tym nie słyszał, to państwo jest złe. I jeszcze jedno: państwo jest złe.

Amerykański – rząd robi tyle zła, bo nie trzyma się zasad Konstytucji. Dlatego trzeba zrobić wszystko, żeby odzyskać rząd dla zwykłych ludzi i powstrzymać interwencjonizm. Jak Ron Paul dojdzie do władzy, to wszystko pozamiata. 

Wątpiący – widzę to, że państwo jest złe i do jakiego zła się przyczynia, ale z drugiej strony nie możemy liczyć na to, że wszyscy nawrócą się na libertarianizm. Przecież nawet w świecie, do którego dążą libertarianie, w dalszym ciągu żyliby zwolennicy państwa i chcieliby żyć w swoich państwach, prawda? No, a więc dlatego właśnie wydaje mi się, że nic nie damy rady zmienić i najlepiej jest tak, jak jest.